Plan jest. Ambitny i mający do prowadzić do tego, że wreszcie poczuję się dobrze ze sobą. Tylko z realizacja jakoś kiepsko. Niby ogarnę mieszkanie przed wyjściem do pracy, ale co z tego. Co dzień to samo, jak w dniu świstaka, ani centymetra do przodu.
Być może Nieślubny ma rację, że ja za dużo chcę, i potem jestem nieszczęśliwa, że mi się nie udaje osiągnąć tego, co sobie zaplanowałam.
Być może "winni" są chłopcy, bo za późno wychodzą z domu. Jakoś najlepiej mi się sprząta pusty dom. Przy nich nie dość ze ruszam się niemrawo, to jeszcze jestem wściekła, że mi się pętają pod kończynami. Więc z reguły przy nich niewiele robię, bo po co sobie nawzajem działać na nerwy.
Być może po prostu nie da się w ciągu 1,5 godziny (bo tyle mniej więcej mam czasu) ogarnąć mieszkania, odpękać porannej gimnastyki, zrobić śniadania, poprasować, ugotować i posprzątać coś ekstra (święta!)I zamiast się złościć, powinnam się z tym pogodzić, albo z czegoś zrezygnować?
Wcześniejsze wstawianie nie wchodzi w grę, bo niczego nie rozwiązuje - i tak nie zacznę, dopóki nie pozbędę się chłopców z domu.
A być może powinnam po prostu wziąć dupę w troki? Czas czasem a jego brak faktem, ale...
Kto powiedział, że po osiemnastej świat się kończy i można już tylko pójść spać (po obejrzeniu wszystkich seriali of course)? Kto powiedział, że w pracy, kiedy nie ma nic do roboty, trzeba czytać jakieś bzdury w Internecie, albo plotkować z dziewczynami na wciąż te same tematy?
Chcę mieć porządek w domu, tymczasem od tygodnia straszy mnie z fotele sterta ciuchów czekających na wyprasowanie. Jakoś co dzień jestem zbyt zmęczona, by się za to zabrać i ciągle wierzę, że jutro będzie lepiej. Wkurzam się, że grecki leży odłogiem, a od miesiąca nie zajrzałam do słówek, ani nie przesłuchałam lekcji... Nic. Chcę schudnąć. Pewnie dlatego wczoraj sobie zamówiłam makaron z czterema serami - super bomba kaloryczna, ale "od jutra się poprawię!"
Bez sensu, znów wpadłam w te samą głupią pułapkę, co zawsze. Zamiast coś robić, siedzę i narzekam, że się nie da. Rzeczywiście, nie da się tak jak bym chciała - zrobić wszystko rano, a wieczorem mieć spokój. Rzeczywiście nie da się mieć wszystkiego, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co jest ważniejsze. Święty spokój, czy figura, wiedza i porządek.
Proste, nie? albo się weź do roboty babo, zamiast marudzić, albo nie rób jak ci się nie chce, ale nie marudź. Z uwagi na to, że zaczynanie "od jutra" nie działa, zaczynam już. Natychmiast!
Być może Nieślubny ma rację, że ja za dużo chcę, i potem jestem nieszczęśliwa, że mi się nie udaje osiągnąć tego, co sobie zaplanowałam.
Być może "winni" są chłopcy, bo za późno wychodzą z domu. Jakoś najlepiej mi się sprząta pusty dom. Przy nich nie dość ze ruszam się niemrawo, to jeszcze jestem wściekła, że mi się pętają pod kończynami. Więc z reguły przy nich niewiele robię, bo po co sobie nawzajem działać na nerwy.
Być może po prostu nie da się w ciągu 1,5 godziny (bo tyle mniej więcej mam czasu) ogarnąć mieszkania, odpękać porannej gimnastyki, zrobić śniadania, poprasować, ugotować i posprzątać coś ekstra (święta!)I zamiast się złościć, powinnam się z tym pogodzić, albo z czegoś zrezygnować?
Wcześniejsze wstawianie nie wchodzi w grę, bo niczego nie rozwiązuje - i tak nie zacznę, dopóki nie pozbędę się chłopców z domu.
A być może powinnam po prostu wziąć dupę w troki? Czas czasem a jego brak faktem, ale...
Kto powiedział, że po osiemnastej świat się kończy i można już tylko pójść spać (po obejrzeniu wszystkich seriali of course)? Kto powiedział, że w pracy, kiedy nie ma nic do roboty, trzeba czytać jakieś bzdury w Internecie, albo plotkować z dziewczynami na wciąż te same tematy?
Chcę mieć porządek w domu, tymczasem od tygodnia straszy mnie z fotele sterta ciuchów czekających na wyprasowanie. Jakoś co dzień jestem zbyt zmęczona, by się za to zabrać i ciągle wierzę, że jutro będzie lepiej. Wkurzam się, że grecki leży odłogiem, a od miesiąca nie zajrzałam do słówek, ani nie przesłuchałam lekcji... Nic. Chcę schudnąć. Pewnie dlatego wczoraj sobie zamówiłam makaron z czterema serami - super bomba kaloryczna, ale "od jutra się poprawię!"
Bez sensu, znów wpadłam w te samą głupią pułapkę, co zawsze. Zamiast coś robić, siedzę i narzekam, że się nie da. Rzeczywiście, nie da się tak jak bym chciała - zrobić wszystko rano, a wieczorem mieć spokój. Rzeczywiście nie da się mieć wszystkiego, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co jest ważniejsze. Święty spokój, czy figura, wiedza i porządek.
Proste, nie? albo się weź do roboty babo, zamiast marudzić, albo nie rób jak ci się nie chce, ale nie marudź. Z uwagi na to, że zaczynanie "od jutra" nie działa, zaczynam już. Natychmiast!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz