czwartek, 15 kwietnia 2010

Czekając na cud

Pamiętam strach, wstyd, ból, które były moją codziennością, gdy ojciec pił. Wydawało się, że żyję w koszmarze, z którego nie ma wyjścia. Modliłam się o cud, nie wierząc, że on kiedykolwiek nastąpi.
Pamiętam długie poszukiwanie pracy. Kolejnych pracodawców - oszustów, kolejnych wyzyskiwaczy, którzy za jedną pensję obsadzali mną trzy czy cztery stanowiska na raz. Poczucie beznadziejności własnej, kiedy wciąż czytałam te same ogłoszenia od firm, z których nikt nie odpowiadał na złożoną przeze mnie aplikację.
Pamiętam, jak dusiłam się, kiedy skrzydła dorastającego ptaka rwały się do opuszczenia gniazda, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wylot nigdy nie będzie możliwy.
Pamiętam wreszcie jak łaknęłam miłości. Jak lgnęłam do ludzi, wchodziłam w niemożliwe do utrzymania związki, pozwalałam się ranić i wykorzystywać.
Pamiętam morze łez wylanych z każdego z wymienionych powodów. Pięści zaciśnięte w niemym proteście, bezsilność, bunt, że ojciec, brak pracy, perspektyw, miłości, zabierają mi prawo do szczęścia.

I stał się cud. Ojciec wygrał walkę z nałogiem; pewnego dnia zadzwonił telefon i znalazła się praca. Miłość też przyszła z zupełnie niespodziewanej strony. Uwiliśmy sobie samodzielne gniazdko...

Dlaczego więc znów nie jestem szczęśliwa? Spełniły się wszystkie moje marzenia, doświadczyłam całej serii cudów, bo przecież nie wierzyłam, że kiedykolwiek moje życie się zmieni.
Dlaczego nie umiem się tym cieszyć? Dlaczego patrzę na świat przez pryzmat porażki? Nie taka praca, nie taki dom, nie taka miłość... Dlaczego brak mi energii by wstać rano z łóżka? Dlaczego obecność Nieślubnego traktuję jako oczywistą, zamiast się nią cieszyć? Dlaczego nie potrafię się już szczerze uśmiechać? Dlaczego do cholery nie jestem szczęśliwa?
Czekam znów cudu. będę szczęśliwa kiedy zmienię pracę, kiedy Nieślubny ustabilizuje swoją sytuację zawodową, kiedy dorobimy się własnego M, kiedy synuś dorośnie i zrozumie co jest ważne...

Boję się. Boję się, że wyczerpałam już limit cudów i następnych nie doczekam. Boję się, że nawet jeśli znów będę świadkiem kolejnych cudów, niczego to nie zmieni, bo znów będę chciała więcej. Boję się, że ja po prostu nigdy nie będę szczęśliwa, a okoliczności nie mają tu nic do rzeczy.

Czy mam szansę to zmienić? Zmienić siebie? Czy zdołam sama sobie zapalić w oczach światełko, które zgasło już dawno?

2 komentarze:

  1. a czemu chcesz zapalac cos, co ciagle w tych oczach jest, tylko okulary sie zachlapaly... gdyby tego nie bylo, nie mialabys tego, co masz... az tyle nam sie od zycia chyba nie nalezy z urzedu :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślisz, że jest? Dziś mogę się z Tobą zgodzić, ale bardzo często nie mam w tym temacie pewności...

    OdpowiedzUsuń