Coś mnie swędzi w mózg. Muszę odkopać pokłady dawno nieużywanych szarych komórek by dokopać się do tego swędzącego miejsca i dowiedzieć się co swędzi.
Co mam?
- Psychozę depresyjno - maniakalną i to w jakimś chorym stadium, bo fazy manii stały się już tylko fazami jakiegoś pseudo - działania.
- nerwicę
- ADHD - też jakieś lewe, bardziej ADD
- syndrom DDA - to na pewno
- jakieś paranoidalne schizy
- i kupę jakichś pomniejszych zaburzeń, którymi nawet nie warto się zajmować.
Czego nie mam?
- pieniędzy
- pracy
-urody
-figury
- i miliona rzeczy, bez których nie mogę być szczęśliwa.
Jakiś paradoks mną rządzi, bo rozpaczam nad sobą, życiem... Łkam spazmatycznie, że nie mam już sił, że nie dam rady i naprawdę czuję się bezsilna i niezdolna do działania. Jednak ja to nawet w prawdziwą depresję nie mogę wpaść, w taką ostateczną, by skamienieć do cna, przestać zwracać uwagę na dziecko, przestać jeść, myć się i nie wiem co jeszcze. I tak się bujam na swojej huśtawce. Tracę czas na płacze i lamenty, potem usiłuję go nadrobić, ale mi nie wychodzi, bo nie ma szans na dogonienie czasu. Potem znów coś, jakaś błaha przyczyna, albo i jej brak wpędza mnie w otchłań rozpaczy pod kocykiem i kółko kręci się od początku. Zapędów do prób samobójczych brak. Życzę sobie zasnąć i nie obudzić się więcej, po to, by móc z czystym sumieniem mieć wszystko w... poważaniu, ale kroków ku temu nie podejmuję. Nawet w okresach bezsenności boję się pojedynczej tabletki nasennej. Tak naprawdę, panicznie boję się że coś mi się stanie, albo Miszy, albo z domem (pożar, wybuch, cokolwiek), aż do zeschizowania. Więc nie - jednak nie chcę umrzeć.
Liczę:
- ilość powtórzeń ćwiczeń
- ilość maili usuniętych /do usunięcia
- lekcji do zrobienia/zrobionych
- kątów w domu posprzątanych/do posprzątania
- przepisanych/do przepisania notatek
- przeniesionych /do przeniesienia plików
- i kupę innych bzdur
by nie liczyć że wciąż brakuje
x zł by zapłacić mieszkanie
x na akumulator
x na wyprawkę szkolną dla M
x na milion absolutnie niezbędnych rzeczy/opłat itp.
Wyznaczam sobie milion dziwnych zadań, że niby taka fajna jestem, bo co ja sobie będę zaprzątać głowę problemami, lepiej zająć się czymś pożytecznym, czymś na co mogę mieć wpływ. Gówno z tego robię, bo zawsze ktoś lub coś mi w tym przeszkadza, a to dobry powód, by znowu się załamać i nadal nie robić, bo przecież trzeba popłakać nad sobą.
Wniosek nasuwa się, że ja to chyba nie chcę być szczęśliwa, że oszukuję samą siebie, że tak naprawdę sadystyczno - masochistyczną przyjemność sprawia mi taplanie się we własnych smutkach i nieszczęściu.
No, skoro tak...
Sprzątam dom. Na błysk. Na stół kładę śnieżnobiały płócienny obrus haftowany richelieu. Zapalam świece. Otwieram czaszkę, rozpruwam klatkę piersiową. Na mój pięknie przyozdobiony stół wywalam mózg, obok niego rzucam ochłap serca. Egocentryczna orgia gotowa. Oto ja. W pełnej okazałości. Czy spodobam się sobie?
Co mam?
- Psychozę depresyjno - maniakalną i to w jakimś chorym stadium, bo fazy manii stały się już tylko fazami jakiegoś pseudo - działania.
- nerwicę
- ADHD - też jakieś lewe, bardziej ADD
- syndrom DDA - to na pewno
- jakieś paranoidalne schizy
- i kupę jakichś pomniejszych zaburzeń, którymi nawet nie warto się zajmować.
Czego nie mam?
- pieniędzy
- pracy
-urody
-figury
- i miliona rzeczy, bez których nie mogę być szczęśliwa.
Jakiś paradoks mną rządzi, bo rozpaczam nad sobą, życiem... Łkam spazmatycznie, że nie mam już sił, że nie dam rady i naprawdę czuję się bezsilna i niezdolna do działania. Jednak ja to nawet w prawdziwą depresję nie mogę wpaść, w taką ostateczną, by skamienieć do cna, przestać zwracać uwagę na dziecko, przestać jeść, myć się i nie wiem co jeszcze. I tak się bujam na swojej huśtawce. Tracę czas na płacze i lamenty, potem usiłuję go nadrobić, ale mi nie wychodzi, bo nie ma szans na dogonienie czasu. Potem znów coś, jakaś błaha przyczyna, albo i jej brak wpędza mnie w otchłań rozpaczy pod kocykiem i kółko kręci się od początku. Zapędów do prób samobójczych brak. Życzę sobie zasnąć i nie obudzić się więcej, po to, by móc z czystym sumieniem mieć wszystko w... poważaniu, ale kroków ku temu nie podejmuję. Nawet w okresach bezsenności boję się pojedynczej tabletki nasennej. Tak naprawdę, panicznie boję się że coś mi się stanie, albo Miszy, albo z domem (pożar, wybuch, cokolwiek), aż do zeschizowania. Więc nie - jednak nie chcę umrzeć.
Liczę:
- ilość powtórzeń ćwiczeń
- ilość maili usuniętych /do usunięcia
- lekcji do zrobienia/zrobionych
- kątów w domu posprzątanych/do posprzątania
- przepisanych/do przepisania notatek
- przeniesionych /do przeniesienia plików
- i kupę innych bzdur
by nie liczyć że wciąż brakuje
x zł by zapłacić mieszkanie
x na akumulator
x na wyprawkę szkolną dla M
x na milion absolutnie niezbędnych rzeczy/opłat itp.
Wyznaczam sobie milion dziwnych zadań, że niby taka fajna jestem, bo co ja sobie będę zaprzątać głowę problemami, lepiej zająć się czymś pożytecznym, czymś na co mogę mieć wpływ. Gówno z tego robię, bo zawsze ktoś lub coś mi w tym przeszkadza, a to dobry powód, by znowu się załamać i nadal nie robić, bo przecież trzeba popłakać nad sobą.
Wniosek nasuwa się, że ja to chyba nie chcę być szczęśliwa, że oszukuję samą siebie, że tak naprawdę sadystyczno - masochistyczną przyjemność sprawia mi taplanie się we własnych smutkach i nieszczęściu.
No, skoro tak...
Sprzątam dom. Na błysk. Na stół kładę śnieżnobiały płócienny obrus haftowany richelieu. Zapalam świece. Otwieram czaszkę, rozpruwam klatkę piersiową. Na mój pięknie przyozdobiony stół wywalam mózg, obok niego rzucam ochłap serca. Egocentryczna orgia gotowa. Oto ja. W pełnej okazałości. Czy spodobam się sobie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz