wtorek, 2 listopada 2010

Wolne

No i stało się. Jeszce rano narzekałam, że znów muszę do pracy, do mojej krainy absurdu, upierdliwych klientów, niereformowalnych szefów i niemożliwych do zrobienia limitów sprzedażowych.
Dwie godziny później dzwoniłam do Nieślubnego i śpiewałam mu do słuchawki: "Kochanie, wczoraj zwolnili mnie z pracy..."
Tak naprawdę nie zwolnili, tylko nie przedłużyli umowy. Z uwagi na fatalną sytuację firmy (która nie była na tyle fatalna, by odmówić sobie urlopów w Egipcie i Irlandii) .. a tobie kończy się umowa (dlatego pół roku temu zatrudniliśmy pracownika by zdążyć go wyszkolić na twoje miejsce)... bla, bla, bla ...
Dużo by można gadać, ale po co. Niezależnie od obiektywizmu z jakim patrzę na sytuację i tak będę brzmieć jak rozżalona i pełna poczucia krzywdy zwolniona pracownica.
Faktem jest, że po czterech latach współpracy można było zachować się po ludzku, a nie kazać mi wierzyć ostatniego dnia, że wszystko jest w porządku, a potem zamiast z nową umową przyjeżdżać ze świadectwem pracy. No ale nie o mnie to w końcu świadczy... W końcowych rozliczeniach oczywiście mnie oszukano, ale na to też spuśćmy zasłonę milczenia. Jak się ocenia ludzi swoją mairą i wierzy, że wywiążą się oni ze swoich zobowiązań, to się potem klepie wciąż tę samą biedę.
No i jestem wolna. Zero ciśnienia. Mam mnóstwo czasu. Mogę sprawdzać dziecku lekcje, pójść na wywiadówkę, sprzątać, gotować obiadki, robić pazurki, czytać, pisać i uczyć się greckiego. Podjęto za mnie decyzję, do której w poczuciu odpowiedzialności finansowej za siebie i dziecko nie byłam zdolna.
Oczywiście - tłucze się po głowie pytanie; "Co dalej?" Tym bardziej, że Nieślubny też nie pracuje, ale... Pomyślę o tym jutro. Dziś cieszę się wolnością.

2 komentarze: