Nieślubny ma rację. Za dużo chcę i potem denerwuję się, że mi nie wychodzi. I niby to wiem, a jednak uparcie stawiam przed sobą miliony mniejszych lub większych celi i zadań do zrealizowania, a potem tylko frustracja, zmęczenie, zniechęcenie i... siup pod kocyk poużalać się nad sobą... I cała zabawa zaczyna się od początku.
Dokonałam już drastycznych cięć w Planie. Trzeba było sobie zdać sprawę z faktu, że wszystkiego się zrobić nie da, że skoro zamierzam wykonać zadania, przy których spędzę sześć godzin przy komputerze, to nie ma szans, by jeszcze poświęcić godzinkę pielęgnacji własnej, godzinkę na obiad, dwie godzinki na sprzątanie, a potem jeszcze zakupy, książka, film, język, ćwiczenia - i to wszystko tak, by rodzina nie ucierpiała. A jeszcze przecież są sprawy, urzędy, rodzice, znajomi...
Poza tym wszystkim, przecież kiedyś w końcu wrócę do pracy! Nie chcę być wtedy zmuszona do pozostawienia wszystkich moich zajęć odłogiem, bo to doprowadzi tylko do złego samopoczucia, żalu, że nie mam czasu na swoje ważne dla mnie sprawy. Plan musi działać również w moim trybie pracującym! Dlatego wprowadzam kolejną modyfikację. Z założenia weekendy są wolne. Na sobotę i niedzielę nie planuję absolutnie nic. W praktyce - jak znam życie i tak poświęcę je albo na odrabianie zaległości z tych dni, kiedy nie uda mi się wykonać wszystkich punktów, albo na robienie "na wyrost", bo ja nie jestem z tych, którzy potrafią plackiem przeleżeć cały dzień. Chociaż - z drugiej strony - zdarza mi się. I sztuka polega na tym, żeby móc sobie na to pozwolić bez wyrzutów sumienia. By móc wyjechać z rodziną na weekend i nie zastanawiać się, że "przecież w ten weekend miałam coś do zrobienia"
Howgh! Napisane - zaklepane. Biegnę działać, bo nie samym planowaniem żyje człowiek, czasem jeszcze warto coś zrealizować:)
Dokonałam już drastycznych cięć w Planie. Trzeba było sobie zdać sprawę z faktu, że wszystkiego się zrobić nie da, że skoro zamierzam wykonać zadania, przy których spędzę sześć godzin przy komputerze, to nie ma szans, by jeszcze poświęcić godzinkę pielęgnacji własnej, godzinkę na obiad, dwie godzinki na sprzątanie, a potem jeszcze zakupy, książka, film, język, ćwiczenia - i to wszystko tak, by rodzina nie ucierpiała. A jeszcze przecież są sprawy, urzędy, rodzice, znajomi...
Poza tym wszystkim, przecież kiedyś w końcu wrócę do pracy! Nie chcę być wtedy zmuszona do pozostawienia wszystkich moich zajęć odłogiem, bo to doprowadzi tylko do złego samopoczucia, żalu, że nie mam czasu na swoje ważne dla mnie sprawy. Plan musi działać również w moim trybie pracującym! Dlatego wprowadzam kolejną modyfikację. Z założenia weekendy są wolne. Na sobotę i niedzielę nie planuję absolutnie nic. W praktyce - jak znam życie i tak poświęcę je albo na odrabianie zaległości z tych dni, kiedy nie uda mi się wykonać wszystkich punktów, albo na robienie "na wyrost", bo ja nie jestem z tych, którzy potrafią plackiem przeleżeć cały dzień. Chociaż - z drugiej strony - zdarza mi się. I sztuka polega na tym, żeby móc sobie na to pozwolić bez wyrzutów sumienia. By móc wyjechać z rodziną na weekend i nie zastanawiać się, że "przecież w ten weekend miałam coś do zrobienia"
Howgh! Napisane - zaklepane. Biegnę działać, bo nie samym planowaniem żyje człowiek, czasem jeszcze warto coś zrealizować:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz