Sobotnie zakupy były dla mnie koszmarem. Musiałam znaleźć coś w czym będę mogła pojechać na komunię bratanka. Znalezienie czegoś, co będzie się dopinało, nie będzie stanowiło ryzyka wystrzelenia komuś z guzika, a jednocześnie będzie się prezentować lepiej niż namiot było nie lada wyzwaniem. Mierzenie setnych par spodni, obserwowanie siebie w lusterkach przy tej okazji, było jak uderzenia batem: "patrz do jakiego stanu się doprowadziłaś" "jak się czujesz w roli tłustej świni"?
Na medal spisał się Nieślubny, który cierpliwie doradzał i był w tym szczery: "to ci tylko podkreśli to, co chcesz ukryć, w tym drugim wyglądasz lepiej".
Tak czy inaczej załamałam się. Mierząc potem w domu bluzki z zeszłego roku odkryłam, że żadna nie chce się dopiąć. Do tej pory myślałam, że tylko dołem mi się przybrało. Teraz naocznie stwierdziłam, że równie tłuste co nogi mam ramiona, że talia odpłynęła gdzieś w siną dal....
Popadam w obłęd. Drętwieję pod dotykiem ręki Nieślubnego. Od razu czuję jego obrzydzenie, bo co za przyjemność dotykać tłuściocha. On próbuje mnie przekonać, że to tylko ja mam z tym problem, że dla niego nic się nie zmieniło. No ale co ma powiedzieć?
Koniec z tym, nie mogę tak dłużej. Nie mogę unikać ludzi, dlatego,że wstydzę się siebie. A wstydzę się coraz bardziej. Koniec z wymówkami, że się nie da, że przecież jestem głodna, że cokolwiek... Schudnę za wszelką cenę. Nie ważne, że to już kolejne podejście, tym razem się nie poddam. Zmieszczę się w stare ciuchy i znów zacznę się czuć dobrze sama ze sobą i w swoim ciele, które nigdy nie było idealne, ale też nigdy nie doprowadzało mnie do takiej rozpaczy.
Wrzuciłam wczoraj w googla frazę "schudnąć 15 kg w dwa tygodnie" - tyle mam do zgubienia i tyle czasu do komunii. Oczywiście nie wierzę w taką możliwość bez zrobienia sobie krzywdy, ale byłam ciekawa czego się dowiem. I wyszukałam sobie dietę norweską, która podobno przynosi takie właśnie spektakularne efekty, choć ja nie wierzę, w to co piszą o braku skutków ubocznych. Ale doznałam natchnienia, mam już obmyślony sposób na swoje odżywianie, który powinien mi pomóc. Czy pomoże? Zobaczymy.
Darowałam sobie poranną kawę, tę pierwszą, podawaną do łóżka. Zamiast niej wypiłam szklankę wody z sokiem z cytryny. Przed wyjściem do pracy kawka z obniżoną zawartością cukru i moja nieśmiertelna owsianka. W pracy na jeden posiłek jabłko, na drugi grapefruit (ja nie miałam pojęcia, że grapefruity tak zapychają!) A w domku po pracy jajko na twardo bez dodatków. (Tak, bez majonezu!) Ciekawe, czy to cokolwiek da...
Na medal spisał się Nieślubny, który cierpliwie doradzał i był w tym szczery: "to ci tylko podkreśli to, co chcesz ukryć, w tym drugim wyglądasz lepiej".
Tak czy inaczej załamałam się. Mierząc potem w domu bluzki z zeszłego roku odkryłam, że żadna nie chce się dopiąć. Do tej pory myślałam, że tylko dołem mi się przybrało. Teraz naocznie stwierdziłam, że równie tłuste co nogi mam ramiona, że talia odpłynęła gdzieś w siną dal....
Popadam w obłęd. Drętwieję pod dotykiem ręki Nieślubnego. Od razu czuję jego obrzydzenie, bo co za przyjemność dotykać tłuściocha. On próbuje mnie przekonać, że to tylko ja mam z tym problem, że dla niego nic się nie zmieniło. No ale co ma powiedzieć?
Koniec z tym, nie mogę tak dłużej. Nie mogę unikać ludzi, dlatego,że wstydzę się siebie. A wstydzę się coraz bardziej. Koniec z wymówkami, że się nie da, że przecież jestem głodna, że cokolwiek... Schudnę za wszelką cenę. Nie ważne, że to już kolejne podejście, tym razem się nie poddam. Zmieszczę się w stare ciuchy i znów zacznę się czuć dobrze sama ze sobą i w swoim ciele, które nigdy nie było idealne, ale też nigdy nie doprowadzało mnie do takiej rozpaczy.
Wrzuciłam wczoraj w googla frazę "schudnąć 15 kg w dwa tygodnie" - tyle mam do zgubienia i tyle czasu do komunii. Oczywiście nie wierzę w taką możliwość bez zrobienia sobie krzywdy, ale byłam ciekawa czego się dowiem. I wyszukałam sobie dietę norweską, która podobno przynosi takie właśnie spektakularne efekty, choć ja nie wierzę, w to co piszą o braku skutków ubocznych. Ale doznałam natchnienia, mam już obmyślony sposób na swoje odżywianie, który powinien mi pomóc. Czy pomoże? Zobaczymy.
Darowałam sobie poranną kawę, tę pierwszą, podawaną do łóżka. Zamiast niej wypiłam szklankę wody z sokiem z cytryny. Przed wyjściem do pracy kawka z obniżoną zawartością cukru i moja nieśmiertelna owsianka. W pracy na jeden posiłek jabłko, na drugi grapefruit (ja nie miałam pojęcia, że grapefruity tak zapychają!) A w domku po pracy jajko na twardo bez dodatków. (Tak, bez majonezu!) Ciekawe, czy to cokolwiek da...
wiesz co, ja to skomentuje krotko! masz przesrane za to co tam wypisujesz!!!! nie w morale, a w poczatkowej fazie!
OdpowiedzUsuńmuszę przyznać, że kompletnie nie zrozumiałam co napisałas:( Ciężko z moim rozumowaniem w tych dniach...
OdpowiedzUsuńco jest danka?
OdpowiedzUsuńświat się chciał zawalić.. napiszę na priv
OdpowiedzUsuńswiat sie trzyma i my tez :*
OdpowiedzUsuńmocno mocno - pazurami
OdpowiedzUsuń