środa, 31 sierpnia 2011

Środa

Środa.

Tak, środa, to dobry dzień, by zmienić swoje życie. Doskonały. Pora w końcu przestać się mazać, a zacząć działać. Żyć aktywnie, twórczo, produktywnie, rozwijać się. Tak! Właśnie dziś zacznę!

Start! Środa, godzina 5,30, Nieślubny właśnie wyszedł do pracy, a skoro się obudziłam, to bardzo dobrze, nie wolno przesypiać życia! Będzie więcej czasu na samorealizację!Dzień zaczynamy od szklanki wody - to na wypłukanie toksyn z organizmu i podkręcenie metabolizmu. Potem śniadanie - do pół godziny po wstaniu. To również podkręca metabolizm, a mi na tym zależy, bo przecież muszę schudnąć w końcu. I gimnastyka, to ważne!
Jakaś rozespana jestem i ssie mnie w żołądku strasznie, ale nie jestem w stanie przygotowywać jeszcze śniadania. Zaleję się kawą, będzie szybciej, oszukam trochę żołądek! A z tą wodą to zacznę od jutra.

Z kawą wędruję do komputera. Na przebudzenie. Odpiszę na maila, poczytam coś. Tak, koniecznie trzeba przejrzeć blogi. Te o nauce języków (trzeba wrócić do nauki greckiego - zaniedbałam go ostatnio) i te o motywacji, samorozwoju (muszę się odpowiednio zmotywować). Kurcze, ale fajnie. Ludzie się uczą. Ładnie sobie realizuję te plany nauki. I tak po kolei osiągają kolejne sukcesy. Ze mną też tak będzie! Przecież mogę, nie?

O rany, już 6,30, godzinę tu siedzę! No dobra, to jeszcze fajeczka, zajrzę w tym czasie na te "normalne", życiowe blogi i biorę się do roboty. Fajnie sobie ludzie żyją i fajnie piszą. Ja tak nie umiem. Może dlatego, że u mnie się nic nie dzieje. Siedzę tylko w domu, sprzątam, prasuję, nuda. O, jeszcze tam dawno nie zaglądałam.... Rozpisała się dziewczyna ostatnio!

Zapaliłabym ale fajki mi się skończyły. Kiosk już otwarty, ale trzeba by się umyć, włosy ujarzmić, bo wczoraj poszłam spać z mokrymi i siano mam w tej chwili na głowie... Ale miałam poćwiczyć... No dobra, to zapalę, poćwiczę i opłukam się szybko jeszcze raz. Nie ma problemu. Już idę, zerknę tylko jeszcze na FB i NK...

- Cześć, mamo!
O jej, no to już poćwiczyłam:( Nie zdążyłam tego zrobić zanim Misza się obudzi. No dobra, to poćwiczę jutro. A teraz zrobię nową notkę na bloga. Tak, to dobry pomysł!

Co? Już dziewiąta? O matko, jak ten czas leci, a ja w lesie... Trzeba się brać za sprzątanie. Aaaa.. ale przecież śniadanie miałam zjeść, to idę do kuchni. Ale tu bałagan. Dlaczego jestem jedyną osobą w tym domu zdolną do mycia garów? W sumie to trzeba było je umyć wieczorem, dziś miałabym mniej roboty... No dobra, dzisiaj tak zrobię. Przed pójściem spać będę miała porządek. Śniadanko, fajeczka... druga kawka... No to bierzemy się za sprzątanie, skończę tylko czytać ten artykuł.
Włączamy muzyczkę, coby się lepiej sprzątało. Odpalę też gadu, może Bet będzie mogła pogadać z pracy... O! cześć Aga, u mnie nic nowego, sprzątam właśnie... potem mam kupę prasowania... A w ogóle jest jakoś do kitu. Nic mi nie wychodzi...Będę za chwilę, pozmywam gary...No już...

Kurcze, właściwie łazienka wymaga już gruntownego sprzątania. Ale to jutro, dziś jest już późno, dziś takie codzienne zrobię.

Jeszcze tylko podłogi zostały do zmycia. Ale zrobię sobie kawkę, bo jakoś mi się spać chce. To gdzie masz tę imprezę Aguś? Fajnie... Nie, ja nigdzie nie chodzę, wiesz jak jest... kasa...
Nic ta kawa nie działa. Ledwo żyję. Machnę tę podłogę i zdrzemnę się troszkę, jeszcze tyle mam do zrobienia. W takim stanie i tak się do niczego nie nadaję...

O rany, czternasta dochodzi. Jakiś obiad trzeba robić. Co by tu... Nie, najpierw kawka, bo się nie obudzę. Przy okazji sprawdzę maila. Pusto. A, oferty pracy trzeba przejrzeć... Znowu nic nie ma. Lipa. No to obiad. Kurcze, trzeba jakieś zakupy... No to makijaż... A gdyby tak inaczej ułożyć włosy?? O, tak jest nieźle. Ale późno już. Kupię dziś jakąś mrożonkę. Jutro już zrobię prawdziwy obiad. Ciekawe czy coś nowego pojawiło się na blogach językowych... Kurcze, miałam się uczyć dziś... Ile komentarzy! Ciekawe co piszą? Racja, trzeba się uczyć codziennie. Ja tez tak będę!

Hmmm... co ja właściwie miałam dziś robić? Bez sensu, na robienie kursu to już dziś za późno. Nie, w ogóle wszystko nie tak. Trzeba sobie rozpisać szczegółowy plan. Tamten był beznadziejny, bo nic nie wychodzi. A w ogóle to kiedy ja mam to wszystko robić? Ciągle tylko gary, sprzątanie, Co ja jestem, służąca? Nikt mi nie może pomóc? Mam tego dość!

Kochanie? Już jesteś? To już tak późno? Opowiadaj, co w pracy? Zjesz coś? Kawkę Ci zrobić? Nie, no pewnie włącz sobie wiadomości. Film się zaczyna, obejrzymy? No miałam się dzisiaj uczyć, ale jakoś brakło czasu. W ogóle jakaś zmęczona się czuję. Pójdę dziś wcześnie spać. Tak, jak się porządnie wyśpię, to jutro będę miała więcej energii do działania. Jutro na pewno się uda.

Robię sobie kanapki, chce ktoś? Proszę bardzo. Ja sobie jeszcze tylko maila sprawdzę. O, Ewcia napisała... uczy się, nie to, co ja. Dobra, od jutra biorę się za siebie. A co tam na FB? O, Kasia była. Kasia mówi, że mam depresję. Jakbym sama nie wiedziała. jak tu nie mieć, jak ciągle w kółko to samo. Brak kasy, nuda, sprzątanie... Ciekawe co w necie na ten temat piszą... Co już północ??? Nie, no nie będę o tej porze myć garów, rano umyję...

wtorek, 30 sierpnia 2011

Koniec wakacji

Jako że studia skończyłam prawie dziesięć (ała, już???!) lat temu, tyleż to lat pojęcie wakacji jako takich średnio mnie dotyczy. Zważywszy na fakt, że studia były zaoczne, i w zasadzie miały być łączone z pracą to pojęcie owo nie dotyczy mnie jeszcze dłużej. W pierwsze lato po skończonym liceum podejmowałam się mniej lub bardziej popłatnej, absorbującej i krócej lub dłużej trwającej aktywności zawodowej, by pod koniec sierpnia ugrzęznąć na równiusieńki rok na stażu. A potem było już tylko gorzej. Bo albo pracowałam, albo - co gorsza - szukałam pracy. Kiedy jest się w wieku, w którym pracę mieć wypada, okres wakacyjny jest okresem mocno denerwującym. Lato jest, czas jest, a nie można go wykorzystać zgodnie z przeznaczeniem, bo od czego tu wypoczywać? I jakim prawem? Bezrobotni nie są zmęczeni, bo nie pracują. Poza tym bezrobotnych nie stać na wakacje i takie tam.... Tak mają się również sprawy i w roku obecnym. Ale ja w sumie nie o tym.

Jakkolwiek rzecz by nie wyglądała pod względem statusu zawodowego, finansowego, i stanu posiadania wolnego czasu, koniec wakacji dobija mnie, wprowadza w stan chandry, smutku, zadumy nad przemijaniem. Zawsze. Bez wyjątku. Gorzej niż koniec roku, czy kolejne urodziny. Nienawidzę końca wakacji!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wyginam śmiało ciało!

No proszę, grunt to nie spinać się za bardzo. Moje słynne już ćwiczenie za nic nie chciało się wykonać, więc po prostu zignorowałam je, zajęłam się innymi. Dziś po niedzielnym odpoczynku podeszłam do tego jeża znowu. I udało się! Plan wprawdzie zakłada setkę powtórzeń, a ja zrobiłam tylko dziesięć i to niemrawych w obawie, że jutro znów nie będę mogła ruszyć ani rączką ani nóżką. Do setki dobiłam innymi. Jutro kolejna dziesiątka, a jak dobrze pójdzie, to może i dwie:)

Upał zelżał już wczoraj, więc da się żyć. Roman od jakiegoś czasu uznaje, że piąta rano to jest doskonała pora, by pobiegać w dzikim galopie po domu. Spać się przy tym nie da, więc wczesne wstawanie załatwia się samo. Lubię te moje poranki. Wprawdzie wolałabym, by były bardziej aktywne, by robota szła już od rana, ale jestem tak rozespana, że nie ma na to szans. Ale za to mogę spokojnie przejrzeć pocztę, odpisać na maile, pisać bloga, czy zaczytywać się w innych. To, co tygrysy lubią najbardziej. A kiedy już obudzę się na dobre, zostaje cały dzień do wykorzystania. Jest dobrze.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Duszę się!

Zebrawszy poprzedni tydzień do kupy w końcu się zdiagnozowałam. Już wiem o co w tym wszystkim chodzi i czemu jest tak bardzo nie tak.
Duszę się z samotności. W domu nie ma do kogo mordki otworzyć, bo w domu nikogo nie ma. Pójść nie ma dokąd, bo wszyscy normalni ludzie pracują, poza tym - najnormalniej w świecie nie ma pieniędzy, by chociażby umówić się z kimś na jakąś kawę.
Duszę się w moich czterech miejskich ścianach. Balkon nie wystarcza jako namiastka lata na plaży. I to wcale nie jest tak, że ta plaża musi być jakaś karaibska od razu. Wystarczyłaby byle jaka, nad spłachetkiem jeziora, gdzie można by popływać, poopalać się, naładować akumulatorki. Ale - wiadomo. Samochód chwilowo nie żyje, kasy na jakikolwiek autobus nie ma i nie ma z kim i dokąd się wybrać.
No i duszę się od tych upałów! Jednak się starzeję. Nogi spuchnięte jak balony, pot leje się po ciele, mózg lasuje się z gorąca - trudno o aktywność, samorealizację, wykreślanie kolejnych punktów z kalendarza.

Trochę mi lepiej z myślą, że niepotrzebnie dręczyłam się swoją niemocą i wciąż przegrywaną walką z samą sobą. W tych tropikach każdy przegrywał. Dołożyć do tego siłę wyższą, czyli brak możliwości takiego prawdziwego resetu, zrobienia czegoś innego, przyjemnego - to musiało się skumulować.
Są i wnioski. Wiem już, co mi dolega i to dobrze. Gorzej, że zmienić się tego już nie da tego lata. Wniosek smutny jest taki, że to już któryś raz z kolei, kiedy ze smutkiem zamykam okres letni obiecując sobie, że to już ostatni raz. I boję się, że w przyszłym roku powiem to samo:(
Mam zamiar to zmienić. I nie będę z tym czekać do przyszłego lata. Chcę wyjść z domu. Jak najszybciej, kiedy to tylko będzie możliwe. Pojechać choćby do sąsiedniego miasta na kawę, a potem do innego miasta. A potem w góry, a potem w doliny... Nie chcę się już więcej dusić.

sobota, 27 sierpnia 2011

Pętla

Codziennie rano dochodzę do wniosku, że poprzedni dzień był do niczego bo (wstawić milion powodów), ale zamiast narzekać zmobilizuję się i dziś będzie inaczej. Następnie dzień mija jak co dzień - na niczym, wieczorem stwierdzam, że to było bez sensu, ale jest już za późno by cokolwiek zmienić, ale od jutra....
Następnego dnia wstaję rano i dochodzę do wniosku....

I można by tak w nieskończoność.

piątek, 26 sierpnia 2011

Sztywno i smutno.

Niewykonalnego ćwiczenia miało być sto powtórzeń na dzień. Pierwszego dnia z wielkim bólem i stękaniem wykonałam pseudo 20, potem dziesiątkę następnego z listy (też więcej nie dałam rady), a potem dobiłam do setki trzecim. Już wieczór wskazywał na to, że poczuję swoje ciało. Ale poranne zakwasy dnia następnego zwaliły mnie z nóg. W związku z faktem, że dzień był do kitu - odpuściłam sobie ćwiczenia całkiem (ciekawe gdzie tak naprawdę tkwi przyczyna, a gdzie skutek, ale o tym później). Jeden dzień mnie nie zbawi, a i tak ćwiczę w soboty, chociaż plan zakłada przerwę weekendową. Dziś już odpuścić nie mogłam - wiadomo im dłuższa przerwa, tym trudniej wrócić do rytmu. Ale... nie jestem w stanie wykonać tego ćwiczenia ani razu! Mało sobie kręgosłupa nie złamałam próbując nabrać rozmachu. Odpuściłam, to znaczy przeszłam do takiego ćwiczenia na liście, które daję radę wykonać. Jutro znów spróbuję, a potem znowu i znowu. W końcu kiedyś je robiłam! To niesamowite, jak moje ciało zesztywniało, jak straciłam elastyczność mięśni i kręgosłupa. Boli. W ambicję.

Wczorajszy dzień był smuuuuuuuuuuuuuuuutny, właśnie taki. Przeciągle smutny. Nie chciało mi się kompletnie nic i kompletnie nic nie robiłam, tylko smutałam ile dusza zapragnie. I od tego robiło mi się jeszcze bardziej smutno. Dobija mnie, że całymi dniami jestem sama. Misza żyje własnym życiem - wiadomo - nastolatek. Nieślubny 14 godzin poza domem. A ja mam swoje sprzątanie i jakieś dziwne listy zadań. I zero napięcia czasowego, więc mobilizacji żadnej.
Ale myślę sobie, że przyczyna tego wczorajszego stanu może leżeć gdzie indziej. Po pierwsze jakoś ostatnio rozmyły mi się poranne śniadanka, po drugie ten wczorajszy brak ćwiczeń. Może to sprawiło, że nie miałam zupełnie energii?
Do tego źle sypiam, łażę po nocach, także do lodówki, a potem cały dzień jestem nieprzytomna.

Nic to, ponarzekałam sobie:) A po wczorajszym rozmemłaniu biorę zad w troki. Gimnastyka odfajkowana, śniadanko również, teraz relaksik przy kawce. I może z dzisiejszego dnia coś będzie?

czwartek, 25 sierpnia 2011

Łomatko!

Zmieniłam ćwiczenie, które wykonuję, bo tak zakładał mój plan. To znaczy miałam zmienić, tylko że... Nie daję rady go wykonać!!! Jestem sztywna niczym kijek od szczotki a moja dupa jest za ciężka, by nią rzucać tak jak owo ćwiczenie tego wymaga. Porażka na całego.

Zejdzie mi skóra z pleców. Już są bąble. I tyle było szekuladki:(

Do kolejnej rekrutacji mnie nie zaproszono. Podobno nie spełniam wymagań formalnych. Jakoś nie mogę się dopatrzeć, w którym punkcie takowych nie spełniam, ale... pies ich drapał. I tak nie chciało mi się jechać do tego Wodzisławia.

Za dobrze mi było i mogłam narzekać na pierdoły. Znów świat wali mi w pysk na opamiętanie, a robi to za pomocą pracy Nieślubnego. Dzieją się tam sceny dantejskie a warunki stają się nie do przyjęcia. I rozerwana jestem, bo rozumiem go. To już nie chodzi o godność, czy cokolwiek innego, ale o bezpieczeństwo. Tych kwestii nie można sobie odpuścić. Rozumiem i sercem jestem z nim. Ale jest jeszcze rozum. Co będzie, gdy straci tę pracę? Z czego będziemy żyć? Za co kupię dziecku książki? Co dalej??? Boję się...

środa, 24 sierpnia 2011

Naprzód. Wciąż naprzód.

Przyznaję. Zabolało. Wizja rychłego pójścia do pracy tak mi się spodobała, że rozczarowanie rzuciło mną o deski i odechciało mi się czegokolwiek. W końcu po co się spinać, skoro i tak nadal całe dnie będę spędzać w domu? Równie dobrze można odłożyć zadania wszelakie na bliżej nieokreślone "jutro"...

O nie, nic z tego! Przygotowuję się do kolejnej rekrutacji i szukam następnej by mieć w zapasie. A w międzyczasie robię swoje! Nie mam zamiaru "na jutro" odłożyć życia! Mam je tylko jedno!

wtorek, 23 sierpnia 2011

Marnuję czas

I wyleguję się godzinami na balkonie, bo co mam lepszego do roboty... Mam i to mnóstwo, ale wszystko może poczekać. Świat się nie zawali. Jeszcze w ostatnich dniach sprężałam się trochę, bo miałam nadzieję, że niedługo pójdę do pracy. Od wczoraj są wyniki ostatniej rekrutacji - konkursu. Jak zwykle wygrał ktoś inny, więc jako bezrobotna mogę wylegiwać się dalej. Kto powiedział, że jak mam doła, to nie mogę przynajmniej być opalona?

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Szekuladka i szerszeń

Szekuladka to ja. Nie jestem już ruda, machnęłam sobie na głowie szekuladę. Raczej ciemną i nie wiem jeszcze czy taki kolor zostanie mi na dłużej. Na pewno jednak pozostanę przy brązach. Może z czasem wrócę w stronę w czerwieni, ale już bardziej jako jakiś miedziany połysk, niż ogniście czerwony łeb. Na razie poszukiwania koloru idealnego trwają.
Ponadto skóra też zaczyna wpadać w brązowe tony. Do ideału i w tym przypadku daleko, ale i tak mi lepiej niż w ciele o świnkowym kolorze. I życie jakieś piękniejsze, po zastosowaniu ilioterapii.

Szerszeń natomiast wtargnął wczorajszego wieczora do mojego azylu, mojej oazy spokoju, lenistwa, i nieróbstwa - do domu znaczy. I postrach siać zaczął tłukąc się nerwowo o zapaloną już lampę. Mój Nieślubny Hero stanął na wysokości zadania i utłukł dziada. Już wiem, do czego służy mężczyzna - a już myślałam, że tylko do wyprowadzania mnie z równowagi...

Wypoczęłam przez ten weekend, grzejąc moją nadwagę w promieniach balkonowego słońca. Do tego stopnia, że wstałam o nieprzyzwoicie wczesnej jak dla mnie godzinie. Dobrze się składa, po weekendowym lenistwie ze trzy dni zajmie mi doprowadzanie chatki do porządku. Przysięgam, że któregoś dnia powybijam te Krasnoludy!

sobota, 20 sierpnia 2011

Wyć mi się chce

Czuję się zaszczuta, zapędzona w kąt, zamknięta w klatce. Czuję jakbym zaraz miała się rozpaść na kawałki. Brakuje mi słonka, wiatru, wody, gór, przestrzeni.
Jak zwykle nie ma jak wyjechać nad wodę, jak zwykle nie ma pieniędzy na góry, jak zwykle wszystko jest ważniejsze.

Ogłaszam bunt. W głębokim poważaniu mam swoją listę zadań, sprzątanie i gotowanie. Idę się opalać na balkon. Tyle mojego.

piątek, 19 sierpnia 2011

Aj tam, Aj tam...

A gdzie ja będę smędzić, rozczulać się nad sobą i rozkładać na czynniki pierwsze wszystkie swoje niepowodzenia, jeśli nie tu? Co pocznę, kiedy nie będzie mi się chciało nic, z wyjątkiem ogłoszenia całemu światu, że złamał mi się paznokieć, lub spadł na mnie równie istotny kataklizm? Gdzie indziej będę mogła kreować samą siebie lepszą niż jestem, by potem dochodzić do wniosku, że moje wypociny mają głębię kałuży a ja sama jestem rozmemłaną starą babą? My blog is my castle i... dobrze mi tu:)

I już.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Ni to ni śmo

Ani ten blog historią życia, ani literaturą, ani o motywacji i realizacji, ani... sama już nie wiem co. Misz-masz, pomieszanie z poplątaniem.
Podzielić to jakoś, prowadzić kilka? Skasować w piguły? Zostawić jak jest? A może wrócić do papieru? Jakoś brakuje mi najzwyklejszego w świecie pamiętnika...

Czasem wstydzę się tego co tu napisałam...

środa, 17 sierpnia 2011

Śpię

Na rzęsach mogę stanąć, a nie potrafię obudzić się o przyzwoitej godzinie. Dzień zaczyna mi się koło południu i doprowadza mnie to do szału, bo na nic nie mam czasu. W związku z powyższym moje ambitne plany żeglują w okolice Bahama...

Nie no, nie jest tragicznie. Ćwiczę dzielnie, choć mi się nie chce. Zmuszam się i na razie nie zdarzyło mi się odpuścić codziennej porcji wygibasów. Efektów brak, ale może jeszcze trzeba poczekać? Cel nadal ten sam - zejść do 65 kg.
Zmieniłam trochę front i zamiast po kawałku robić wszystkiego, dziobię jedno z zadań aż do zakończenia. Skrzynka mailowa posprzątana, teraz tłukę notatki z technikum. Aż mi się znudzi, wtedy pewnie wrócę do metody "po troszku". Na horyzoncie rysują się już nowe zadania, ale nimi się zajmę, jak mi się obecna lista "to do" skróci do minimum:)

czwartek, 11 sierpnia 2011

Nic nowego

Banał nuda i cykliczna powtarzalność.

Nie ma to jak załamać się, następnie dojść do wniosku, że nawet własne załamanie jest głupie, infantylne i bezsensowne oraz mało spektakularne, samozkrytykować się do cna wylewając na siebie wiadro pomyj, dalej pozbierać się, odpękać dwie rozmowy kwalifikacyjne jedna po drugiej, wrócić do domu z zamiarem "rozpoczęcia (po raz n-ty) nowego życia" by przekraczając próg pieleszy skonstatować, że sąsiad znów zalał mieszkanie...

Nawet nie ma czym się chwalić. Robi to średnio raz do roku. Zadziwiające, że jego syn w tym roku jeszcze nie narzygał mi na parapet. Pozostaje chyba tylko poczekać aż cykl się dopełni.

Już nawet nie chce mi się tym faktem wkurzyć...

środa, 10 sierpnia 2011

Hipokrytka?

Coś mnie swędzi w mózg. Muszę odkopać pokłady dawno nieużywanych szarych komórek by dokopać się do tego swędzącego miejsca i dowiedzieć się co swędzi.

Co mam?
- Psychozę depresyjno - maniakalną i to w jakimś chorym stadium, bo fazy manii stały się już tylko fazami jakiegoś pseudo - działania.
- nerwicę
- ADHD - też jakieś lewe, bardziej ADD
- syndrom DDA - to na pewno
- jakieś paranoidalne schizy
- i kupę jakichś pomniejszych zaburzeń, którymi nawet nie warto się zajmować.

Czego nie mam?
- pieniędzy
- pracy
-urody
-figury
- i miliona rzeczy, bez których nie mogę być szczęśliwa.

Jakiś paradoks mną rządzi, bo rozpaczam nad sobą, życiem... Łkam spazmatycznie, że nie mam już sił, że nie dam rady i naprawdę czuję się bezsilna i niezdolna do działania. Jednak ja to nawet w prawdziwą depresję nie mogę wpaść, w taką ostateczną, by skamienieć do cna, przestać zwracać uwagę na dziecko, przestać jeść, myć się i nie wiem co jeszcze. I tak się bujam na swojej huśtawce. Tracę czas na płacze i lamenty, potem usiłuję go nadrobić, ale mi nie wychodzi, bo nie ma szans na dogonienie czasu. Potem znów coś, jakaś błaha przyczyna, albo i jej brak wpędza mnie w otchłań rozpaczy pod kocykiem i kółko kręci się od początku. Zapędów do prób samobójczych brak. Życzę sobie zasnąć i nie obudzić się więcej, po to, by móc z czystym sumieniem mieć wszystko w... poważaniu, ale kroków ku temu nie podejmuję. Nawet w okresach bezsenności boję się pojedynczej tabletki nasennej. Tak naprawdę, panicznie boję się że coś mi się stanie, albo Miszy, albo z domem (pożar, wybuch, cokolwiek), aż do zeschizowania. Więc nie - jednak nie chcę umrzeć.

Liczę:
- ilość powtórzeń ćwiczeń
- ilość maili usuniętych /do usunięcia
- lekcji do zrobienia/zrobionych
- kątów w domu posprzątanych/do posprzątania
- przepisanych/do przepisania notatek
- przeniesionych /do przeniesienia plików
- i kupę innych bzdur

by nie liczyć że wciąż brakuje
x zł by zapłacić mieszkanie
x na akumulator
x na wyprawkę szkolną dla M
x na milion absolutnie niezbędnych rzeczy/opłat itp.

Wyznaczam sobie milion dziwnych zadań, że niby taka fajna jestem, bo co ja sobie będę zaprzątać głowę problemami, lepiej zająć się czymś pożytecznym, czymś na co mogę mieć wpływ. Gówno z tego robię, bo zawsze ktoś lub coś mi w tym przeszkadza, a to dobry powód, by znowu się załamać i nadal nie robić, bo przecież trzeba popłakać nad sobą.

Wniosek nasuwa się, że ja to chyba nie chcę być szczęśliwa, że oszukuję samą siebie, że tak naprawdę sadystyczno - masochistyczną przyjemność sprawia mi taplanie się we własnych smutkach i nieszczęściu.

No, skoro tak...

Sprzątam dom. Na błysk. Na stół kładę śnieżnobiały płócienny obrus haftowany richelieu. Zapalam świece. Otwieram czaszkę, rozpruwam klatkę piersiową. Na mój pięknie przyozdobiony stół wywalam mózg, obok niego rzucam ochłap serca. Egocentryczna orgia gotowa. Oto ja. W pełnej okazałości. Czy spodobam się sobie?

wtorek, 9 sierpnia 2011

Banał

Już nawet w cierpieniu nie ma odrobiny poezji ni romantyzmu. Zawalił się świat. Znowu. Na głowę. Ból rozrywa ciało na strzępy, głęboki skowyt grzęźnie na dnie duszy. Oczy puste, wyschnięte, zgaszone szukają ratunku. Przed czym? "Przecież nic się nie stało, o co ci w ogóle chodzi?"
No tak, skoro nic się nie stało, idę do kuchni. Gary się same nie umyły

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Brak słów

Nie umiem już pisać. Nawet słów już nie mam...