poniedziałek, 25 lipca 2011

Zaczynamy!

Nowy tydzień powitał mnie szarówką taką, że nic - tylko wyć. Albo wrócić do ciepłego łóżka i poczekać na zmianę pogody.
Tymczasem odskakałam już swoje, wodę wypiłam, śniadanko zjadłam i tylko zastanawiam się po co, skoro waga i tak stoi w miejscu. W obwodach też zmian raczej nie widzę. Nic to, doskaczę do końca miesiąca a na sierpień zmieniam ćwiczenie - powracam do stareńkiego planu gimnastycznego, którego jak dotąd nigdy nie udało mi się zrealizować. Może tym razem...

Misza wrócił z obozu wcześniej niż było planowane. Zaparł się kopytami i trzeba go było przywieźć. Trochę się bałam tego końca wolności, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Na weekend nie planowałam przecież nic, a i tak trochę podciągnęłam pewne sprawy. Więc nie jest źle. Największe krowy, które mam do ruszenia, w których mam największe zaległości, to szorowanie chatki i kurs komputerowy. W sobotę go w końcu ruszyłam. Pisanie raportów jest nudne jak flaki z olejem i normalnie odrzuca mnie od tego. Oj będzie mnie to kosztowało mnóstwo samozaparcia!

No nic, do dzieła!

piątek, 22 lipca 2011

O Niechcieju i Tadam

Niechciej mnie ogarnął taki paskudny i włochaty, że się normalnie funkcjonować nie da. Zupełnie tak samo jak lat parę temu u siostry. Jednego dnia żadna z nas nie kiwnęła palcem, bo samo kiwnięcie powodowało strugi potu lejącego się po tyłku, kolejnego dla odmiany lało, ciśnienie czołgało się gdzieś po glebie, też się robić nie dało. "Wszystko przez tę pogodę" - Stwierdzałyśmy.
Teraz przeważa szarość z burością i czołgającym się ciśnieniem. Ale ja wiem, że to ściema. To Niechciej tak kręci rzeczywistością. Wciąga na siłę do łóżka, bo tylko tam jest przyjemnie. Podsuwa pod nos skakankę i mówi: "Spocisz, się, zmęczysz, po co ci to, zresztą i tak jest już za późno na ćwiczenia. Lepiej zobacz czy na Facebooku coś nowego się nie pojawiło. Odpocznij sobie, niedługo wraca Misza już nie będzie wolnej chaty. To ostatnie chwile luzu dla Ciebie".
Przegoniłam Dziada tą skakanką właśnie. Wprawdzie dużo później niż zamierzałam - w łóżku rzeczywiście jest przyjemniej niż w innych zakątkach świata - ale liczy się fakt.
Moje wakacje zaczęły się 20 czerwca. I od tej chwili właśnie miałam "zmieniać swoje życie". I od tej chwili rozpoczyna się mój Plan. I tak z dniem dzisiejszym "odskakałam" wszystkie zaległości i od poniedziałku mogę zmniejszyć dzienną porcję skoków. Tadam!
Ja wiem, to tak nie działa, nie da się wyćwiczyć zaległości, czy poćwiczyć na zapas. I śmieszna jestem z tymi zaległościami. Podobnie było z uzupełnianiem greckiego bloga. Ale skoro mnie taka rozpiska pasuje, skoro ja się z tym dobrze czuję, to kto powiedział, że mój Plan nie może być śmieszny?

czwartek, 21 lipca 2011

Poległam

Nieślubny ma rację. Za dużo chcę i potem denerwuję się, że mi nie wychodzi. I niby to wiem, a jednak uparcie stawiam przed sobą miliony mniejszych lub większych celi i zadań do zrealizowania, a potem tylko frustracja, zmęczenie, zniechęcenie i... siup pod kocyk poużalać się nad sobą... I cała zabawa zaczyna się od początku.
Dokonałam już drastycznych cięć w Planie. Trzeba było sobie zdać sprawę z faktu, że wszystkiego się zrobić nie da, że skoro zamierzam wykonać zadania, przy których spędzę sześć godzin przy komputerze, to nie ma szans, by jeszcze poświęcić godzinkę pielęgnacji własnej, godzinkę na obiad, dwie godzinki na sprzątanie, a potem jeszcze zakupy, książka, film, język, ćwiczenia - i to wszystko tak, by rodzina nie ucierpiała. A jeszcze przecież są sprawy, urzędy, rodzice, znajomi...
Poza tym wszystkim, przecież kiedyś w końcu wrócę do pracy! Nie chcę być wtedy zmuszona do pozostawienia wszystkich moich zajęć odłogiem, bo to doprowadzi tylko do złego samopoczucia, żalu, że nie mam czasu na swoje ważne dla mnie sprawy. Plan musi działać również w moim trybie pracującym! Dlatego wprowadzam kolejną modyfikację. Z założenia weekendy są wolne. Na sobotę i niedzielę nie planuję absolutnie nic. W praktyce - jak znam życie i tak poświęcę je albo na odrabianie zaległości z tych dni, kiedy nie uda mi się wykonać wszystkich punktów, albo na robienie "na wyrost", bo ja nie jestem z tych, którzy potrafią plackiem przeleżeć cały dzień. Chociaż - z drugiej strony - zdarza mi się. I sztuka polega na tym, żeby móc sobie na to pozwolić bez wyrzutów sumienia. By móc wyjechać z rodziną na weekend i nie zastanawiać się, że "przecież w ten weekend miałam coś do zrobienia"

Howgh! Napisane - zaklepane. Biegnę działać, bo nie samym planowaniem żyje człowiek, czasem jeszcze warto coś zrealizować:)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Jeszcze jedno

Jeszcze o jednym zapomniałam. Plany trzeba układać pod siebie, a ja właśnie zapomniałam o jednej mojej paskudnej przypadłości. Że kiedy zdarzają się porażki (a komu się nie zdarzają?) To ja przechodzę prawdziwe załamanie. I nie jestem zdolna do jakiejkolwiek aktywności. Plan wtedy sypie się całkowicie, a przecież idealny Plan musi być Realny!
Świadomość tego ile rzeczy mam do zrobienia pozwoliła mi się szybciej niż zwykle pozbierać po ostatniej załamce. W końcu wiedziałam, że prędzej czy później wyjdę spod mojego koca a ilość zaległych zadań mnie przywali jak kolejny mur nie do przejścia. Ale takie chwile są i będą. Więc trzeba je w planie uwzględnić.
Wobec tego planujemy jeszcze troszkę mniej. Jeśli wszystko będzie ok, po prostu zrobię więcej niż jest zaplanowane. Jeśli znów ucieknę pod kocyk - straty nie będą takie wielkie.

Do dzieła!

piątek, 15 lipca 2011

W łeb

No jak człowiek jest głupi i naiwny, to czasem musi przez łeb oberwać, by wpadł na oczywiste rzeczy. W moim planowaniu zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że czasem trzeba coś załatwić, zobaczyć się z rodzicami, czy ze znajomymi, czy po prostu wypadają nieprzewidziane sprawy czy okoliczności - co skutkuje dramatycznym kurczeniem się posiadanego czasu.
I tak wczoraj odbyłam nieprzewidziany kurs do sąsiedniego miasta, wyprawa niespodziewanie się przedłużyła, potem wypadło milion przeszkód, do tego kontuzja nogi, która spowalniała moje marsze w Bardzo Ważnych Sprawach... Jednym słowem - porażka. Z wczorajszego planu nie wykonałam absolutnie nic.
Dziś od rana szaleję. Do tej chwili mam już wyprowadzonego na czysto greckiego bloga. (Teraz tylko nie zwalniać tempa i póki mogę popracować "do przodu".) Wyskakałam 1500 skakanek, odpisałam na zaległe maile i wyczyściłam starą pocztę za wczoraj i za dzisiaj. Porobiłam przelewy; woda, śniadanko - zaliczone.
Biegnę działać dalej, w międzyczasie będę obmyślać kolejną wersję Planu Doskonałego

środa, 13 lipca 2011

Zmiany w planach

Robię sporo i to dobrze. Jednak nie jest tak, jak bym chciała. Za dużo chcę zrobić na raz, więc w konsekwencji robię za mało. Żeby plan był udany, musi być realny, więc pora wprowadzić modyfikacje.
Za dużo sobie wrzuciłam "komputerowych" zadań. Zajmuje to za dużo czasu, który z powodzeniem można by wykorzystać inaczej. Dlatego z punktów dotyczących pozbywania się śmieci z komputera zostawiam na tę chwilę tylko sprzątanie maili. Wywalenie codziennie jednego, najstarszego miesiąca, razem ze skopiowaniem plików, czy ważnych informacji, które te maile zawierały nie będzie stanowiło problemu. Do końca wakacji się z tym spokojnie wyrobię.
Reszta planu - jak na razie pozostaje bez zmian. Wczoraj i dziś zaliczyłam po 1000 skoków na skakance. Jeśli kontuzja nie przeszkodzi (coś mi się w stopę lewą zrobiło) mam zamiar kontynuować. Na razie kicam mimo bólu.
Domek się sprząta, czego jeszcze nie widać, bo zaczęłam od zamkniętego pokoju Miszy, wykorzystując jego nieobecność. Ale już niedługo pójdę do kuchni:)
Woda się pije, śniadania się jedzą, wprawdzie nie po wstaniu, dopiero po ćwiczeniach, ale myślę, że tak tez może być.
Notatki z technikum ruszyłam w poniedziałek, ale wczoraj czasu już brakło
Kurs informatyczny leży i kwiczy.
Z greckim blogiem przestaję się wyrabiać.
Ze sobą, swoją "urodą" nie zrobiłam wczoraj nic - czasu brakło:(

Pożyjemy, zobaczymy - obcięłam trochę "obowiązków", powinno być już dobrze. Jeśli nie - dalej będę modyfikować

poniedziałek, 11 lipca 2011

Był sobie czerwiec

Ano był i się skończył. W maju udało mi się pozbyć siódemki, która uparcie wyskakiwała na wskazaniach wagi. W czerwcu miałam się doprowadzić do 65 kg. Niestety mi się nie udało i to tylko dlatego, że o to odpowiednio nie zadbałam.
Niezdarnie szło mi przestawianie się na tryb wakacyjny. Czerwiec upłynął na kończeniu rachmistrzowania, na kończeniu szkoły przez Miszkę i zawsze było coś ważniejszego niż zajęcie się sobą, swoimi celami. A kiedy Miszkowa szkoła się skończyła, to znów powstał problem, z pętającym się pod nogami człowiekiem, jęczącym "nudzi mi się". Wielu rzeczy nie mogłam zrobić przy nim, a miałam go cały czas. To nie jego wina, tylko moja, bo ubzdurałam sobie na przykład, że nie chcę, by moi chłopcy widzieli mnie ćwiczącą. I nie potrafię tego przełamać. Nie potrafię też zmobilizować się do kursu informatycznego, bo nie potrafię się skupić przy nich.
Dzisiejszy dzień jeszcze w rozsypce, bo od rana ostatnie pakowanie i odwożenie Młodego na miejsce zbiórki, skąd wyjechał na dwutygodniowy obóz harcerski. Ale już od dziś wdrażam w życie swój lipcowy plan:
- dzień zaczynamy od szklanki wody, zamiast kawy - podkręcamy metabolizm (dziś nie wyszło - jak mówiłam dzień w rozsypce)
- do pół godziny po wstaniu jemy śniadanko - podkręcamy metabolizm (dziś nie wyszło - jw. Śniadanko jem w tej chwili)
- rąbiemy codziennie 500 podskoków na skakance - bo chudniemy do 65 kg, plan z czerwca przeniesiony na lipiec. (dziś wykonane, zobaczymy co na to moja kondycja, bo chciałabym "odskakać" zaległe dziesięć dni)
- wywalamy codziennie stare maile z jednego miesiąca, ładujemy jeden folder z dysku na skydrive, kontynuujemy wysyłanie greczyzny do E. (trzeba się tego pozbyć z kompa)
- kontynuujemy uzupełnianie greckiego bloga
- sprzątamy po kawałeczku domek od podłogi po sufit
- nadrabiamy zaległości w kursie informatycznym
- porządkujemy notatki z technikum, po kawałeczku
- doprowadzamy ciało do porządku (pazury, depilacja, maseczki, masaże itp)
Trochę tego dużo, więc by wszystkiego dokonać wstaję wcześnie 6.00!

Ok. Zapisane - zaklepane. A teraz - do realizacji!