Życie rozlazło się ostatnio strasznie. Smutek, niemoc, i stagnacja, znikąd nadziei. Ciemność, zero energii by żyć, walczyć o cokolwiek. Koło fortuny przeturlało się jednak w końcu. Niemrawo dosyć, bo żadnych rewelacji na horyzoncie nie widać, ale ważne że coś drgnęło.
Przez ostatni tydzień po prostu przeżywałam ten fakt. Od rozpaczy i rozczarowania, że Fortuna skręciła jednak nie tak jak ja bym chciała, do akceptacji tego co jest, po radość, że w końcu jakiś ruch nastąpił. Nie zawracałam sobie głowy dyrdymałami typu sprzątanie (po co, skoro nikomu poza mną bałagan nie przeszkadza?) czy gotowanie (w sklepach tyle gotowego żarcia, że aż szkoda się wysilać). Ale i na taki stan musiał nadejść kres.
Wczoraj po pracy udało mi się strzelić dwa prania i wysprzątać dość dokładnie salon. Gotować nie musiałam, bo Misza jadł u dziadków, a nam nie zależało, każdy coś tam skubnął.
Dziś kolejne pranie, obiad + część obiadu na jutro, trochę prasowania, posprzątana łazienka i toaleta. Jednym słowem odgruzowałam się z najgorszego syfu i teraz mogę przystąpić do metodycznego sprzątania na święta...
Bo po raz n-ty postanowiłam zostać doskonale zorganizowaną panią domu, znaleźć czas na hobby, dbanie o siebie itp. Na dzień dzisiejszy jestem z siebie dumna, bo pralkę mam załadowaną, by tylko rano ją włączyć, niech pracuje, a ja mam poczucie, że coś idzie do przodu. Kuchnia na wieczór uprzątnięta, więc jutro nie będę musiała tego rano robić. Tylko, że zanim to wszystko zrobiłam, zrobiło się strasznie późno. Jak znam życie, to jutro zaśpię i cały misterny plan szlag jasny trafi... Cóż, przekonam się za parę godzin, na razie jeszcze wierzę w sukces!
Przez ostatni tydzień po prostu przeżywałam ten fakt. Od rozpaczy i rozczarowania, że Fortuna skręciła jednak nie tak jak ja bym chciała, do akceptacji tego co jest, po radość, że w końcu jakiś ruch nastąpił. Nie zawracałam sobie głowy dyrdymałami typu sprzątanie (po co, skoro nikomu poza mną bałagan nie przeszkadza?) czy gotowanie (w sklepach tyle gotowego żarcia, że aż szkoda się wysilać). Ale i na taki stan musiał nadejść kres.
Wczoraj po pracy udało mi się strzelić dwa prania i wysprzątać dość dokładnie salon. Gotować nie musiałam, bo Misza jadł u dziadków, a nam nie zależało, każdy coś tam skubnął.
Dziś kolejne pranie, obiad + część obiadu na jutro, trochę prasowania, posprzątana łazienka i toaleta. Jednym słowem odgruzowałam się z najgorszego syfu i teraz mogę przystąpić do metodycznego sprzątania na święta...
Bo po raz n-ty postanowiłam zostać doskonale zorganizowaną panią domu, znaleźć czas na hobby, dbanie o siebie itp. Na dzień dzisiejszy jestem z siebie dumna, bo pralkę mam załadowaną, by tylko rano ją włączyć, niech pracuje, a ja mam poczucie, że coś idzie do przodu. Kuchnia na wieczór uprzątnięta, więc jutro nie będę musiała tego rano robić. Tylko, że zanim to wszystko zrobiłam, zrobiło się strasznie późno. Jak znam życie, to jutro zaśpię i cały misterny plan szlag jasny trafi... Cóż, przekonam się za parę godzin, na razie jeszcze wierzę w sukces!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz