Jako że studia skończyłam prawie dziesięć (ała, już???!) lat temu, tyleż to lat pojęcie wakacji jako takich średnio mnie dotyczy. Zważywszy na fakt, że studia były zaoczne, i w zasadzie miały być łączone z pracą to pojęcie owo nie dotyczy mnie jeszcze dłużej. W pierwsze lato po skończonym liceum podejmowałam się mniej lub bardziej popłatnej, absorbującej i krócej lub dłużej trwającej aktywności zawodowej, by pod koniec sierpnia ugrzęznąć na równiusieńki rok na stażu. A potem było już tylko gorzej. Bo albo pracowałam, albo - co gorsza - szukałam pracy. Kiedy jest się w wieku, w którym pracę mieć wypada, okres wakacyjny jest okresem mocno denerwującym. Lato jest, czas jest, a nie można go wykorzystać zgodnie z przeznaczeniem, bo od czego tu wypoczywać? I jakim prawem? Bezrobotni nie są zmęczeni, bo nie pracują. Poza tym bezrobotnych nie stać na wakacje i takie tam.... Tak mają się również sprawy i w roku obecnym. Ale ja w sumie nie o tym.
Jakkolwiek rzecz by nie wyglądała pod względem statusu zawodowego, finansowego, i stanu posiadania wolnego czasu, koniec wakacji dobija mnie, wprowadza w stan chandry, smutku, zadumy nad przemijaniem. Zawsze. Bez wyjątku. Gorzej niż koniec roku, czy kolejne urodziny. Nienawidzę końca wakacji!
Jakkolwiek rzecz by nie wyglądała pod względem statusu zawodowego, finansowego, i stanu posiadania wolnego czasu, koniec wakacji dobija mnie, wprowadza w stan chandry, smutku, zadumy nad przemijaniem. Zawsze. Bez wyjątku. Gorzej niż koniec roku, czy kolejne urodziny. Nienawidzę końca wakacji!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz