poniedziałek, 25 lipca 2011

Zaczynamy!

Nowy tydzień powitał mnie szarówką taką, że nic - tylko wyć. Albo wrócić do ciepłego łóżka i poczekać na zmianę pogody.
Tymczasem odskakałam już swoje, wodę wypiłam, śniadanko zjadłam i tylko zastanawiam się po co, skoro waga i tak stoi w miejscu. W obwodach też zmian raczej nie widzę. Nic to, doskaczę do końca miesiąca a na sierpień zmieniam ćwiczenie - powracam do stareńkiego planu gimnastycznego, którego jak dotąd nigdy nie udało mi się zrealizować. Może tym razem...

Misza wrócił z obozu wcześniej niż było planowane. Zaparł się kopytami i trzeba go było przywieźć. Trochę się bałam tego końca wolności, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Na weekend nie planowałam przecież nic, a i tak trochę podciągnęłam pewne sprawy. Więc nie jest źle. Największe krowy, które mam do ruszenia, w których mam największe zaległości, to szorowanie chatki i kurs komputerowy. W sobotę go w końcu ruszyłam. Pisanie raportów jest nudne jak flaki z olejem i normalnie odrzuca mnie od tego. Oj będzie mnie to kosztowało mnóstwo samozaparcia!

No nic, do dzieła!

4 komentarze:

  1. a co go tak do mamy ciagnelo?

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie o mamę chodziło, ale nie będę publikować powodu, w końcu to mój blog, a nie Miszy

    OdpowiedzUsuń
  3. niby mój i dlatego właśnie nie o wszystkim można mówić publicznie:)

    OdpowiedzUsuń