wtorek, 15 lutego 2011

Walczę

Egzamin w zasadzie zdał się sam. Ech, żeby wszystko był takie proste...
Nieślubny po próbnym tygodniu nie dostał pracy. Jedynym plusem jest fakt, że wpadło parę złotych. Zawsze coś, choć niespecjalnie nas to ratuje. W jednej chwili chęć jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek walki o siebie została zabita. Znów uciekłam pod kocyk. Z oczu lał się żal do świata i brak nadziei że cokolwiek się zmieni, a ja sama próbowałam nie być. Instynkt kłuł szpilami w sumienie, kiedy widziałam smutne oczy Miszki, który nie powinien widzieć mnie w tym stanie. A niemoc z instynktem wygrywała. Nieślubnemu było przykro wiem, mówił o wyrzutach sumienia...
Wstałam przed wieczorem, wbrew chęci by zamieszkać pod tym kocem na miesiąc albo i dłużej - do czasu aż koło fortuny nie przetoczy się o 180 stopni. Wstałam, bo ktoś musiał zadbać o pieczywo na jutro dla Miszki do szkoły. Wstałam, bo cokolwiek by nie mówił tak naprawdę jestem sama. Mogę sobie płakać ile chcę. I będzie pocieszał i będzie obiecywał, że razem to przetrwamy. Ale nawet pieprzonej kolacji za mnie nie zrobi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz