poniedziałek, 26 września 2011

Szkoła

Nikt się nie bawi w powolny rozruch czy nabieranie rozpędu. Wszyscy od razu lecą pełną parą. Dwa zjazdy zaowocowały czterema pracami do napisania. A to jeszcze nie koniec. Właściwie jedną powinnam mieć już napisaną, ale... jakoś brakło czasu... Weny też brak. Ale nikt mnie o to nie pyta. Nie ma więc na co czekać.

piątek, 23 września 2011

Jak zwykle

Cokolwiek by się nie działo, nowy dzień nadszedł. To, że mój prywatny świat się znowu wali wcale nie oznacza, że ten zewnętrzny przestaje się kręcić. Wsiadam więc znowu na tę karuzelę, bo jakie mam inne wyjście?

czwartek, 22 września 2011

Nic

Nie robię
Nie myślę
Nie czuję

środa, 21 września 2011

Niedobrze

W pracy u Nieślubnego coraz gorzej. Już nie ma nadziei na poprawę.
Wizyta u lekarza również nie nastraja optymistycznie.
Coraz mniej sił.
A może być jeszcze gorzej.

wtorek, 20 września 2011

Tik tak

Tiktakuje sobie zegar, a mnie się nic nie chce. Za oknem "mżymżawka", która absolutnie nie nastraja do jakiegokolwiek działania. Dziecię dzwoni ze szkoły, że czegoś tam nie zabrało i by mu donieść. Wyprawa na drugi koniec miasta, to nie jest to, o czym aktualnie marzę, szczególnie na piechotę (powitałam już Nieślubnego, więc pożegnałam się z samochodem) i przy takiej pogodzie. Wypadałoby się spiąć, tymczasem mój leń kiwa na mnie zachęcająco paluszkiem z niezłożonego jeszcze łóżeczka...

Z innej beczki. Na przekór temu, co wczoraj pisałam, jeździło mi się nieźle. Krówka mnie słuchała, nie zgasła ani razu. Cieszy mnie to ogromnie:)

poniedziałek, 19 września 2011

Kierownica

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek poczuję się pewnie za kierownicą. Albo po prostu się do tego nie nadaję, albo jak głupia wkręcam sobie w głowę masę niepotrzebnych problemów.
Odzwyczajam się od prowadzenia bardzo szybko. Już było nieźle, kiedy dopadły nas takie problemy finansowe, że krówka stała sobie miesiącami nieruszana, bo nawet nie było za co do baku wlać. Potem dla odmiany Nieślubny zaanektował pojazd dla potrzeb zawodowych.
W tej chwili odzyskałam krowiszcze na parę dni i... gaśnie mi cholera na każdym skrzyżowaniu. Denerwuję się, bo nie jestem pewna tego samochodu. Ciągle brak kasy, by wysłać ją so samochodowego spa, żeby Pan Mechanik dopieścił ją z każdej strony, naoliwił, zapodał jakieś maseczki, wymasował śrubeczki i inne bzdury.
Nie boję się wypadku. Przepisy znam, mocno chcę wierzyć, że inni użytkownicy drogi też. Zawrotnych prędkości nie rozwijam, tym bardziej, że poruszam się wyłącznie po mieście, więc nawet nie mam gdzie. Boję się, czegoś innego. Że coś się posypie/zapali wybuchnie. To moja schiza, która prześladuje mnie za każdym razem gdy wsiadam za kółko. Da się to leczyć?

niedziela, 18 września 2011

Słabo

Wczorajsze zajęcia się nie odbyły. Nie powiem, żebym rozpaczała z tego powodu. Ani nie lubię przedmiotu, ani prowadzącego. Za to wykorzystałam wolny czas na ploteczki z przyjaciółką. Tego mi było trzeba!
Chodzę jeszcze trochę do tyłu po zarwanych przed komputerem nockach. Trochę odsypiam, trochę się snuję. Do tego Nieślubny wybył w delegację, więc rozprężyłam się totalnie. Będę musiała ponadrabiać parę drobnych zadań, chociaż tak naprawdę marzę tylko o tym, by solidnie odpocząć. Jutro znów się nie uda, bo muszę wykorzystać fakt, że chwilowo jestem mobilna (Nieślubny zostawił samochód) i pozałatwiać parę papierków urzędowych. Na piechotę nie będzie mi się chciało i będzie mi szkoda czasu na wielogodzinne spacerki. Zresztą nie bardzo mam pomysł na to, jak taki odpoczynek miałby wyglądać. Samo odsypianie nie bardzo mi wychodzi, ciągle coś mi przeszkadza. Jak sobie wymyślę, co by to miało być, to i czas na to sobie zorganizuję.

Coś mi się wydaje, że przestaję panować nawet nad ojczystym językiem. Odnoszę wrażenie, że wtykam tu masło maślane, a składnia moich zdań chyba woła o pomstę do nieba. Jakoś jednak nie mam weny, by zadbać o formę. Ciśnie mnie by wypluć treść i to wszystko.
Nic to, przypalam głupa i wczuwam się w Scarlett: "Pomyślę o tym jutro"

(Albo kiedy indziej)...:D

sobota, 17 września 2011

Dałam radę!

Maraton komputerowo-internetowy zakończony. Z ogromną ulgą wyłączyłam komputer. Jestem ogromnie zadowolona z faktu, że dałam radę, że mam to już za sobą, że wykreślam grubą czerwoną krechą kolejne, duże zrealizowane zadanie.
Jednocześnie jestem ogromnie zmęczona i wściekła na siebie, bo mogłam to wszystko zrobić dużo mniejszym kosztem, bez takiego obciążenia i bez oddechu tykającego zegara na plecach. No cóż, to moja od lat niewyleczona przypadłość, że dopiero pod presją czasu się spinam, że wszelkie równomierne rozkładanie pracy nie działa w moim przypadku. I - jak zawsze po takim wysiłku i stresie - obiecuję sobie, że to był ostani raz, że teraz już będę pracować z głową, po kawałeczku, regularnie....
Mam okazję się wykazać. Dziś pierwsze zajęcia ostatniego semestru w szkole. Wobec czego obiecuję sobie uroczyście, że wszelkie prace zaliczeniowe będę pisać od razu, po otrzymaniu tematów, nie na trzy dni przed terminem oddania:) Uda się?

A przy okazji: Znalazłam jeszcze parę interesujących mnie e-kursów. Jednak nie tykam żadnego aż do skończenia szkoły. W ogóle nie biorę na siebie nic nowego dopóki jej nie skończę. Potem - zobaczymy.

I jeszcze jedno. Nie umiałam sobie poradzić z bezsensownym klikaniem w FB, w ciągle te same blogi itp. Ostatnie wielkie skurczenie posiadanego czasu skutecznie mnie z tego wyleczyło. Owszem - zaglądałam w moją dyżurną listę "ulubionych". Ale juz nie 15 razy dziennie:).

Podsumowując całość - jest dobrze:)

piątek, 16 września 2011

Do przewidzenia

Można było przewidzieć, że jak mi się część planu posypie to i reszta runie jak wieża z klocków. Nie dałam rady wczoraj poćwiczyć. Na szczęście w zapasie miałam jedną przećwiczoną na zapas sobotę, więc można przyjąć, że w tym zakresie nadal jestem na bieżąco z planem.

Gorzej z kursem. Wczorajsza awaria narobiła mi ogromnych strat. Więc dziobię od rana i jeszcze wierzę, że mogę, że podołam. Będzie trudno, szczególnie, że weekend mi odpadnie, bo zaczyna się szkoła.

To wszystko tak naprawdę to bzdety. Niby ważne dla mnie ale bzdety. Cieszę się jak głupek kolejnymi skreśleniami w kalendarzu, by nie myśleć o tym, co tak naprawdę zaprząta mi rozczochraną. Praca Nieślubnego wisi na włosku, a włosek ów wykręca się w wielki znak zapytania. Modlę się i wzywam wszystkie możliwe moce: Dajcie już spokój! Nie zniosę kolejnego kopa! Ja naprawde jestem już wystarczająco doświadczona przez życie!

czwartek, 15 września 2011

Złośliwość rzeczy martwych

Nie przewidziałam, że może mi się schrzanić oprogramowanie na którym aktualnie pracuję, i które jest mi niezbędne jak tlen, by działać dalej. Jestem w czarnej ..... . Dzisiejszy dzień można spisać na straty. Fuck!

Dobra, dobra, mam co robić, zajmę się czymś innym. Ale i tak jestem wściekła maksymalnie. Mogę, nie? Poza tym, co z tego, że zrealizuję co innego, skoro w tej chwili number one jet ten chromolony kurs? I tego dnia już nie odzyskam... wrrr

środa, 14 września 2011

Takie tam różne, bieżące

Zafiksowałam się na ten kurs komputerowy. Poświęcam mu mnóstwo czasu, wszystko inne niemal leży odłogiem - z rzeczy pozostałych robię tylko absolutnie niezbędne minimum. Pocieszam się, że jeszcze tydzień takiego maratonu i będzie można kolejne zadanie odfajkować i zająć się następnym.
Treść kursu kopiuję sobie do pliku tekstowego. Niestety nie da się zerżnąć całości za pomocą CtrlA, CtrlV, trzeba dziobać ręcznie po kawałeczku, co jeszcze wydłuża cały proces, ale dzięki temu będę mogła wrócić do tych informacji, przeanalizować to, co robię "po łebkach".
Przy okazji przychodzi mi do głowy, że lubię tę dziobaninę. Mogłabym mieć taką pracę, najlepiej wykonywaną w domu. Teraz mam wyrzuty sumienia, że zaniedbuję inne pola. A gdyby ktoś mi za to płacił? Od razu byłoby lepiej:)

Ćwiczę nadal. Ostatni przerażający przyrost wagi był spowodowany jak się zdaje babskimi cyklami. Nadal nie bardzo widzę efekty, ale nadal dzielnie walczę. Znalazłam jeszcze kilka par spodni, w które nie wchodzę i postanawiam kontrolnie, na początku każdego miesiąca dokonywać przymiarek:) Może w końcu się uda:)

Wpada mi też do głowy milion różnych pomysłów na przyszłość. Musiałabym je zapisywać, choćby gdzieś na brudno. Wiem, że na razie nie wezmę na siebie nic nowego, ale przecież moja obecna lista "to do" się skończy i wtedy... Wtedy właśnie będę musiała mądrzej rzecz rozplanować, nie chcę się znowu wkopać w: "nie ma mnie dopóki nie skończę z...". No ale to wszystko melodia przyszłości.

wtorek, 13 września 2011

Ograniczenia

Ograniczenia stawia mi moje własne ciało. Odkryłam właśnie, że nie umiem ćwiczyć zaraz po przebudzeniu. No nie ma szans, ciało nie słucha mnie w ogóle. O ile w tej chwili nie jest to jakiś problem, bo i tak za ćwiczenia zabieram się dopiero po wysłaniu Miszy do szkoły, więc już po jakimś rozruchu, tak zastanawiam się, co będzie jak pójdę do pracy. Jedyne rozwiązanie jakie mi przychodzi do głowy, to wstawać jeszcze wcześniej. Może wtedy ciało zdąży się obudzić. No ale średnio mi to pasuje już teraz jestem ciągle niewyspana....
Tak czy inaczej dobrze wiedzieć, nie będzie zaskoczenia jak przyjdzie co do czego. A w tej chwili mam czas, by spróbować jeszcze inaczej przeorganizować dzień i wymyślić sposób na zmuszenie organizmu do porannego wysiłku.

poniedziałek, 12 września 2011

złośliwie, przewrotnie

Zadziwiające jak przewrotnie/złośliwie działa umysł, psychika, organizm ludzki, czy jakkolwiek by tego nie nazwać.
Im mniej mam czasu, im bardziej powinnam sobie odpuścić pisanie, tym bardziej czuję ten mój przymus wewnętrzny by natychmiast podzielić się tym, co mi się w tej łepetynie kłębi. Nie inaczej jest i teraz. W ogóle nie powinno mnie być przy komputerze, nie mówiąc o tym, że na blogu tym bardziej. Ale co ja poradzę - czasem człowiek musi...

Cała nadzieja w tym, że ilość przemyśleń, które "muszę" przekonwertować we wpis blogowy przerodzi się w końcu w jakość...

niedziela, 11 września 2011

O ćwiczeniach

Pisałam jakiś czas temu, że mam problem z jednym ćwiczeniem. Kręgosłup tak mi się zastał, a dupa tak obrosła tłuszczem, że nie mogłam ich oderwać od ziemi. Dałam na luz, ćwiczyłam co innego, by plan pt. (sto powtórek dziennie) był wykonany, a tamto próbowałam pomalutku. I jest coraz lepiej, każdego dnia robię coraz więcej powtórek, wobec czego w innym tempie niż planowałam, ale jednak zrobię je do końca.

Ten mój plan ćwiczeń w ogóle jest śmieszny. Wyciągnięty z jakiejś gazety sprzed lat. Kiedyś uparłam się, że go zrealizuję. Wpisałam sobie ładnie do kalendarza i z czasem okazało się, że narzuciłam sobie zbyt dużo, więc go zmodyfikowałam. Zmodyfikowany wpisałam do kalendarza i... znów okazał się zły. W międzyczasie milion razy z ćwiczeń rezygnowałam, potem wracałam i tak na zmianę. Ten plan również nie odpowiada moim możliwościom czasowym, ograniczeniom, jakim w chwili obecnej podlega moje ciało, ale nie chce mi się go już przepisywać. W kalendarzu stoi tak, jak to zapisałam cztery lata temu, ale realizuję go trochę inaczej. I śmiesznie mi jak patrzę na daty z 2007 roku:)

Co by nie mówić, szkoda czasu na przepisywanie na różne sposoby tego jak mam ćwiczyć. Lepiej ten czas poświęcić na samo ćwiczenie. Przyjemność z wykreślania kolejnych zrealizowanych etapów jest ta sama. Dla dwojej własnej satysfakcji będę sobie wpisywać również na blogu swoje osiągnięcia w tej dziedzinie, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że nikomu to nic nie mówi i wyglądać będzie śmiesznie:)
Niemałym sukcesem jest dla mnie fakt, że to już prawie trzy miesiące, jak ćwiczę regularnie. To do mnie niepodobne:)

A więc dla potomności i własnego wglądu w progres: Wrzesień zaczęłam z datą 01.10.2007:) Zobaczymy jaka data będzie na początku października:)

sobota, 10 września 2011

Mam co chciałam

Trochę się będę powtarzać, bo wracają przemyślenia sprzed lat, ale uaktualniły się nieco i chcę je zebrać do kupy.
Chciałam pracować - pracowałam i narzekałam (no dobra, było na co, bo pracy marzeń toto nie przypominało nic a nic).
Kiedy ojciec pił, wydawało mi się, że to przez niego nie mogę być szczęśliwa. Przestał, zmienił się. Doceniałam, byłam z tego zadowolona, ale do szczęścia wciąż było daleko.
Chciałam mieć rodzinę. Własną. Mam. I znowu nie tak. Znów szczęścia brak, bo nie jest jak w bajce, bo to, bo owo.
I znów sobie wymyśliłam problem. Bo nie mam na nic czasu, bo nie czytam, nie piszę, nie rozwijam się...
A w międzyczasie straciłam pracę - dramat. Wyjaśniać nie trzeba. A nowej znaleźć nie mogę.


Kilka dni temu leżałam sobie w wannie, myśli pływały jak woda wokół mojego ciała i doszłam do absurdalnego wniosku, że jestem szczęśliwa! Mam co chciałam!
O ojca jestem spokojna, mogę mu zaufać, Nieślubny księciem z bajki nie jest, ale czy prawdziwi książęta istnieją? Nie oszukuje mnie, dba o mnie jak potrafi, trwa przy mnie próbując przetrwać wszystkie zawirowania i wiatr wiejący w oczy.
Syn zdrowy jak koń. Niełatwy w prowadzeniu. Ale czyż nie większa będzie satysfakcja, jeśli zdołam tę cholerę wyprowadzić na ludzi?
Czytam, piszę (byle co, byle jak, ale robię to!) W jakiś tam sposób drobnymi kroczkami rozwijam się - szkoła, język, kursy, coś się dzieje.
Nie mam pracy - za to mam czas. Na to, by robić wszystko to, co kocham, a także na to, by przygotować się do odwrotnej sytuacji, czyli: mam pracę - (i tu niespodzianka) mam czas! Bo wszystko jest kwestią organizacji i jak się chce, to można zrobić bardzo dużo. Owszem, na pewno nie w takim wymiarze jak teraz, ale można.

Jest mi dobrze. Idealnie nie będzie nigdy. Ale przynajmniej jest do czego dążyć!

piątek, 9 września 2011

Tak jak myślałam.

Nie lubię czwartków. Nie poszedł mi wczoraj ten dzień. Koniec końców zrobiłam co miałam zrobić, jednak nie tak jak chciałam. Mimo wszystko ze swoimi "must do" muszę się uporać zanim chłopaki powracają, bo potem to tylko stres i frustracja i jeszcze im się obrywa.

Nadchodzi weekend, więc przede mną dni bez spinki, napinki, sprężania, stresu i tym podobnych. Błogie lenistwo! I like it!

czwartek, 8 września 2011

Czwartek

Chyba nie będę lubić czwartków. To dni, kiedy z uwagi na plan lekcji Miszy mam bardzo mało czasu. Szczególnie dzisiejszy jest do bani, po porannej kłótni z moim nastolatkiem, najchętniej zagrzebałabym się pod kocyk i przeżywała jak mi źle. Tymczasem trzeba się spiąć, jeśli za kilka godzin nie chcę żałować, że dzień mi przepadł w odmętach lenistwa.

Jestem tak bliko zrealizowania jednego z zadań - i to przed czasem, że aż zastanawiam się, czy trochę go nie rozszerzyć, nie zrobić więcej niż było planowane... Zobaczymy jak pójdzie i co z tego wyniknie.

środa, 7 września 2011

Meliska

Bycie matką nastolatka to katorżnicza robota. Normalnie pchanie łańcucha. Wydawać by się mogło, że wszystko można ładnie ogarnąć i poukładać. Bzdura. Opór pojawia się tam, gdzie się człowiek najmniej spodziewa. Przeforsowanie swojej woli, bądź dojście do dopuszczalnego kompromisu graniczy z cudem i wysysa posiadane pokłady energii i dobrej woli do cna. Dlaczego dzieci są takie skomplikowane? W celu uniknięcia zostania trafioną przez nagły szlag wspomagam się meliską. Może rozwiąże supeł w żołądku i uspokoi rozkołatane serce? To nie jest na moje nerwy...

Poza tym idzie dobrze. Pomaluśku i do przodu. Niedługo będę się chwalić:) Byłoby dużo lepiej, gdyby nie mój cholerny netoholizm. To zadziwiające ile czasu potrafię zmarnować na wciąż tych samych stronach...

wtorek, 6 września 2011

Urodziny

Były milsze niż się spodziewałam, tym bardziej, że w ogóle nie miałam ochoty ich obchodzić. Nieślubny wygrał w plebiscycie na największe zaskoczenie życia!
I to by było na tyle. Wracamy do prozy życia. Nic, kompletnie nic mi się nie chce. Czyli nic nowego.

poniedziałek, 5 września 2011

Dobrze idzie

Wygląda na to, że w 31 rok życia wkraczam zgodnie z planem. Zrobiłam kolejny moduł kursu internetowego, rozpoczęłam nowy projekt, który zupełnie niedawno sobie wymyśliłam, do tego udało się nie olać gimnastyki, zrobić obiad, posprzątać mieszkanie, a nawet trochę poleniuchować.

Tylko błagam - zmory, depresje, lenie i niechcieje - trzymajcie się ode mnie z daleka!!!

niedziela, 4 września 2011

Ruszyła maszyna po szynach ospale?

Leniwa niedziela czyli standard. Snuję się jak zombie i nic mi się nie chce. I tak mnie wkurza że mi się nie chce, że aż nie mogę patrzeć na siebie w lustrze. Może warto by poświęcić chwilę wyglądowi, żeby można było jednak w to lustro zerknąć...
Z tej złości na samą siebie zajrzałam w końcu do kursu komputerowego, przerobiłam jeden dział. Hmmm to może jest szansa? I tak nie zrobię tego jak planowałam - na to nie ma szan - by naprawdę czegoś się nauczyć. Raczej metodą ZZZ ale przynajmniej będzie satysfakcja że tak zupełnie nie odpuściłam...
Patrzę na podsumowanie sierpnia / plan na wrzesień. I myślę sobie, żeby tym razem podziałać jednokierunkowo. Wybrać zadanie o najkrótszym terminie i zająć się tylko nim. Ewentualnie pozostałe sobie zostawić na sytuacje, kiedy na to pierwsze nie będę już patrzeć. Jest to jakiś sposób i całkiem mi się on podoba. Zobaczymy jak będzie w praktyce.

Wiem, mam za dużo tego - sama sobie tak wymyśliłam, co przy mojej rozlazłości okazuje się mało wykonalne. A tu jeszcze wymyśliłam sobie coś nowego i powinnam zacząć to od jutra. Jutrzejszy dzień będzie dobrym na rozpoczęcie czegoś nowego... Muszę to jeszcze przemyśleć, ale korci mnie bardzo...

sobota, 3 września 2011

O porażkach, lenistwie i co z tego wynika

Nie podoba mi się ta moja waga. Szczerze mówiąc po dwóch miesiącach ćwiczeń spodziewałam się czegoś lepszego, w sensie wyniku, a tu nic. Nie, no chlastać się nie będę. Ale jakoś przykro. Tym bardziej, że postanowiłam kontrolnie założyć Dżinsy Od Których Wszystko Się Zaczęło (to znaczy ten, na których po raz pierwszy zauważyłam że tyję) i... bez szans. Jak to możliwe, że one mi się w pasie zapinały, a teraz nawet przez biodra nie chcą przejść? Zastanawiałam się co z tym zrobić i... nic nie zrobię. Teoretycznie mogłabym sobie narzucić więcej, bardziej intensywnych ćwiczeń. Ale i tak wiem, że w praktyce to się nie uda. To i tak cud i sukces (ba, MEGA SUKCES!), że od tylu dni nie odpuszczam ćwiczeń. Lepiej robić tyle, niż nic. A wiem, w końcu siebie znam, że po trzech dniach większych partii ćwiczeń rzucę to wszystko w cholerę, bo:
-braknie czasu
-energii
-czegoś tam jeszcze
Co i tak się sprowadza do tego, że po prostu wygra ze mną mój leń. Zresztą akcję ćwiczeniową mam zamiar również kontynuować kiedy (mam nadzieję, że kiedyś w końcu to nastąpi) pójdę do pracy, a wtedy naprawdę problemem może być brak czasu. Dlatego przyzwyczajam się do krótkiej gimnastyki. Dieta też nie wchodzi w grę. Ot, musiałabym się trochę mocniej pilnować, bo jednak majonezik moim przyjacielem jest od jakiegoś czasu, a moja waga chyba go jednak nie lubi. Wobec powyższych argumentów kontynuuję to co jest i czekam na efekty:)

Druga sprawa jest tak głupia, że nic tylko rozpędzić się dobrze i porządnie odbić od najbliższej ściany. Mój leń doprowadził do tego, że po wyjściu z wanny "nie miałam już sił" na balsamy i inne bzdury, dzięki czemu skóra ze mnie złazi płatami i tyle było mojej i tak mizernej opalenizny. Trza by wziąć tego lenia za kark i wytrzepać porządnie, bo mi - chamski sznurek - na urodę źle działa.

Po trzecie podsumowanie sierpniowe wkurza mnie mocno i ogromnie mi się nie podoba. Istnieje więc szansa, że w końcu rzeczywiście zepnę pośladki i coś z tym zrobię zamiast tylko narzekać i to jest zdecydowanie pozytywny akcent:)


piątek, 2 września 2011

Zmiana trybu

Z wakacyjnego na szkolny. Wcale nie tak łatwo się przestawić. Zdążyć ze wszystkim zanim Misza wróci ze szkoły. Da się? Zobaczymy!

czwartek, 1 września 2011

Był sobie sierpień

Jakoś mało można zapisać w sierpniu po stronie sukcesów. W sumie nie ma się co dziwić, jakiś niefajny nastrojowo był to miesiąc. Raczej rozmamłany niż w nastawieniu bojowym.

Waga stoi w miejscu. Jednak udało się ćwiczyć wg planu i to dobrze. Wprawdzie dwa dni sobie odpuściłam, ale ćwiczyłam w soboty, które planowo nie są dniami, w których robi się cokolwiek.
Mail wyczyszczony, także in plus.
Notatki z technikum - przepisywanie idzie zgodnie z planem. - in plus.
Kurs komputerowy - porażka - praktycznie nieruszony.
Sprzątanie domu - lepiej nie mówić.
Nauka greckiego i grecki blog - obsuwa na całego.

No nic, mamy przed sobą wrzesień:) Czysta kartka, więc zapisujemy:
-dokończyć przepisywanie notatek - termin do 10 października
- dokończyć odgruzowanie domu - termin do 28 września
- dokończyć kurs komputerowy - termin do 19 września (nie wiem czy to jest w ogóle realne...)
- nauka greckiego i blog - uzupełnić sierpień na blogu, zrobić wrzesień i październik, żeby było na zapas) - termin do końca września.
- i oczywiście schudnąć do tych cholernych 65 kg - do końca września

Mało realny ten plan, ale nie tyle o realizm tu chodzi, co o wypisanie sobie co jest do zrobienia. Jak pójdzie, tak pójdzie. Spotkamy się pod koniec miesiąca, to się będę rozliczać:)