poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Szekuladka i szerszeń

Szekuladka to ja. Nie jestem już ruda, machnęłam sobie na głowie szekuladę. Raczej ciemną i nie wiem jeszcze czy taki kolor zostanie mi na dłużej. Na pewno jednak pozostanę przy brązach. Może z czasem wrócę w stronę w czerwieni, ale już bardziej jako jakiś miedziany połysk, niż ogniście czerwony łeb. Na razie poszukiwania koloru idealnego trwają.
Ponadto skóra też zaczyna wpadać w brązowe tony. Do ideału i w tym przypadku daleko, ale i tak mi lepiej niż w ciele o świnkowym kolorze. I życie jakieś piękniejsze, po zastosowaniu ilioterapii.

Szerszeń natomiast wtargnął wczorajszego wieczora do mojego azylu, mojej oazy spokoju, lenistwa, i nieróbstwa - do domu znaczy. I postrach siać zaczął tłukąc się nerwowo o zapaloną już lampę. Mój Nieślubny Hero stanął na wysokości zadania i utłukł dziada. Już wiem, do czego służy mężczyzna - a już myślałam, że tylko do wyprowadzania mnie z równowagi...

Wypoczęłam przez ten weekend, grzejąc moją nadwagę w promieniach balkonowego słońca. Do tego stopnia, że wstałam o nieprzyzwoicie wczesnej jak dla mnie godzinie. Dobrze się składa, po weekendowym lenistwie ze trzy dni zajmie mi doprowadzanie chatki do porządku. Przysięgam, że któregoś dnia powybijam te Krasnoludy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz