środa, 30 listopada 2011

I jak?

Ano średnio, mogłoby być lepiej i byłoby, gdyby nie nagromadzenie różnych niesprzyjających wydarzeń, oraz moje odkładanie wszystkiego na później.
Ale nie jest też źle. Stworzony przeze mnie plan dnia jest najlepszym, jaki do tej pory wymyśliłam. I mam zamiar się go trzymać.
Zajęć szkolnych ubywa. To dobrze. Jednocześnie zaczyna się gorączka egzaminacyjna i to już gorzej. Pociesza, dopinguje i mobilizuje mnie fakt, że z każdym dniem, tygodniem zbliżam się do mety. Prawdę mówiąc, to, że kończę szkołę, zdobywam nowy zawód, mam gdzieś. Najważniejsze jest to, że już za chwileczkę, już za momencik nie będzie żadnych prac do pisania, zaliczeń, egzaminów do zdania. Będę tylko ja i grecki. I tego momentu już nie mogę się doczekać.
Ale ale musi być. Tak zaniedbałam naukę, że nie mam teraz zielonego pojęcia, jak do niej wrócić, od czego zacząć, jaką drogę obrać. Nie mam planu ani pomysłu na tę naukę. Mam za to nadzieję, że zanim nadejdzie godzina zero - będę gotowa i będę wiedziała, w którą stronę pójść.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Wstyd mi

Kiedy patrzę na tego bloga, zalewa mnie cała fala uczuć. Sentyment, bo to przecież, kawał mojego życia, przygnębienie, bo cóż innego można poczuć po przeczytaniu moich zapisków, znudzenie, bo ciąglę piszę o tym samym; wstyd za mój egocentryzm. Wprawdzie blog jest mój i adekwatny do tytułu, ale... chyba nie do końca o to w tym chodzi.
Blog jest nudny, to chyba nie jest historia, którą chciałabym poznać, przeczytać. To w ogóle nie jest żadna historia. Mielenie wciąż tej samej emocjonalnej papki. Zero stylu, polotu, sensu. Porażka i dramat.
Wstyd mi za siebie. Wstydzę się niemal wszystkiego, co tu napisałam. Wstyd mi, że tak bardzo się rozpaprałam, rozczuliłam nad sobą, że przestałam dostrzegać świat dokoła. Wstyd, że zamiast pisać, wypluwam tylko na klawiaturę swój egzystencjalny słowotok.
Najprościej i chyba najrozsądniej byłoby po prostu kliknąć "usuń blog" i zacząć od nowa.
Ale Nr 1 - gniot nie gniot, porażka nie porażka, ale to ja i moje życie. Czy mogę je po prostu usunąć, skasować, wyrzucić?
Ale Nr 2 - czy jestem w stanie zacząć od nowa? Nie powrócić po krótkiej chwili do punktu wyjścia? Bo jeśli nie, to jaki w tym sens?

I nawet nie mogę zapytać czytelników o zdanie, bo czytają mnie tylko dwie dobre dusze. Tak dobre, że żadna z nich nie zdobędzie się na to, by powiedzieć mi wprost: "Daruj sobie, dziewczyno i przestań zajmować się czymś, co ci w ogóle ni e wychodzi, rzuć to pisanie w cholerę".
A najbardziej żałosne jest to, że temat: "co zrobić z blogiem" wałkuję niemal z równą częstotliwością jak rozkładanie swoich flaków emocjonalnych na czynniki pierwsze. Oba z równym, zerowym skutkiem.

piątek, 25 listopada 2011

Jedno z głowy

Właściwie samo wyszło. Oczywiście znów zaspałam, ale zacinęłam zęby i działałam. Sprzątanie, wizyta w banku, zakupy, obiad... Miałam wziąć się w końcu za zadanie z praktyi. Jednak musiałabym być chyba chora, żeby zacząć działać wg planu. Zamiast tego - dokończyłam to charytatywne zlecenie. Tak więc o jedną rzecz na głowie mam mmniej. I bardzo mnie to cieszy.
I tak sobie myślę, że rysuje mi się już kierunek działania. Muszę pozbywać się obowiązków. Nie brać na siebie żadnych nowych.
Docelowo pozostaną: praca, dom, grecki. Dam sobie spokój z nowymi szkołami, może kiedyś zdecyduję się na językową. Jak będzie praca i kasa, to może jakiś sport (basen?)
Nie chcę podpadać w skrajności, stać się pustą idiotką bez zainteresowań, celów, marzeń, ambicji. Ale zdecydowanie pora ograniczyć swoje zainteresowania, pasje i inne chciejstwa. Podjąć decyzję o tym, co jest ważne, istotne, a czym nie warto zawracać sobie głowy.

środa, 23 listopada 2011

No i dupa

Wprawdzie mam już w końcu moją szekuladkę na głowie, ale nic poza tym. Rano zaspałam, potem nie mogłam się obudzić, ani zabić lenia. Przesnułam się pół dnia, ogarnęłam dom po weekendzie, ale tak na odwal się, potem wizyta z dzieckiem u lekarza, a po powrocie był już wieczór. Czyli jak zwykle porażka

poniedziałek, 21 listopada 2011

Odnaleźć się

Jak wspominałam ostatnio, zamotałam się jak kłębek. I nie wiem , gdzie jest początek tej nitki, a bardzo chciałabym ją rozsupłać.
Przychodzi mi do głowy, że zadu żo biorę na siebie, bo za dużo chcę zrobić. W konsekwencji nie robię nic, bo nadmiar rzeczy do wykonania mnie przerasta. Aktualnie: Powinnam szukać pracy, ale koniec szkoły wymaga ode nie dużo wysiłku, czasu i zaangażowania. Powinnam pisać prace, przygotowywać się do egzaminów, jednocześnie mam na głowie praktykę, której też nie mogę już dłużej przekładać. Do tego mój grecki taki zaniedbany, leży w kąciku i kwili cichutko.
A przecież przydałoby się wziąć za siebie w kwestii odchudzania. Przecież jestem bezrobotną panią domu, więc powinnam mieć idealny porządek, codziennie pyszne obiadki, spędzać czas z dzieckiem.
Już nie wspominam o takich pierdołach jak blogi do prowadzenia i czytania, porządkowanie plików w komputerze, maile do przyjaciół.
Jak kretynka wzięłam na siebie ostatnio charytatywne zlecenie, którym też się nie zajmuję, bo przecież "nie mam czasu".
Plan na dziś jest taki, że wypiszę sobie wszystko, co mam do zrobienia. Jak najbardziej szczegółowo. Muszę miec wszystko przed oczami, by na spokojnie zastanowić się jak to ugryźć.
Miejmy nadzieję, że się uda, bo z moimi planami nie bardzo mi ostatnio po drodze. Głowa nadal nie ufarbowana.

sobota, 19 listopada 2011

Urodowy weekend

NIe dosyć, że jestem gruba i nie mam już co włożyć na swój wielki tyłek, to jeszcze w swojej niemocy/depresji/lenistwie czy jak tę cholerę nazwać zapuściłam się okropnie. Bo przecież zawsze jest jakieś "jutro", kiedy to mogę zająć się paznokciami, włosami, czy jakąkolwiek inną pielęgnacją.
Wczoraj poczułam, że mam dość. Nie chciało mi się (jak zwykle) nic robić, ale zaparłam się, że poleniuchuję konstruktywnie. Spędziłam dwie godziny z kremami do depilacji, depilatorem, pęsętą, pilnikiem do paznokci i pumeksem. Nadal jestem gruba, ale zawsze fajniej być wydepilowaną słonicą niż kudłatą jak mamut.
Na dziś zostało mi farbowanie włosów i maseczka na facjatę. I będę piękna!

poniedziałek, 14 listopada 2011

Psychiatra?

Jeszcze nie załatwiłam sobie wizyty u psychiatry i właściwie po raz kolejny rozważam, czy w ogóle to zrobić. Czy naprawdę potrzebne mi leki? A co będzie, gdy w końcu je odstawię? Czy nie powinnam uporać się z tą niemocą na trzeźwo, w pełni świadomie? I wreszcie - czy ja naprawdęmam depresję, cczy tylko w dupie mi się poprzewracało z nadmiaru wolnego czasu? Może ta choroba nazywa się po prostu lenistwo?
Zamotana jestem jak kłębek włóczki. Brak mi trzeźwej oceny sytuacji. Sama już nie wiem, co jest prawdą, a usprawiedliwieniem, w które chcę wierzyć.
Zawsze byłam leniwa, ale trzymali mnie w ryzach rodzice, małe dziecko, praca. Teraz nic nie muszę i rozmemłałam się zupełnie. Spinam się tylko postawiona pod ścianą.Bo wstyd mi przed rodziacmi, wstyd przed otoczeniem, gdy nie zadbam o dziecko, wstyd mi olać szkołe, której mi się już odechciało. I może ja tej pracy jeszcze nie znalazłam, bo nie chce mi się wyjść z domu, a jeść jeszcze mam co? Może te wszystkie ograniczenia, o których marudzę już tyle czasu to tylko pretekst, by dalej nic nie robić? Nie wiem, nie potrafię tego ocenić.
Na pewno prawdą obiektywną jest moja senność chroniczna, ale:
- z takim niskim ciśnieniem mam do niej prawo;
- cały organizm mi się rozleniwił i działa jak chce. W końcu skoro nic nie robię, organizm nie jest aktywny. A skoro aktywności brak, to dla niego sygnał, że trzeba spać. Nie ma się co dziwić.

czwartek, 10 listopada 2011

I znów w dole

Mój zryw znowu okazał się chwilowy. Po dobrym poniedziałku nadszedł wtorek, który mi wszystko poprzestawiał, z Nieślubnym, który siedział w domu zamiast pracy i przeszkadzał mi swoją obecnością (nie, nie robił mi na złość - sama sobie wkręciłam, że przy nim nie mogę nic zrobić), potem środa, kiedy to próbowałam jeszcze wrócić na wyznaczone sobie wcześniej tory i wreszcie dzień dzisiejszy - totalny spadek formy, siły chęci.
Wróciłam do swojego światka, w którym nic nie ma sensu i po co własciwie wstawać z łóżka. Zmęczona już tym jestem.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Mam nowy plan i nie zawaham się go użyć!

Podzieliłam sobie dobę na części, ustaliłam kolejność działania by wiedzieć, co po kolei robić. Dziś pierwszy dzień testu. Mimo późniejszej niż planowana pobudki udaje mi się ładnie wszystko realizować. Wygląda więc na to, że plan jest dobry. Elastyczny, możliwy do modyfikcji, przestawianiea, bardzo ogólny. Raczej wyznaczający kierunek niż narzucający konkretne zadania. Dzięki temu jest szansa, że nie rzucę go w kąt, gdy tylko jakiś drobiazg pójdzie nie po mojej myśli. Może jednak nie jest ze mną tak źle, jak myślałam?