Odetchnęłam z ulgą, kiedy wybiła północ i strzelił korek od szampana. Uff, mam za sobą ten trudny i smutny rok. Od teraz może być już tylko lepiej. Na szczęście zdołałam już wygrzebać się z depresyjnych myśli i Nowy Rok zaczynam z rozsądną nadzieją. Rozsądną, bo zamiast czekać aż cud do mnie mam przyjdzie mam zamiar sam po niego sięgnąć, czyli generalnie stawiam na rozwój. Łatwo nie będzie, bo już piętrzą mi się pod nogami sterty kłód rzucanych przez życie. Ciągle mam problem z określeniem priorytetów i miotam się między oddawaniem się jednej rzeczy z jednoczesnym ślepnięciem na cały świat, a łapaniem tysięcy srok za ogon. Ani jedno ani drugie podejście nie zdaje egzaminu a ja nie umiem wymyślić złotego środka.
Jak zawsze na początku roku ogarnia mnie syndrom nowego kalendarza. Najchętniej rzuciłabym się w wir porządkowania wszelkich notatek i zapisków, przepisywania tego co istotne, wyrzucania nieaktualnych śmieci. Powstrzymuję się ostatkiem rozsądku. Za tydzień pierwsze egzaminy, materiału do opanowania masa, a ja w lesie. Mózg mi się chyba zamknął na przyswajanie wiedzy. Coś czuję, że wybór tego kierunku był średnim pomysłem, że do niczego mi się to nie przyda. Ale przynajmniej na chwilę obecną mam zamiar skończyć to, co zaczęłam Już zastanawiam się ad kolejną szkołą, ale nie bardzo widzę coś, co by mnie natchnęło: "tak, to będzie dobry wybór, będę się z tym dobrze czuła i da mi to coś dobrego". Dochodzę do wniosku, że nie ma co na siłę wymyślać jakiegoś zawodu, najlepszym rozwiązaniem będą języki. Męczyć nadal ten grecki, a gdy tylko pojawi się taka możliwość, zapisywać się na kolejne kursy angielskiego, włoskiego, hiszpańskiego i jakiego mi tam jeszcze do głowy przyjdzie. No ale to na przyszłość.
W tej chwili nie mam pracy, a co za tym idzie - pieniędzy. Jak będzie praca, to pieniędzy, które będzie można przeznaczyć na samorozwój też może nie wystarczyć, poza tym znów może być tak jak wcześniej, że ciężko będzie pogodzić czasowo życie zawodowe z jakimkolwiek inny. Takich myśli mam mnóstwo. Staram się wyrzucać je z głowy natychmiast, kiedy się pojawią. W tej chwili staram się skupić uwagę tam, gdzie mam jakiekolwiek pole manewru. A więc szukanie pracy - koniec roku był pod tym względem koszmarny, nawet nie było gdzie wysłać CV. Miejmy nadzieję że teraz coś się ruszy. Skoro jestem w domu, staram się o niego dbać. Posprzątany zaraz po utracie pracy znowu zarósł brudem z przyczyn niewyjaśnionych. Doprowadzony do połysku na święta stanowi w tej chwili wyzwanie, by go w takim porządku utrzymać. Próbuję spędzać też czas z synem, czasem udaje nam się fajnie pogadać, czasem coś razem porobimy. Biedny dzieciak, znowu ucierpiał na moim "przeżywaniu". Sam był przyczyną niejednej wylanej przeze mnie łzy i strachu o to, co będzie dalej. Nic to, poradzimy sobie i z jego problemami. Ktoś nad nami czuwa, sprawiając że apogeum kłopotów z Miszą przypadło na moment, kiedy traciłam pracę. Z jednej strony podwójny stres, z drugiej - jak znak: Kobieto, wreszcie masz czas dla dziecka!
Związek z Nieślubnym tez noworoczny i odświętny. Po raz pierwszy z mojej strony padły słowa o rozstaniu. Bo jestem na nie gotowa, bo coraz mi ciężej, bo i tak czuję się sama. Postanowiliśmy spróbować raz jeszcze. Odkopać to, co było dobre, pracować nad sobą. Czas pokaże co z tego wyniknie.
Zaczynam Nowy Rok z czystą kartką. Zobaczymy czym ją - do spółki z życiem - zapiszę.
Jak zawsze na początku roku ogarnia mnie syndrom nowego kalendarza. Najchętniej rzuciłabym się w wir porządkowania wszelkich notatek i zapisków, przepisywania tego co istotne, wyrzucania nieaktualnych śmieci. Powstrzymuję się ostatkiem rozsądku. Za tydzień pierwsze egzaminy, materiału do opanowania masa, a ja w lesie. Mózg mi się chyba zamknął na przyswajanie wiedzy. Coś czuję, że wybór tego kierunku był średnim pomysłem, że do niczego mi się to nie przyda. Ale przynajmniej na chwilę obecną mam zamiar skończyć to, co zaczęłam Już zastanawiam się ad kolejną szkołą, ale nie bardzo widzę coś, co by mnie natchnęło: "tak, to będzie dobry wybór, będę się z tym dobrze czuła i da mi to coś dobrego". Dochodzę do wniosku, że nie ma co na siłę wymyślać jakiegoś zawodu, najlepszym rozwiązaniem będą języki. Męczyć nadal ten grecki, a gdy tylko pojawi się taka możliwość, zapisywać się na kolejne kursy angielskiego, włoskiego, hiszpańskiego i jakiego mi tam jeszcze do głowy przyjdzie. No ale to na przyszłość.
W tej chwili nie mam pracy, a co za tym idzie - pieniędzy. Jak będzie praca, to pieniędzy, które będzie można przeznaczyć na samorozwój też może nie wystarczyć, poza tym znów może być tak jak wcześniej, że ciężko będzie pogodzić czasowo życie zawodowe z jakimkolwiek inny. Takich myśli mam mnóstwo. Staram się wyrzucać je z głowy natychmiast, kiedy się pojawią. W tej chwili staram się skupić uwagę tam, gdzie mam jakiekolwiek pole manewru. A więc szukanie pracy - koniec roku był pod tym względem koszmarny, nawet nie było gdzie wysłać CV. Miejmy nadzieję że teraz coś się ruszy. Skoro jestem w domu, staram się o niego dbać. Posprzątany zaraz po utracie pracy znowu zarósł brudem z przyczyn niewyjaśnionych. Doprowadzony do połysku na święta stanowi w tej chwili wyzwanie, by go w takim porządku utrzymać. Próbuję spędzać też czas z synem, czasem udaje nam się fajnie pogadać, czasem coś razem porobimy. Biedny dzieciak, znowu ucierpiał na moim "przeżywaniu". Sam był przyczyną niejednej wylanej przeze mnie łzy i strachu o to, co będzie dalej. Nic to, poradzimy sobie i z jego problemami. Ktoś nad nami czuwa, sprawiając że apogeum kłopotów z Miszą przypadło na moment, kiedy traciłam pracę. Z jednej strony podwójny stres, z drugiej - jak znak: Kobieto, wreszcie masz czas dla dziecka!
Związek z Nieślubnym tez noworoczny i odświętny. Po raz pierwszy z mojej strony padły słowa o rozstaniu. Bo jestem na nie gotowa, bo coraz mi ciężej, bo i tak czuję się sama. Postanowiliśmy spróbować raz jeszcze. Odkopać to, co było dobre, pracować nad sobą. Czas pokaże co z tego wyniknie.
Zaczynam Nowy Rok z czystą kartką. Zobaczymy czym ją - do spółki z życiem - zapiszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz