Koniec września objawił się spadkiem. Spadkiem energii, chęci, motywacji, wszystkiego. Próbowałam walczyć, odpuścić, olać zupełnie i każda opcja była zła. Żadna nie pozwalała żyć normalnie. Pytania bez odpowiedzi. Żal do siebie i do świata. Niemoc, rozpacz i poczucie beznadziei. A jednak w pewnym momencie coś w końcu przeskoczyło. Wszystkie elementy układanki zaczęły układać się w całość.
Zrozumiałam coś, o czym gdzieś strzępkiem świadomości wiem od dawna. Próbowałam zlekceważyć, zabić żartem, wyśmiać, zwalczyć... Już wiem, że nie dam rady. Jestem bez szans. Sama nie dam sobie rady.
Błędne koło wygląda tak. Nie mogę schudnąć, taka gruba nawet nie chcę wychodzić z domu, nie stać mnie na basen czy zdrowsze odżywianie. Nie moge odsprzątać mieszkania, bo ciągle jestem zmęczona. Nie mogę zabrać się za naukę, bo w tym bajzlu nie da się uczyć. Nie mogę nic załatwić, bo nie mam samochu, boję się jeździć samochodem, gdy go mam, bo boję się czy wszystko jest z nim w porządku. Nie ma kasy na mechanika. Nie ma kasy, by jakoś ubrać to pogrubiałe ciało. Wszystko, wszystko nie tak. I nie mam siły o tym myśleć, prześpię się, może po w staniu będę miała siły by to wszystko ogarnąć. Nie przerwę tego koła. Nie wyjdę z tego obłędu. Pojedyncze zrywy przestają mnie satysfakcjonować. I tak prędzej czy później nastąpi spadek...
Dziś już wiem, że od lat myliłam skutek z przyczyną, pokręciłam kolejność. To nie jest tak, że nic nie mogę, bo tkwię w tym kole obłędu. To nie jest tak, że dopada mnie niemoc z powodów obiektywnych. Dziś już wiem, że może stać się wszystko. Mogę nagle zostać potwornie bogata, ze świetną pracą w idealnym domu, z nowym samochodem - i tak będzie źle.
Myślałam, że skoro nie mam zapędów samobójczych, że skoro instykt samozachowawczy mam sprawny, to wszystko jest w porządku. Nic mi nie dolega z wyjątkiem lenia w dupie i rozpaprania organizacyjnego. Już rozumiem, że to chroniczne zmęczenie, senność to ucieczka przed rzeczywistością. Odzyskałam jasność myślenia i widzę czarno na białym. Potrzebuję pomocy, bo na depresję nie działa "wzięcię się w garść".
Nie stać mnie na opisanie tego wszystkiego sensowniej, mniej chaotycznie. Jednak roboczą diagnozę sobie postawiłam. Resztę zostawiam specjalistom.
Żal mi kilku ostatnich lat. Szczególnie mi przykro, kiedy uświadamiam sobie, że nie odzyskam czasu, który mogłam spędzić z dzieckiem, a nie byłam w stanie. Tak, to był poważny błąd. Jednak rozpamiętywanie i samobiczowanie się niczego nie zmienią. Pora powalczyć.
Zrozumiałam coś, o czym gdzieś strzępkiem świadomości wiem od dawna. Próbowałam zlekceważyć, zabić żartem, wyśmiać, zwalczyć... Już wiem, że nie dam rady. Jestem bez szans. Sama nie dam sobie rady.
Błędne koło wygląda tak. Nie mogę schudnąć, taka gruba nawet nie chcę wychodzić z domu, nie stać mnie na basen czy zdrowsze odżywianie. Nie moge odsprzątać mieszkania, bo ciągle jestem zmęczona. Nie mogę zabrać się za naukę, bo w tym bajzlu nie da się uczyć. Nie mogę nic załatwić, bo nie mam samochu, boję się jeździć samochodem, gdy go mam, bo boję się czy wszystko jest z nim w porządku. Nie ma kasy na mechanika. Nie ma kasy, by jakoś ubrać to pogrubiałe ciało. Wszystko, wszystko nie tak. I nie mam siły o tym myśleć, prześpię się, może po w staniu będę miała siły by to wszystko ogarnąć. Nie przerwę tego koła. Nie wyjdę z tego obłędu. Pojedyncze zrywy przestają mnie satysfakcjonować. I tak prędzej czy później nastąpi spadek...
Dziś już wiem, że od lat myliłam skutek z przyczyną, pokręciłam kolejność. To nie jest tak, że nic nie mogę, bo tkwię w tym kole obłędu. To nie jest tak, że dopada mnie niemoc z powodów obiektywnych. Dziś już wiem, że może stać się wszystko. Mogę nagle zostać potwornie bogata, ze świetną pracą w idealnym domu, z nowym samochodem - i tak będzie źle.
Myślałam, że skoro nie mam zapędów samobójczych, że skoro instykt samozachowawczy mam sprawny, to wszystko jest w porządku. Nic mi nie dolega z wyjątkiem lenia w dupie i rozpaprania organizacyjnego. Już rozumiem, że to chroniczne zmęczenie, senność to ucieczka przed rzeczywistością. Odzyskałam jasność myślenia i widzę czarno na białym. Potrzebuję pomocy, bo na depresję nie działa "wzięcię się w garść".
Nie stać mnie na opisanie tego wszystkiego sensowniej, mniej chaotycznie. Jednak roboczą diagnozę sobie postawiłam. Resztę zostawiam specjalistom.
Żal mi kilku ostatnich lat. Szczególnie mi przykro, kiedy uświadamiam sobie, że nie odzyskam czasu, który mogłam spędzić z dzieckiem, a nie byłam w stanie. Tak, to był poważny błąd. Jednak rozpamiętywanie i samobiczowanie się niczego nie zmienią. Pora powalczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz