Zebrawszy poprzedni tydzień do kupy w końcu się zdiagnozowałam. Już wiem o co w tym wszystkim chodzi i czemu jest tak bardzo nie tak.
Duszę się z samotności. W domu nie ma do kogo mordki otworzyć, bo w domu nikogo nie ma. Pójść nie ma dokąd, bo wszyscy normalni ludzie pracują, poza tym - najnormalniej w świecie nie ma pieniędzy, by chociażby umówić się z kimś na jakąś kawę.
Duszę się w moich czterech miejskich ścianach. Balkon nie wystarcza jako namiastka lata na plaży. I to wcale nie jest tak, że ta plaża musi być jakaś karaibska od razu. Wystarczyłaby byle jaka, nad spłachetkiem jeziora, gdzie można by popływać, poopalać się, naładować akumulatorki. Ale - wiadomo. Samochód chwilowo nie żyje, kasy na jakikolwiek autobus nie ma i nie ma z kim i dokąd się wybrać.
No i duszę się od tych upałów! Jednak się starzeję. Nogi spuchnięte jak balony, pot leje się po ciele, mózg lasuje się z gorąca - trudno o aktywność, samorealizację, wykreślanie kolejnych punktów z kalendarza.
Trochę mi lepiej z myślą, że niepotrzebnie dręczyłam się swoją niemocą i wciąż przegrywaną walką z samą sobą. W tych tropikach każdy przegrywał. Dołożyć do tego siłę wyższą, czyli brak możliwości takiego prawdziwego resetu, zrobienia czegoś innego, przyjemnego - to musiało się skumulować.
Są i wnioski. Wiem już, co mi dolega i to dobrze. Gorzej, że zmienić się tego już nie da tego lata. Wniosek smutny jest taki, że to już któryś raz z kolei, kiedy ze smutkiem zamykam okres letni obiecując sobie, że to już ostatni raz. I boję się, że w przyszłym roku powiem to samo:(
Mam zamiar to zmienić. I nie będę z tym czekać do przyszłego lata. Chcę wyjść z domu. Jak najszybciej, kiedy to tylko będzie możliwe. Pojechać choćby do sąsiedniego miasta na kawę, a potem do innego miasta. A potem w góry, a potem w doliny... Nie chcę się już więcej dusić.
Duszę się z samotności. W domu nie ma do kogo mordki otworzyć, bo w domu nikogo nie ma. Pójść nie ma dokąd, bo wszyscy normalni ludzie pracują, poza tym - najnormalniej w świecie nie ma pieniędzy, by chociażby umówić się z kimś na jakąś kawę.
Duszę się w moich czterech miejskich ścianach. Balkon nie wystarcza jako namiastka lata na plaży. I to wcale nie jest tak, że ta plaża musi być jakaś karaibska od razu. Wystarczyłaby byle jaka, nad spłachetkiem jeziora, gdzie można by popływać, poopalać się, naładować akumulatorki. Ale - wiadomo. Samochód chwilowo nie żyje, kasy na jakikolwiek autobus nie ma i nie ma z kim i dokąd się wybrać.
No i duszę się od tych upałów! Jednak się starzeję. Nogi spuchnięte jak balony, pot leje się po ciele, mózg lasuje się z gorąca - trudno o aktywność, samorealizację, wykreślanie kolejnych punktów z kalendarza.
Trochę mi lepiej z myślą, że niepotrzebnie dręczyłam się swoją niemocą i wciąż przegrywaną walką z samą sobą. W tych tropikach każdy przegrywał. Dołożyć do tego siłę wyższą, czyli brak możliwości takiego prawdziwego resetu, zrobienia czegoś innego, przyjemnego - to musiało się skumulować.
Są i wnioski. Wiem już, co mi dolega i to dobrze. Gorzej, że zmienić się tego już nie da tego lata. Wniosek smutny jest taki, że to już któryś raz z kolei, kiedy ze smutkiem zamykam okres letni obiecując sobie, że to już ostatni raz. I boję się, że w przyszłym roku powiem to samo:(
Mam zamiar to zmienić. I nie będę z tym czekać do przyszłego lata. Chcę wyjść z domu. Jak najszybciej, kiedy to tylko będzie możliwe. Pojechać choćby do sąsiedniego miasta na kawę, a potem do innego miasta. A potem w góry, a potem w doliny... Nie chcę się już więcej dusić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz