sobota, 31 grudnia 2011

Bezsennie

Brak snu wygonił mnie z łóżka. W końcu ile można przewracać się bezsensownie z boku na bok.
Zamykam bloga. Dotarł w końcu do mnie absurd tego co robię. To miejsce jest zbyt intymne, by się nim dzielić, jednocześnie zbyt publiczne by być naprawdę sobą. Zaowalowania, aluzje, niedopowiedzenia, a z drugiej strony czarno, czy raczej niebiesko na białym widoczna moja żałosna postać. Do smarkania zdecydowanie lepiej nadaje się pamiętnik, a ja przecież i tak wolę papier od monitora.
Prowadzenie czterech blogów jednocześnie zresztą jest średnim pomysłem, zostaję przy trzech, jeden z nich, ten najstarszy jest w założeniu całością skończoną, więc docelowo będą dwa. O greckim, po grecku dla greckiego....
Adres w sieci zostaje. Na razie, dopóki nie dokonam "zaślubin patyków", Zbyt sentymentalna jednak jestem, by wysłać w kosmos taki kawał mojego życia.
Do pisania wrócę na pewno, ja naprawdę nie umiem bez tego żyć. Nie wiem kiedy, nie wiem jak to będzie wyglądać, na pewno inaczej. Moje egocentryczne przemyślęnia i tak nikogo nie obchodzą. Do czasu dokonania ostatecznego "klik" w ikonkę "usuń bloga" chętni na czytanie moich wypocin mogą się meldować, zostaną poinformowani o wielkim come backu:)

piątek, 30 grudnia 2011

Nuda

Średnia niezmącona niczym - tylko drugi semestr jakiś słabszy był, bo dwie czwórki wpadły. Poza tym bdb z góry na dół. Ostatni egzamin też niczego nie zepsuł.
Życie upływa na przygotowaniach do egzaminu państwowego. Nuda, panie, nuda!

czwartek, 29 grudnia 2011

Egzaminy coraz bliżej

Po przerwie poświęconej na świąteczne przygotowania i po samych świętach, od poniedziałkowego wieczora wróciłam do nauki. Coś w tej głowie mam, jakaś wiedza już się zakotwiczyła przez te półtora roku. Bez stresu i bez pośpiechu dziobię sobie codziennie jakieś powtóreczki. Jestem dobrej myśli. Stres się zacznie w dzień egzaminu:D Ważne, że nie zostawiam wszystkiego na ostatni moment, jak to miewam w zwyczaju. Dorastam, czy jak?

wtorek, 27 grudnia 2011

No i już

Po Świętach. Cokolwiek by nie mówić, mam cudowną rodzinę, dzięki której, niezależnie od tego jak by nie było źle, święta są takie jakie powinny być. Ciepłe, dobre, rodzinne.
W wigilię mamunia tak mnie wzięła w obroty, że po powrocie nóg nie czułam. Ale to było przyjemne zmęczenie, świadomość, że ona sama nie musiała robić tego, co robiłam ja jest budująca. Cieszę się, że jej pomagałam i już:)
Mały dyskomfort wprowadzał fakt, że nie wszystko dopięłam na ostatni guzik. Nie zdążyłam zrobić paznokci, i paru innych drobiazgów, tak by do wigilijnego stołu zasiąść perfekcyjnie przygotowana.
Wniosek z tego staje się moim postanowieniem noworocznym. Systematyczność! Ja mam na co dzień mieć zadbane mieszkanie, by przed żadnymi już świętami nie latać jak z pieprzem, fura prasowania w szafie jest niedopuszczalna. I na co dzień mam być perfekcyjnie zrobiona. Włosy, pazury, depilacja, itp. Już nie ma czterogodzinnych zabiegów pielęgnacyjnych przed imprezą, czy ważniejszym wyjściem. Bo na to nigdy nie ma czasu, a ja potem czuję się źle. Teraz takie rzeczy mam na co dzień!
Hehe, systematyczność nigdy nie była moją mocną stroną, ale kto wie, może tym razem się uda?

czwartek, 22 grudnia 2011

Zdążyłam

Wszystko lśni, tak jak sobie zaplanowałam. Zajęło mi to mniej czasu niż przypuszczałam, z czego jestem niesamowicie dumna. Teraz do samej wigilii pozostaje maraton przy desce do prasowania, bo prałam w tym tygodniu na potęgę.
Na Wigilię idziemy oczywiście do mamy, w związku z czym w ogóle nie interesują mnie kwestie zakupów, gotowania i tego typu zajęcia. Gdyby było inaczej - w życiu bym się nie wyrobiła. W sobotę od rana melduję się u mamy, by zaciągnąć się do służby jako pomoc kuchenna - nie mogę przecież (ze wstydu bym umarła) przyjść na gotowe, nażreć się z rodziną i wrócić do domu. Panowie zostaną w domu i nadadzą mu ostateczny, świąteczny szlif. Nie pomagali mi nic a nic, więc niech chociaż tego ostatniego dnia się wykażą.
No to co - Merry Christmas!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Zmiana

Egzaminy już za mną. Wszystkie. Jak do tej pory same piątki w indeksie (czy to na pewno mój indeks?). Tylko wynik ostatniego egzaminu pozostaje niewiadomą. Na pewno pozytywny, nie będę musiała nic powtarzać, zaliczać ponownie. Najwyżej troszkę mi boską średnią zaburzy.
A teraz zmiana. Podrywamy dupcię od komputera i zaczynamy megasprzątanie. Mój wakacyjny plan sprzątania domku systematycznie po kawałku legł w gruzach już dawno, jeszcze przez jakiś czas próbowałam go reanimować, aż w końcu dałam sobie spokój całkowicie, poświęcając się wyłącznie nauce. Teraz dla odmiany w nauce robimy przerwę i w niecały tydzień z zapuszczonej rudery musimy zrobić dom, który lśni. Uda się?

piątek, 16 grudnia 2011

Zapłacił

Wczoraj Nieślubny przytargał wreszcie do domu wypłatę. Powinnam odetchnąć z ulgą - nie oddycham. Popłacę dziś rachunki i znów będzie problem, jak przeżyć za te nędzne resztki do wypłaty następnej. Nawet zakładając, że tym razem pan szef zapłaci punktualnie będzie to niemożliwe. A jak znów wystrzeli z jakimiś opóźnieniami, to już w ogóle nie wiem, co będzie.
Zostawiam to. Teraz na tapecie egzaminy. Uczę się dużo, ale już wiem, że wszystkiego nie zdążę powtórzyć, tak, jak bym chciała. Nic to, przygotuję się najlepiej, jak się da, i niech się dzieje wola nieba.

środa, 14 grudnia 2011

Wypłaty nadal niet

Nieślubny się rozłożył, jakieś przeziębienie, chociaż nie wiem jaki udział w tej chorobie mają nerwy, będące jego udziałem. Idzie do lekarza, ale recepty i tak nie wykupimy, bo jak?

Nie wiem, nie myślę. Nie wybiegam myślą naprzód dalej niż do następnej godziny. Ciemność widzę. Ciemność!

wtorek, 13 grudnia 2011

Winna

Właściwie to ja odpowiadam za obecny stan rzeczy. Nieślubny stanął na wysokości zadania, w końcu znalazł pracę. I to lepszą niż dotychczasowe (wiadomo, szef to idiota, ciągłe cyrki z wypłatami i ciągłe problemy są i tak, ale znalazł i to mu się chwali). A ja? Spoczęłam na laurach, zamiast spiąć dupę w troki, pozwalam sobie na depresje, lenistwo i inne hipohondryczne stany.
Gdybym była fair, już dawno wzięłabym jakąkolwiek robotę i zapewniła domowi choćby ten marny tysiąc miesięcznie. Ale ten marny tysiąc mógłby sprawić, że w tej chwili nie bylibyśmy w takim dole. Ten marny tysiąc pozwoliłby nie przejmować się opóźnieniami w wypłatach dla Nieślubnego.
A ja - będąc nikim na rynku pracy - kręcę nosem, wydziwiam i szukam nie wiadomo czego. Nic mi się nie podoba i żadna praca nie jest mnie godna.
Co ze mnie za partner? Każdą inną kobietę która zachowywałaby się tak jak ja, zmieszałabym z błotem, nie chciałabym jej znać...

Ponieważ szkoła już na finiszu, pozwolę sobie jeszcze na odrobinę luzu. Założenie jest takie, że jedno CV na tydzień jest składane obowiązkowo. A zaraz po Nowym Roku zwiększam intensyfikację działań, biorę pierwsze co mi w oczy wpadnie, zmieniać na lepsze będę potem. Na razie trzeba po prostu zarabiać. Obojętnie jak.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Hehe...

Zwykle nie jadamy śniadań, nie mamy takiego zwyczaju. W tygodniu każdy wstaje o innej porze, a nawet w niedziele każdy coś tam sobie sam skubnie z lodówki wtedy, kiedy ma chęć i nie ma z tego powodu żadnego problemu, nikomu to nie przeszkadza.
Zawsze w dramatycznych finansowo czasach dopada mnie chęć na serialowe śniadanko, tzn. takie jak w serialach, soczek, płateczki, półmiski z wędlinką, serami, do wyboru do koloru. Absurd zupełny, a chęć ta, jak na złość, jest tak silna i nieopanowana i tak bardzo boli niemożność realizacji. Co ciekawe, chęć znika jak ręką odjął, kiedy już można by sobie na takie śniadanko pozwolić.
Na wieść, że nie będzie wypłaty na czas, zachciało mi się napić Coli tak bardzo jak nigdy. Nie kupuję tego napoju prawie wcale, bo zwyczajnie nie mam takiej potrzeby. Owszem, Misza jest zdolny wyżłopać każdą ilość, ale jak nie ma, to też nikomu nie przeszkadza. A teraz chce mi się tak, że chyba zacznę wyć...

Mózg robi mi psikusy, sfiksował, od tej biedy zupełnie...

niedziela, 11 grudnia 2011

A jeśli..

A jeśli nie zapłaci we wtorek? Staram się o tym nie myśleć, bo po co się bez potrzeby (mam nadzieję) martwić na zapas. No ale jeśli? Ogarnia mnie przerażenie...
Pewnie pożyczę od mamy. Zawsze zadziwia mnie fakt, jak zmienia się w takich sytuacjach wartość pieniądza. Pożyczona od rodziców stówa wcale nie łata dziury finansowej, jest kroplą w morzu, nie starcza na nic, jest po prostu niczym. A oddać ją jest tak trudno, jakby to były jakieś miliony... Nienawidzę pożyczania pieniędzy.

sobota, 10 grudnia 2011

Wypłaty brak

Podobno będzie we wtorek. Jak (za co) przeżyć do wtorku, tego pan szef nie powiedział.
Zamiast wsparcia, zaserwowałam Nieślubnemu strzelanie z focha. Ten to ma do mnie cierpliwość, nawet się nie pokłóciliśmy, mimo mojego zachowania. Z resztą profilaktycznie wycofałam się do łóżka, by przespać największe rażenie własne i nie skrzywdzić nikogo. To było nie do opanowania w inny sposób.
Dziś już spokój. Grabarza. Co się będę chlastać, lepiej się pouczę. Do wtorku coraz bliżej...

piątek, 9 grudnia 2011

Szósta rano

Za oknem ciemno, zimno. W szlafroku snuję się między kuchnią a pokojem. Z kubkiem kawy zasiadam do komputera, który mruczy do mnie przyjaźnie. Nieślubnego już nie ma, Misza jeszcze śpi. Ja i poranek. Jeszcze nic nie muszę i jeszcze mogę zdziałać wszystko. Ten dzień należy do mnie

czwartek, 8 grudnia 2011

Coraz bliżej...

... nie, nie święta, tylko egzaminy. Ostatnie w szkole, a potem zewnętrzny, końcowy. Z wielkim bólem, ale zaczęłam się wreszcie uczyć. Może jednak coś z tego będzie?

środa, 7 grudnia 2011

centymetry

Wkładam na zad spodnie, które nosiłam dwa czy trzy tygodnie temu. Oczy mi wypadły na podłogę, kiedy okazało się, że do zapięcia brakuje mi jakieś siedem centymetrów. Śliczny skok, błyskawiczny. Tylko czemu w górę?

wtorek, 6 grudnia 2011

Prakytka

Dobre wieści, Pan behapowiec podbije mi praktykę. Jedno z głowy!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Gaz

Dziś mija termin zapłaty za gaz. Rozliczenie zeszłego roku. Nie zapłaciłam i nie zapłacę, bo nie mam z czego.

piątek, 2 grudnia 2011

Grudzień

Grudzień przywitałam informacją na wyświetlaczu wagi, która powaliła mnie na kolana. Wpisana w internetowe kalkulatory wagi twierdzi, że mam nadwagę. Super, tego jeszcze nie było.
Przyszło rozliczenie za gaz (lepiej nie mówić), nie wiem czy samochód przejdzie przegląd (na przegląd też kasy nie ma), teraz tylko czekać na rozliczenie CO (wiem, czego się można spodziewać i wcale mi się to nie podoba), prądu (aż się boję), zaraz będzie do zapłacenia odstępne za mieszkanie (łojezu) i rata OC za auto. A Nieślubny informuje mnie, że szef nie ma kasy na wypłaty (która i tak nie ma szans wystarczyć na same opłaty nie mówiąc już o życiu, świętach) Super.
Mimo tych wesolutkich przemyśleń postanowiłam się nie poddać i robię swoje. I tak oto podczas sprzątania pieprznął junkers. Już dawno się nie psuł (ostatnio tydzień temu). Normalnie żyć nie umierać