czwartek, 11 listopada 2010

I w dół

Dobrej energii starczyło mi zaledwie na tydzień. Kiedy zgasło światełko nadziei, bo E. powiedziała, że u niej w firmie na razie brak zapotrzebowania na nowych ludzi, coś we mnie pękło. W jednym momencie pozbyłam się naiwnych złudzeń, że wszystko będzie dobrze. Przejrzałam na oczy i zdałam sobie sprawę, że w Internecie pracy nie znajdę, w Urzędzie Pracy tym bardziej. Trzeba zrobić porządek z CV i przelecieć się po firmach (tylko jakich?) mając świadomość, że i tak dokumenty wylądują w koszu. Znajomości nie mam żadnych, ba, ja na nawet nie mam znajomych! Czarno to wszystko widzę...
Tymczasem robię swoje. Mieszkanie zaczyna przeglądać na oczy. Oglądam sobie serial po grecku w Internecie. Dobrze, że czytałam wcześniej książkę, dzięki temu nawet jeśli nie wszystkie dialogi dobrze rozumiem, nie tracę wątku. Ciągle jeszcze goni mnie moja rozlazłość, przez co brakuje mi czasu na porządną naukę języka, czy napisanie prac do szkoły.
Złośliwość świata też daje się we znaki. Kiedy pracowałam, co rusz pojawiały się okazje do zrobienia różnego rodzaju kursów czy szkoleń. Za darmo lub za grosze. Problemem był czas. Teraz z kolei okazje się skończyły, nic się nie dzieje. A ja tak chciałabym wykorzystać jakoś konstruktywnie to przymusowe wolne. W życiu rzadko jest tak jakby się tego chciało, a ja ciągle nie umiem się do tego przyzwyczaić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz