piątek, 5 marca 2010

Staczam się na dno. I uchodzi mi to na sucho

Kiedy wydawać by się mogło, że gorzej być nie może, kiedy podnoszę się w końcu, by żyć pomimo wszystko, Świat natychmiast stara się udowodnić mi bezsensowność moich działań. Dzieje się coś, co znów podcina mi nogi i sprawia, że ląduję z pyskiem w błocie beznadziei i bezsilności.
Nie mogę już. Gasnę w oczach. Potrzebuję promyka słońca, które każe wstać z łóżka i iść naprzód. Bo dziś nie wiem dokąd i po co mam iść.
Potrzebuję powodu dla którego trzeba otworzyć rano oczy,bo dziś chciałabym zasnąć i nie obudzić się więcej.To już nie rozpacz, to stan zobojętnienia i odrętwienia. Nawet już nie bardzo chce mi się z niego wyrwać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz