Skończyłam. Sama nie mogę w to uwierzyć, że to już tyle czasu błąkam się po tym świecie.
Urodziny połączone z opijaniem odremontowanego (z grubsza, bo remont wcale nie skończony) mieszkania upłynęły milutko, a po nich trzeba było wziąć się z życiem za bary.
Zaraz po urodzinach wracałam do pracy po miesiącu laby (urlop + chorobowe), więc znów musiałam przyzwyczaić się do faktu, że cały dzień jestem poza domem, znów trzeba było przeorganizować życie.
Trzydziestka obdarowała mnie chyba w końcu łaska mądrości, bo podczas rozmyślania o nieudanym urlopie doszłam do kilku wniosków. Do niektórych zresztą nie po raz pierwszy, ale wygląda na to, że pewne rzeczy trzeba sobie powtarzać w nieskończoność do momentu aż staną się oczywistymi.
Otóż olśniło mnie w końcu, że urlop miałam nieudany na własne życzenia a to z powodu lenistwa wrodzonego, które toczy wieczną walkę z poczuciem obowiązku. Walka ta zajmowała mi tyle czasu, że na działanie już go brakowało, w konsekwencji wiecznie spędzałam czas na rozmyślaniu o tym, że „czegoś nie mogę, bo jeszcze muszę...” Kolejną sprawą jest fakt, że masę spraw pozostawiałam właśnie na urlop, zamiast się spiąć i pozałatwiać w normalnym trybie pracy. Oczywiście, że nie wszystkie się da i zawsze coś zostanie, ale mogło być tego dużo mniej niż było. Dlatego powzięłam mocne postanowienie, by wszelkie sprawy urzędowo-lekarsko – inne, które można załatwiać przed pójściem do pracy, właśnie przed pracą będę załatwiać. Oświecenie na miarę odkrycia Ameryki, którego kiedyś już doznałam dochodząc do wniosku, że bez sensu jest psioczenie na konieczność sprzątania w weekend, skoro sama sobie na ten weekend robotę zostawiam. Wolne ma być wolnym i basta! Skoro przez cały tydzień i tyram i psuję tym sobie radość życia, to mogę tyrać więcej, ale wolne ma służyć ładowaniu akumulatorów!
No i ostatni wniosek. Jestem uzależniona od domu! Tak sobie kiedyś rozmyślałam, jak to mi źle, bo nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam, bo ciągle brak czasu a poza tym jak to być może, że ja sobie gdzieś pójdę a chłopcy zostaną sami w domu! Pomyślałam, pomyślałam, poużalałam się na sobą, po czym popukałam się, ale tak mocno w czoło. Jaki brak czasu? Przecież miałam miesiąc wolnego. Dlaczego nie byłam gdzieś sobie dla przyjemności, na jakiejś kawce kiedy Nieślubny był w pracy, a ja nie miałam czym się zająć, bo nie było dla mnie prac remontowych? Dlaczego siedziałam w domu jak głupia pod pretekstem czekania z obiadem na Nieślubnego skoro i tak obiad nigdy nie był na czas z uwagi na to, że Nieślubny wraca do domu o różnych, niemożliwych do przewidzenia porach? Jaki jest sens siedzieć razem i przeżywać frustrację, że się nic nie dzieje, i złościć się na Nieślubnego, że on najlepiej resetuje się po pracy zabijając swoje potworki, a ja nadal sama ze sobą? Dlaczego nie wykorzystałam tego czasu dla siebie? Dlaczego sama myśl o rzuceniu wszystkiego w cholerę i pójściu do koleżanki na ploty powoduje natłok myśli, że nie powinnam, że przecież tyle do zrobienia, że przecież on wróci z pracy a mnie nie będzie... No i co z tego wszystkiego? Robota w domu i tak jest nie do przerobienia, poza tym jak człekowi źle, to i robota słabo idzie, po drugie Nieślubny będzie szczęśliwy jeśli będzie mógł się skupić na potworkach a ja nie będę brzęczeć mu za uchem...
Najdziwniejsze jest to, że nigdy nie usłyszałam złego słowa na temat moich „wyjść”. Nigdy Nieślubny nawet nie dał mi odczuć, że robię coś niestosownego. Sama sobie coś wkręciłam. Jak jakaś gnębiona psychicznie żona!
Końcowy wniosek jest jeden. Byłam młoda i głupia, ale teraz jestem już duża i wiele rzeczy zrozumiałam, a więc dupa w troki i do dzieła, czas zostać szczęśliwą trzydziestką!
Urodziny połączone z opijaniem odremontowanego (z grubsza, bo remont wcale nie skończony) mieszkania upłynęły milutko, a po nich trzeba było wziąć się z życiem za bary.
Zaraz po urodzinach wracałam do pracy po miesiącu laby (urlop + chorobowe), więc znów musiałam przyzwyczaić się do faktu, że cały dzień jestem poza domem, znów trzeba było przeorganizować życie.
Trzydziestka obdarowała mnie chyba w końcu łaska mądrości, bo podczas rozmyślania o nieudanym urlopie doszłam do kilku wniosków. Do niektórych zresztą nie po raz pierwszy, ale wygląda na to, że pewne rzeczy trzeba sobie powtarzać w nieskończoność do momentu aż staną się oczywistymi.
Otóż olśniło mnie w końcu, że urlop miałam nieudany na własne życzenia a to z powodu lenistwa wrodzonego, które toczy wieczną walkę z poczuciem obowiązku. Walka ta zajmowała mi tyle czasu, że na działanie już go brakowało, w konsekwencji wiecznie spędzałam czas na rozmyślaniu o tym, że „czegoś nie mogę, bo jeszcze muszę...” Kolejną sprawą jest fakt, że masę spraw pozostawiałam właśnie na urlop, zamiast się spiąć i pozałatwiać w normalnym trybie pracy. Oczywiście, że nie wszystkie się da i zawsze coś zostanie, ale mogło być tego dużo mniej niż było. Dlatego powzięłam mocne postanowienie, by wszelkie sprawy urzędowo-lekarsko – inne, które można załatwiać przed pójściem do pracy, właśnie przed pracą będę załatwiać. Oświecenie na miarę odkrycia Ameryki, którego kiedyś już doznałam dochodząc do wniosku, że bez sensu jest psioczenie na konieczność sprzątania w weekend, skoro sama sobie na ten weekend robotę zostawiam. Wolne ma być wolnym i basta! Skoro przez cały tydzień i tyram i psuję tym sobie radość życia, to mogę tyrać więcej, ale wolne ma służyć ładowaniu akumulatorów!
No i ostatni wniosek. Jestem uzależniona od domu! Tak sobie kiedyś rozmyślałam, jak to mi źle, bo nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam, bo ciągle brak czasu a poza tym jak to być może, że ja sobie gdzieś pójdę a chłopcy zostaną sami w domu! Pomyślałam, pomyślałam, poużalałam się na sobą, po czym popukałam się, ale tak mocno w czoło. Jaki brak czasu? Przecież miałam miesiąc wolnego. Dlaczego nie byłam gdzieś sobie dla przyjemności, na jakiejś kawce kiedy Nieślubny był w pracy, a ja nie miałam czym się zająć, bo nie było dla mnie prac remontowych? Dlaczego siedziałam w domu jak głupia pod pretekstem czekania z obiadem na Nieślubnego skoro i tak obiad nigdy nie był na czas z uwagi na to, że Nieślubny wraca do domu o różnych, niemożliwych do przewidzenia porach? Jaki jest sens siedzieć razem i przeżywać frustrację, że się nic nie dzieje, i złościć się na Nieślubnego, że on najlepiej resetuje się po pracy zabijając swoje potworki, a ja nadal sama ze sobą? Dlaczego nie wykorzystałam tego czasu dla siebie? Dlaczego sama myśl o rzuceniu wszystkiego w cholerę i pójściu do koleżanki na ploty powoduje natłok myśli, że nie powinnam, że przecież tyle do zrobienia, że przecież on wróci z pracy a mnie nie będzie... No i co z tego wszystkiego? Robota w domu i tak jest nie do przerobienia, poza tym jak człekowi źle, to i robota słabo idzie, po drugie Nieślubny będzie szczęśliwy jeśli będzie mógł się skupić na potworkach a ja nie będę brzęczeć mu za uchem...
Najdziwniejsze jest to, że nigdy nie usłyszałam złego słowa na temat moich „wyjść”. Nigdy Nieślubny nawet nie dał mi odczuć, że robię coś niestosownego. Sama sobie coś wkręciłam. Jak jakaś gnębiona psychicznie żona!
Końcowy wniosek jest jeden. Byłam młoda i głupia, ale teraz jestem już duża i wiele rzeczy zrozumiałam, a więc dupa w troki i do dzieła, czas zostać szczęśliwą trzydziestką!