Głodna nie chodzę, jest mnie ponad dwa kilo mniej. Dobrze idzie! Oby tak dalej! Wprawdzie tylko waga pokazuje jakąkolwiek zmianę, w obwodach, w ciuchach nadal to samo, ale czuję się o niebo lepiej, a to najważniejsze przecież. No to co? Jeszcze 13 zostało!
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Podejście 58. Dzień pierwszy.
Sobotnie zakupy były dla mnie koszmarem. Musiałam znaleźć coś w czym będę mogła pojechać na komunię bratanka. Znalezienie czegoś, co będzie się dopinało, nie będzie stanowiło ryzyka wystrzelenia komuś z guzika, a jednocześnie będzie się prezentować lepiej niż namiot było nie lada wyzwaniem. Mierzenie setnych par spodni, obserwowanie siebie w lusterkach przy tej okazji, było jak uderzenia batem: "patrz do jakiego stanu się doprowadziłaś" "jak się czujesz w roli tłustej świni"?
Na medal spisał się Nieślubny, który cierpliwie doradzał i był w tym szczery: "to ci tylko podkreśli to, co chcesz ukryć, w tym drugim wyglądasz lepiej".
Tak czy inaczej załamałam się. Mierząc potem w domu bluzki z zeszłego roku odkryłam, że żadna nie chce się dopiąć. Do tej pory myślałam, że tylko dołem mi się przybrało. Teraz naocznie stwierdziłam, że równie tłuste co nogi mam ramiona, że talia odpłynęła gdzieś w siną dal....
Popadam w obłęd. Drętwieję pod dotykiem ręki Nieślubnego. Od razu czuję jego obrzydzenie, bo co za przyjemność dotykać tłuściocha. On próbuje mnie przekonać, że to tylko ja mam z tym problem, że dla niego nic się nie zmieniło. No ale co ma powiedzieć?
Koniec z tym, nie mogę tak dłużej. Nie mogę unikać ludzi, dlatego,że wstydzę się siebie. A wstydzę się coraz bardziej. Koniec z wymówkami, że się nie da, że przecież jestem głodna, że cokolwiek... Schudnę za wszelką cenę. Nie ważne, że to już kolejne podejście, tym razem się nie poddam. Zmieszczę się w stare ciuchy i znów zacznę się czuć dobrze sama ze sobą i w swoim ciele, które nigdy nie było idealne, ale też nigdy nie doprowadzało mnie do takiej rozpaczy.
Wrzuciłam wczoraj w googla frazę "schudnąć 15 kg w dwa tygodnie" - tyle mam do zgubienia i tyle czasu do komunii. Oczywiście nie wierzę w taką możliwość bez zrobienia sobie krzywdy, ale byłam ciekawa czego się dowiem. I wyszukałam sobie dietę norweską, która podobno przynosi takie właśnie spektakularne efekty, choć ja nie wierzę, w to co piszą o braku skutków ubocznych. Ale doznałam natchnienia, mam już obmyślony sposób na swoje odżywianie, który powinien mi pomóc. Czy pomoże? Zobaczymy.
Darowałam sobie poranną kawę, tę pierwszą, podawaną do łóżka. Zamiast niej wypiłam szklankę wody z sokiem z cytryny. Przed wyjściem do pracy kawka z obniżoną zawartością cukru i moja nieśmiertelna owsianka. W pracy na jeden posiłek jabłko, na drugi grapefruit (ja nie miałam pojęcia, że grapefruity tak zapychają!) A w domku po pracy jajko na twardo bez dodatków. (Tak, bez majonezu!) Ciekawe, czy to cokolwiek da...
Na medal spisał się Nieślubny, który cierpliwie doradzał i był w tym szczery: "to ci tylko podkreśli to, co chcesz ukryć, w tym drugim wyglądasz lepiej".
Tak czy inaczej załamałam się. Mierząc potem w domu bluzki z zeszłego roku odkryłam, że żadna nie chce się dopiąć. Do tej pory myślałam, że tylko dołem mi się przybrało. Teraz naocznie stwierdziłam, że równie tłuste co nogi mam ramiona, że talia odpłynęła gdzieś w siną dal....
Popadam w obłęd. Drętwieję pod dotykiem ręki Nieślubnego. Od razu czuję jego obrzydzenie, bo co za przyjemność dotykać tłuściocha. On próbuje mnie przekonać, że to tylko ja mam z tym problem, że dla niego nic się nie zmieniło. No ale co ma powiedzieć?
Koniec z tym, nie mogę tak dłużej. Nie mogę unikać ludzi, dlatego,że wstydzę się siebie. A wstydzę się coraz bardziej. Koniec z wymówkami, że się nie da, że przecież jestem głodna, że cokolwiek... Schudnę za wszelką cenę. Nie ważne, że to już kolejne podejście, tym razem się nie poddam. Zmieszczę się w stare ciuchy i znów zacznę się czuć dobrze sama ze sobą i w swoim ciele, które nigdy nie było idealne, ale też nigdy nie doprowadzało mnie do takiej rozpaczy.
Wrzuciłam wczoraj w googla frazę "schudnąć 15 kg w dwa tygodnie" - tyle mam do zgubienia i tyle czasu do komunii. Oczywiście nie wierzę w taką możliwość bez zrobienia sobie krzywdy, ale byłam ciekawa czego się dowiem. I wyszukałam sobie dietę norweską, która podobno przynosi takie właśnie spektakularne efekty, choć ja nie wierzę, w to co piszą o braku skutków ubocznych. Ale doznałam natchnienia, mam już obmyślony sposób na swoje odżywianie, który powinien mi pomóc. Czy pomoże? Zobaczymy.
Darowałam sobie poranną kawę, tę pierwszą, podawaną do łóżka. Zamiast niej wypiłam szklankę wody z sokiem z cytryny. Przed wyjściem do pracy kawka z obniżoną zawartością cukru i moja nieśmiertelna owsianka. W pracy na jeden posiłek jabłko, na drugi grapefruit (ja nie miałam pojęcia, że grapefruity tak zapychają!) A w domku po pracy jajko na twardo bez dodatków. (Tak, bez majonezu!) Ciekawe, czy to cokolwiek da...
czwartek, 15 kwietnia 2010
Czekając na cud
Pamiętam strach, wstyd, ból, które były moją codziennością, gdy ojciec pił. Wydawało się, że żyję w koszmarze, z którego nie ma wyjścia. Modliłam się o cud, nie wierząc, że on kiedykolwiek nastąpi.
Pamiętam długie poszukiwanie pracy. Kolejnych pracodawców - oszustów, kolejnych wyzyskiwaczy, którzy za jedną pensję obsadzali mną trzy czy cztery stanowiska na raz. Poczucie beznadziejności własnej, kiedy wciąż czytałam te same ogłoszenia od firm, z których nikt nie odpowiadał na złożoną przeze mnie aplikację.
Pamiętam, jak dusiłam się, kiedy skrzydła dorastającego ptaka rwały się do opuszczenia gniazda, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wylot nigdy nie będzie możliwy.
Pamiętam wreszcie jak łaknęłam miłości. Jak lgnęłam do ludzi, wchodziłam w niemożliwe do utrzymania związki, pozwalałam się ranić i wykorzystywać.
Pamiętam morze łez wylanych z każdego z wymienionych powodów. Pięści zaciśnięte w niemym proteście, bezsilność, bunt, że ojciec, brak pracy, perspektyw, miłości, zabierają mi prawo do szczęścia.
I stał się cud. Ojciec wygrał walkę z nałogiem; pewnego dnia zadzwonił telefon i znalazła się praca. Miłość też przyszła z zupełnie niespodziewanej strony. Uwiliśmy sobie samodzielne gniazdko...
Dlaczego więc znów nie jestem szczęśliwa? Spełniły się wszystkie moje marzenia, doświadczyłam całej serii cudów, bo przecież nie wierzyłam, że kiedykolwiek moje życie się zmieni.
Dlaczego nie umiem się tym cieszyć? Dlaczego patrzę na świat przez pryzmat porażki? Nie taka praca, nie taki dom, nie taka miłość... Dlaczego brak mi energii by wstać rano z łóżka? Dlaczego obecność Nieślubnego traktuję jako oczywistą, zamiast się nią cieszyć? Dlaczego nie potrafię się już szczerze uśmiechać? Dlaczego do cholery nie jestem szczęśliwa?
Czekam znów cudu. będę szczęśliwa kiedy zmienię pracę, kiedy Nieślubny ustabilizuje swoją sytuację zawodową, kiedy dorobimy się własnego M, kiedy synuś dorośnie i zrozumie co jest ważne...
Boję się. Boję się, że wyczerpałam już limit cudów i następnych nie doczekam. Boję się, że nawet jeśli znów będę świadkiem kolejnych cudów, niczego to nie zmieni, bo znów będę chciała więcej. Boję się, że ja po prostu nigdy nie będę szczęśliwa, a okoliczności nie mają tu nic do rzeczy.
Czy mam szansę to zmienić? Zmienić siebie? Czy zdołam sama sobie zapalić w oczach światełko, które zgasło już dawno?
Pamiętam długie poszukiwanie pracy. Kolejnych pracodawców - oszustów, kolejnych wyzyskiwaczy, którzy za jedną pensję obsadzali mną trzy czy cztery stanowiska na raz. Poczucie beznadziejności własnej, kiedy wciąż czytałam te same ogłoszenia od firm, z których nikt nie odpowiadał na złożoną przeze mnie aplikację.
Pamiętam, jak dusiłam się, kiedy skrzydła dorastającego ptaka rwały się do opuszczenia gniazda, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wylot nigdy nie będzie możliwy.
Pamiętam wreszcie jak łaknęłam miłości. Jak lgnęłam do ludzi, wchodziłam w niemożliwe do utrzymania związki, pozwalałam się ranić i wykorzystywać.
Pamiętam morze łez wylanych z każdego z wymienionych powodów. Pięści zaciśnięte w niemym proteście, bezsilność, bunt, że ojciec, brak pracy, perspektyw, miłości, zabierają mi prawo do szczęścia.
I stał się cud. Ojciec wygrał walkę z nałogiem; pewnego dnia zadzwonił telefon i znalazła się praca. Miłość też przyszła z zupełnie niespodziewanej strony. Uwiliśmy sobie samodzielne gniazdko...
Dlaczego więc znów nie jestem szczęśliwa? Spełniły się wszystkie moje marzenia, doświadczyłam całej serii cudów, bo przecież nie wierzyłam, że kiedykolwiek moje życie się zmieni.
Dlaczego nie umiem się tym cieszyć? Dlaczego patrzę na świat przez pryzmat porażki? Nie taka praca, nie taki dom, nie taka miłość... Dlaczego brak mi energii by wstać rano z łóżka? Dlaczego obecność Nieślubnego traktuję jako oczywistą, zamiast się nią cieszyć? Dlaczego nie potrafię się już szczerze uśmiechać? Dlaczego do cholery nie jestem szczęśliwa?
Czekam znów cudu. będę szczęśliwa kiedy zmienię pracę, kiedy Nieślubny ustabilizuje swoją sytuację zawodową, kiedy dorobimy się własnego M, kiedy synuś dorośnie i zrozumie co jest ważne...
Boję się. Boję się, że wyczerpałam już limit cudów i następnych nie doczekam. Boję się, że nawet jeśli znów będę świadkiem kolejnych cudów, niczego to nie zmieni, bo znów będę chciała więcej. Boję się, że ja po prostu nigdy nie będę szczęśliwa, a okoliczności nie mają tu nic do rzeczy.
Czy mam szansę to zmienić? Zmienić siebie? Czy zdołam sama sobie zapalić w oczach światełko, które zgasło już dawno?
sobota, 3 kwietnia 2010
Wiosna
Wiosna
Przywitała mnie krótkim, choć intensywnym przeziębieniem. Wygrzebałam się z niego szybko i samodzielnie. Jak zwykle jednak pozostał mi intensywny kaszel, taki którego nie da się opanować. Ataki kaszlu i duszności wpłynęły na mój głos. Najpierw mówiłam jak rasowy menel, z czasem głos zaczął zanikać.
Nieślubny gnę”ił mnie o wizytę u lekarza - nie mógł patrzeć jak autentycznie się męczę. Wykorzystałam na wizytę w przychodni ostatni dzień zaległego urlopu za zeszły rok. Pani doktor orzekła, że w pracy nie mam szans odzyskać głosu. Dała antybiotyk, dwa dni zwolnienia i zalecenie: mało gadać, dużo pić.
Spadły mi te dwa wolne dni jak manna z nieba. Z wyjątkiem kaszlu i problemów z mówieniem nic mi nie było, za to zyskałam ogrom czasu na dokończenie porządków świątecznych. Udało mi się wysprzątać mieszkanie na błysk, tak jak chciałam. Nie udałoby mi się to, gdybym wychodzić na cały dzień do pracy.
Dzięki temu, dziś byliśmy ze wszystkim gotowi. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mogliśmy wybrać się z Nieślubnym na niespieszne, niestresujące, bardzo przyjemne zakupy (zostałam szczęśliwą posiadaczką nowych dżinsów!), a nawet na długi spacer. Odzwyczajeni od ruchu i świeżego powietrza umęczyliśmy się zdrowo.
Do świąt przystępuję z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, zadowolona z siebie i radosna. I oby ten iście wiosenny stan ducha trwał jak najdłużej, czego sobie i wszystkim z okazji świąt życzę!
Przywitała mnie krótkim, choć intensywnym przeziębieniem. Wygrzebałam się z niego szybko i samodzielnie. Jak zwykle jednak pozostał mi intensywny kaszel, taki którego nie da się opanować. Ataki kaszlu i duszności wpłynęły na mój głos. Najpierw mówiłam jak rasowy menel, z czasem głos zaczął zanikać.
Nieślubny gnę”ił mnie o wizytę u lekarza - nie mógł patrzeć jak autentycznie się męczę. Wykorzystałam na wizytę w przychodni ostatni dzień zaległego urlopu za zeszły rok. Pani doktor orzekła, że w pracy nie mam szans odzyskać głosu. Dała antybiotyk, dwa dni zwolnienia i zalecenie: mało gadać, dużo pić.
Spadły mi te dwa wolne dni jak manna z nieba. Z wyjątkiem kaszlu i problemów z mówieniem nic mi nie było, za to zyskałam ogrom czasu na dokończenie porządków świątecznych. Udało mi się wysprzątać mieszkanie na błysk, tak jak chciałam. Nie udałoby mi się to, gdybym wychodzić na cały dzień do pracy.
Dzięki temu, dziś byliśmy ze wszystkim gotowi. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mogliśmy wybrać się z Nieślubnym na niespieszne, niestresujące, bardzo przyjemne zakupy (zostałam szczęśliwą posiadaczką nowych dżinsów!), a nawet na długi spacer. Odzwyczajeni od ruchu i świeżego powietrza umęczyliśmy się zdrowo.
Do świąt przystępuję z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, zadowolona z siebie i radosna. I oby ten iście wiosenny stan ducha trwał jak najdłużej, czego sobie i wszystkim z okazji świąt życzę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)