środa, 11 maja 2011

Nie ogarniam tej kuwety...

Nieślubny pracuje. Widmo przeprowadzki pod most oddalone, ale szału nie ma. Bieda z nędzą jak była, tak jest.
Ja teoretycznie pracy nie mam. Teoretycznie, bo w praktyce udzielam się jako rachmistrz spisowy, co oznacza, że nie potrafię sobie zorganizować dnia i z reguły zanim uporam się z mniej lub bardziej ważnymi obowiązkami domowymi, dochodzę do wniosku, że w teren już mi się nie opłaca iść i tak mi idzie ten spis jak krew z nosa.
Kończy się semestr w szkole, więc znów szaleństwo pisania prac, zaliczeń, egzaminów. Powinnam robić dużo, nie robię nic.
Wczoraj w Warszawie był egzamin z greckiego, na który oczywiście nie pojechałam. Żeby się pocieszyć, złożyłam sama sobie uroczystą przysięgę, że w przyszłym roku może mnie powstrzymać tylko życie (brak kasy, brak możliwości czasowej na wyjazd), ale moja wiedza będzie do tego egzaminu gotowa. Nawet poświęciłam chwilę na naukę, pomimo ogromnego fizycznego zmęczenia (trwające godzinę w jedną stronę spacerki na miejsce spisu są wykańczające) z czego jestem obrzydliwie dumna.
Mam chwilę spokoju, więc wyciągam kalendarz i robię ogromną listę: "to do" bo się gubię. Za dużo tego jest. A potem będę już tylko wykreślać. Muszę dać radę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz