niedziela, 30 maja 2010

Niepokój

Dusza szarpie się jak oszalała na smyczy ograniczeń i niemocy. To nie tak, nie tak miało być. Biec... biec... do utraty tchu... po szczęście, które węch wyostrzony do granic możliwości czuje na wyciągnięcie ręki. Miota się jak zdezorientowany pies - trzy kroki na zachód, siedem na wschód. Przecież gdzieś tu jest! Działać! Działać! Nieznośna myśl kołacze się niespokojnie po mózgu nie pozwalając spać. Nie można znów uciec w sen, trzeba działać! Brak tylko konkretu Jak działać? W którą stronę iść?
Automat. Krok po kroku realizuje zamierzone cele. Te najprostsze. Nie myśleć, nie szukać winnych, nie prosić o miłość - nikt nie kocha dlatego, że został o to poproszony. Byle dalej, byle każdy dzień zakończyć w innym miejscu niż poprzedni.
Przegląda się w lustrze. Przygarbione ramiona, na których nosiła cały świat, posiniaczona oczekiwaniami innych, podrapana pretensjami otoczenia, skopana jak worek treningowy, z wiadrem pomyj wylewanych co dzień na jej głowę - oto do czego doprowadziła ją miłość. Tak ją ukształtowała chęć zadowolenia wszystkich. Patrzy na swoje odbicie i uśmiecha się do siebie. To nic, wystarczy zimny prysznic i będzie dobrze. Wszystko się zagoi. Oni mają rację - ma w sobie siłę skały.
Idzie dalej, po szczęście. Nie ogląda się za siebie. Jeśli ją kochają pójdą za nią. Jeśli nie, nie warto sobie nimi zawracać głowy. Ot, najprostsze rozwiązania zwykle okazują się najlepsze...

wtorek, 25 maja 2010

Słońce

Wyszło w końcu. I na świecie i w domu. I od razu dopada mnie wakacyjne rozleniwienie. Straciłam siłę wściekłego pędu. Niedobrze, bo skutki były wymierne - porządek w domu, obiadki, lepsze samopoczucie.
Nie zaprzepaszczę tego. Biegnę dalej.
Pomalutku wychodzę na prostą z obsuwą czasową na greckim blogu. Nie ma odpoczynku - czeka jeszcze drugi blog, smutny i zaniedbany. Trzeba docisnąć ten grecki na maksa, wszak jeszcze włoski na mnie czeka! Wzięło mnie ostatnio na sentymenty i zdałam sobie sprawę jak mi brakuje tej parlaniny...
Nauczyłam się dbać o codzienny porządek w domu. Teraz odpalam program odgruzowania kątów z kurzu, szafek z niepotrzebnych "przydasi", życia z niepotrzebnych nawyków.
Życie na piątym biegu ma swoje dobre strony. Nawet odpoczywa się szybciej. Już nie mam problemu, że po pracy to tylko seriale i spać. Pół godziny polegiwania z kawką wieczorną, a potem można zrobić zakupy, wstawić pranie, pomyć gary, posiedzieć nad greckim... Jeszcze tylko nauczyć się wyłączania z życia rodzinnego by móc skupić się nad książką. Przecież przestałam zupełnie czytać!
Dam radę, będzie dobrze!

poniedziałek, 24 maja 2010

Do zwolnienia?

Dziwne uczucie, natknąć się w Internecie na ogłoszenie o pracę na swoje stanowisko. Szefowa ewidentnie była zaskoczona moim telefonem i pytaniem, czy mam się niepokoić o swoje dalsze istnienie w firmie. Jąkała się mocno, że przecież wcale nie chodzi o moje konkretnie stanowisko (umiem czytać!), że ogólnie brakuje ludzi...
Nie wygląda to dobrze, ale jakoś na razie nie potrafię się zbytnio przejmować. Jestem tak zmęczona całym tym zawodowym syfem, nadmiarem obowiązków, wiecznym niezadowoleniem całego świata, że odetchnę z ulgą, jeśli mnie faktycznie zwolni - podejmie za mnie decyzję, której ja się boję. Martwić się zacznę, jeśli nie będę mogła znaleźć nic nowego po zwolnieniu. Na razie jestem po prostu ciekawa, co się wydarzy i jak to się wszystko zakończy. Kto wie? Może właśnie tak ma być?
Nie chcę się skupiać na gdybaniu, ale ciśnie się do głowy pytanie o sposób w jaki to wszystko jest załatwiane... Brak słów...

