Trochę się będę powtarzać, bo wracają przemyślenia sprzed lat, ale uaktualniły się nieco i chcę je zebrać do kupy.
Chciałam pracować - pracowałam i narzekałam (no dobra, było na co, bo pracy marzeń toto nie przypominało nic a nic).
Kiedy ojciec pił, wydawało mi się, że to przez niego nie mogę być szczęśliwa. Przestał, zmienił się. Doceniałam, byłam z tego zadowolona, ale do szczęścia wciąż było daleko.
Chciałam mieć rodzinę. Własną. Mam. I znowu nie tak. Znów szczęścia brak, bo nie jest jak w bajce, bo to, bo owo.
I znów sobie wymyśliłam problem. Bo nie mam na nic czasu, bo nie czytam, nie piszę, nie rozwijam się...
A w międzyczasie straciłam pracę - dramat. Wyjaśniać nie trzeba. A nowej znaleźć nie mogę.
Kilka dni temu leżałam sobie w wannie, myśli pływały jak woda wokół mojego ciała i doszłam do absurdalnego wniosku, że jestem szczęśliwa! Mam co chciałam!
O ojca jestem spokojna, mogę mu zaufać, Nieślubny księciem z bajki nie jest, ale czy prawdziwi książęta istnieją? Nie oszukuje mnie, dba o mnie jak potrafi, trwa przy mnie próbując przetrwać wszystkie zawirowania i wiatr wiejący w oczy.
Syn zdrowy jak koń. Niełatwy w prowadzeniu. Ale czyż nie większa będzie satysfakcja, jeśli zdołam tę cholerę wyprowadzić na ludzi?
Czytam, piszę (byle co, byle jak, ale robię to!) W jakiś tam sposób drobnymi kroczkami rozwijam się - szkoła, język, kursy, coś się dzieje.
Nie mam pracy - za to mam czas. Na to, by robić wszystko to, co kocham, a także na to, by przygotować się do odwrotnej sytuacji, czyli: mam pracę - (i tu niespodzianka) mam czas! Bo wszystko jest kwestią organizacji i jak się chce, to można zrobić bardzo dużo. Owszem, na pewno nie w takim wymiarze jak teraz, ale można.
Jest mi dobrze. Idealnie nie będzie nigdy. Ale przynajmniej jest do czego dążyć!
Chciałam pracować - pracowałam i narzekałam (no dobra, było na co, bo pracy marzeń toto nie przypominało nic a nic).
Kiedy ojciec pił, wydawało mi się, że to przez niego nie mogę być szczęśliwa. Przestał, zmienił się. Doceniałam, byłam z tego zadowolona, ale do szczęścia wciąż było daleko.
Chciałam mieć rodzinę. Własną. Mam. I znowu nie tak. Znów szczęścia brak, bo nie jest jak w bajce, bo to, bo owo.
I znów sobie wymyśliłam problem. Bo nie mam na nic czasu, bo nie czytam, nie piszę, nie rozwijam się...
A w międzyczasie straciłam pracę - dramat. Wyjaśniać nie trzeba. A nowej znaleźć nie mogę.
Kilka dni temu leżałam sobie w wannie, myśli pływały jak woda wokół mojego ciała i doszłam do absurdalnego wniosku, że jestem szczęśliwa! Mam co chciałam!
O ojca jestem spokojna, mogę mu zaufać, Nieślubny księciem z bajki nie jest, ale czy prawdziwi książęta istnieją? Nie oszukuje mnie, dba o mnie jak potrafi, trwa przy mnie próbując przetrwać wszystkie zawirowania i wiatr wiejący w oczy.
Syn zdrowy jak koń. Niełatwy w prowadzeniu. Ale czyż nie większa będzie satysfakcja, jeśli zdołam tę cholerę wyprowadzić na ludzi?
Czytam, piszę (byle co, byle jak, ale robię to!) W jakiś tam sposób drobnymi kroczkami rozwijam się - szkoła, język, kursy, coś się dzieje.
Nie mam pracy - za to mam czas. Na to, by robić wszystko to, co kocham, a także na to, by przygotować się do odwrotnej sytuacji, czyli: mam pracę - (i tu niespodzianka) mam czas! Bo wszystko jest kwestią organizacji i jak się chce, to można zrobić bardzo dużo. Owszem, na pewno nie w takim wymiarze jak teraz, ale można.
Jest mi dobrze. Idealnie nie będzie nigdy. Ale przynajmniej jest do czego dążyć!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz