niedziela, 30 października 2011

Nijako

Po chorobie nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Zresztą trudno wracać do czegoś, co jest... żadne, nijakie, bezsensowne. W zasadzie czuję się już dobrze, poza drobnym faktem, że mam ataki kaszlu jak stary gruźlik, a głos jak koneser wody brzozowej...

czwartek, 27 października 2011

Fizycznie

Nafaszerowana super-cudownymi witaminami czekałam w napięciu na ich niesamowite działanie. Nie doczekałam się. Nieślubnemu zapłonęły oskrzela i jak się można domyślić, chwilę później i mnie sponiewierało jakieś paskudztwo. Chęć do życia oraz każdą próbę podjęcia jakiejkolwiek aktywności zabija niemoc fizyczna. Osłabienie, zawroty głowy... Obecnie nie sprawdza się przysłowie, że chcieć to móc.

poniedziałek, 17 października 2011

Psychicznie

Po wizycie u lekarza, nafaszerowana witaminami, czuję się jeszcze gorzej niż przed. Jeszcze bardziej mi się nie chce i jeszcze bardziej jestem zmęczona życiem, którego nie mam, bo co to za życie - takie snucie się z kąta w kąt.
Radzę sobie tylko z tym, co nieodzowne, co ma termin. A więc wizyta u dziecka w szkole, wizyta w Urzędzie Pracy, u lekarza, czy gdziekolwiek indziej. Wszystko co można odłożyć na bliżej nieokreślone jutro - odkładam. A więc jutro kupię jakieś owoce, może dodadzą energii, jutro poszukam pracy, jutro posprzątam, poćwiczę, napiszę pracę do szkoły, pouczę się greckiego, obetnę paznokcie itd.
Psychiatry też poszukam jutro.

czwartek, 13 października 2011

Medycznie

Skoro zdiagnozowałam sobie depresję, postanowiłam wziąć się z nią za bary. Mam dość tej niechęci do czegokolwiek, słabości własnej i wiecznej senności. Odwiedziłam lekarza pierwszego kontaktu.
Pani doktor obadała, osłuchała, zleciła wampiriadę, czyli odsysanie krwi, po czym skomentowała wyniki: Cukier ok, tarczyca spoko, morfologia jak u chłopa. Taka pani uroda i nic pani z tym nie zrobi.
No to dupa. Zdrowa jestem jak koń, ale jednak coś nie halo. Zanabyłam drogą kupna jakieś super-ekstra witaminy, co to mają mnie na nogi postawić i zobaczymy. Jak efektu nie będzie, czeka mnie wizyta u psychiatry. Może da mi coś, co mnie naspiduje.
Swoją drogą cieszę się, że nic się nie wykryło niedobrego. Zawsze to lepiej być wariatem niż chorym na coś okropnego.

poniedziałek, 10 października 2011

Przegrana?

Koniec września objawił się spadkiem. Spadkiem energii, chęci, motywacji, wszystkiego. Próbowałam walczyć, odpuścić, olać zupełnie i każda opcja była zła. Żadna nie pozwalała żyć normalnie. Pytania bez odpowiedzi. Żal do siebie i do świata. Niemoc, rozpacz i poczucie beznadziei. A jednak w pewnym momencie coś w końcu przeskoczyło. Wszystkie elementy układanki zaczęły układać się w całość.
Zrozumiałam coś, o czym gdzieś strzępkiem świadomości wiem od dawna. Próbowałam zlekceważyć, zabić żartem, wyśmiać, zwalczyć... Już wiem, że nie dam rady. Jestem bez szans. Sama nie dam sobie rady.
Błędne koło wygląda tak. Nie mogę schudnąć, taka gruba nawet nie chcę wychodzić z domu, nie stać mnie na basen czy zdrowsze odżywianie. Nie moge odsprzątać mieszkania, bo ciągle jestem zmęczona. Nie mogę zabrać się za naukę, bo w tym bajzlu nie da się uczyć. Nie mogę nic załatwić, bo nie mam samochu, boję się jeździć samochodem, gdy go mam, bo boję się czy wszystko jest z nim w porządku. Nie ma kasy na mechanika. Nie ma kasy, by jakoś ubrać to pogrubiałe ciało. Wszystko, wszystko nie tak. I nie mam siły o tym myśleć, prześpię się, może po w staniu będę miała siły by to wszystko ogarnąć. Nie przerwę tego koła. Nie wyjdę z tego obłędu. Pojedyncze zrywy przestają mnie satysfakcjonować. I tak prędzej czy później nastąpi spadek...

Dziś już wiem, że od lat myliłam skutek z przyczyną, pokręciłam kolejność. To nie jest tak, że nic nie mogę, bo tkwię w tym kole obłędu. To nie jest tak, że dopada mnie niemoc z powodów obiektywnych. Dziś już wiem, że może stać się wszystko. Mogę nagle zostać potwornie bogata, ze świetną pracą w idealnym domu, z nowym samochodem - i tak będzie źle.
Myślałam, że skoro nie mam zapędów samobójczych, że skoro instykt samozachowawczy mam sprawny, to wszystko jest w porządku. Nic mi nie dolega z wyjątkiem lenia w dupie i rozpaprania organizacyjnego. Już rozumiem, że to chroniczne zmęczenie, senność to ucieczka przed rzeczywistością. Odzyskałam jasność myślenia i widzę czarno na białym. Potrzebuję pomocy, bo na depresję nie działa "wzięcię się w garść".

Nie stać mnie na opisanie tego wszystkiego sensowniej, mniej chaotycznie. Jednak roboczą diagnozę sobie postawiłam. Resztę zostawiam specjalistom.
Żal mi kilku ostatnich lat. Szczególnie mi przykro, kiedy uświadamiam sobie, że nie odzyskam czasu, który mogłam spędzić z dzieckiem, a nie byłam w stanie. Tak, to był poważny błąd. Jednak rozpamiętywanie i samobiczowanie się niczego nie zmienią. Pora powalczyć.

niedziela, 9 października 2011

Był sobie wrzesień

Skończyłam kurs komputerowy. O reszcie lepiej nie mówić. Waga w górę, ćwiczyć przestałam, wszystko, wszystko nie tak.
Planów na październik brak. Wprawdzie w głowie kołacze mi się mnóstwo myśli, pomysłów, planów, odpycham je jednak od siebie. Nie robię nic nowego, dopóki nie uporam się ze starociami.
Nawet nie ma co się na ten temat szczególnie rozpisywać