piątek, 21 maja 2010

Biegnąca z fochami

Te same pytania, wciąż bez odpowiedzi. Irracjonalność tego stanu dobija podwójnie, bo przecież nie ma powodu by tak się czuć. Zmęczenie przytłaczające ciężkim głazem jakikolwiek przebłysk chęci działania. Strach przed anormalnością i ewentualnymi konsekwencjami przedłużającego się przygnębienia. Monologi i dyskusje - wciąż te same - mające pomóc w zrozumieniu i znalezieniu lekarstwa, a tak naprawdę nakręcające spiralę swym natręctwem. Równia pochyła.
Paradoksalnie "ciche dni" w domu stały się lekarstwem. Pozostawiona sama sobie, wściekła na cały świat, obrażona i zbuntowana. "Nie potrzebuję nikogo! Poradzę sobie sama!" - Bojowy okrzyk rozkapryszonej dziewczynki każe zerwać się bladym świtem z łóżka i biec realizując po drodze plan, który ma potwierdzić, że "A właśnie będzie tak jak ja chcę!" Głowa zaprzątnięta planowaniem nie ma już miejsca na roztrząsanie własnych stanów emocjonalnych. Życie pomału zaczyna przypominać życie, a nie jakąś papkę marazmu. Na wydętych w pogardliwym prychnięciu ustach coraz częściej pojawia się kpiący uśmieszek "Co, ja nie dam rady?"
Właściwie nic się nie zmieniło. Nadal nie ma czasu, nadal brakuje możliwości na łatwe spełnienie marzeń, wciąż finanse stanowią przeszkodę we właściwie wszystkim. Ale co z tego? "I tak zrobię swoje!"
Co można zrobić, kiedy nagle odkrywasz, że dwa tygodnie ślęczenia nad słownikiem odeszły w niebyt, bo przez pomyłkę nie zapisałaś pliku?
a) załamać się i uciec z płaczem pod kołdrę
b) skląć cały świat i znaleźć "winnego", bo "przez Ciebie tego nie zapisałam", po czym obrazić się i rzucić tę naukę w cholerę
c) westchnąć, zapalić papierosa, następnie otworzyć nowy plik i słownik:D

środa, 19 maja 2010

Nie pozwolę

Nie zrezygnuję z marzeń i pasji. Dla nikogo. Będę szczęśliwa. Z Wami, bez Was, a jeśli będzie trzeba to na przekór Wam.
Marzenia się spełniają. Wiem to przecież z autopsji. A ja swoim zamierzam pomóc. Moim orężem mój upór. Dzięki niemu zawsze się podniosę, bo upadnę przecież jeszcze nie raz.
Pora na wielkie pranie. Mózgu. Porządne wirowanie powinno wyrzucić z niego wszelkie przeszkody, które zamiast ominąć sama wyolbrzymiam do rangi "nie do pokonania". Robić swoje. Pomimo wszystko. Oto jedyna recepta

poniedziałek, 17 maja 2010

Spać!

Zwinąć się w kłębek pod kołdrą, zgasić światło i spać. Nie czuć bólu zęba, nie czuć zimna. Nie martwić się chorobą dziecka, nie analizować kłótni z Nieślubnym, nie rozpamiętywać głupich uwag szefa, zignorować pretensje rodziców.
Spać, niech nikt ode mnie nic nie chce. Spać, nie słyszeć nic. Spać i obudzić się w lepszym świecie

poniedziałek, 10 maja 2010

I to by było na tyle

wróciłam do punktu wyjścia albo i jeszcze gorzej. Nawet nie chce mi się stawać na wagę, wiem, czego mogę się spodziewać. Wpadłam w pułapkę braku motywacji - do lata jeszcze zbyt dużo czasu, by się spinać przesadnie. Wiem, zdziwię się za kilka tygodni, że to już, a ja dalej nie gotowa, ale nawet ta wizja nie potrafi mnie zmusić do działania. Pomyślę o tym jutro...