czwartek, 18 marca 2010

Albo albo

Plan jest. Ambitny i mający do prowadzić do tego, że wreszcie poczuję się dobrze ze sobą. Tylko z realizacja jakoś kiepsko. Niby ogarnę mieszkanie przed wyjściem do pracy, ale co z tego. Co dzień to samo, jak w dniu świstaka, ani centymetra do przodu.
Być może Nieślubny ma rację, że ja za dużo chcę, i potem jestem nieszczęśliwa, że mi się nie udaje osiągnąć tego, co sobie zaplanowałam.
Być może "winni" są chłopcy, bo za późno wychodzą z domu. Jakoś najlepiej mi się sprząta pusty dom. Przy nich nie dość ze ruszam się niemrawo, to jeszcze jestem wściekła, że mi się pętają pod kończynami. Więc z reguły przy nich niewiele robię, bo po co sobie nawzajem działać na nerwy.
Być może po prostu nie da się w ciągu 1,5 godziny (bo tyle mniej więcej mam czasu) ogarnąć mieszkania, odpękać porannej gimnastyki, zrobić śniadania, poprasować, ugotować i posprzątać coś ekstra (święta!)I zamiast się złościć, powinnam się z tym pogodzić, albo z czegoś zrezygnować?
Wcześniejsze wstawianie nie wchodzi w grę, bo niczego nie rozwiązuje - i tak nie zacznę, dopóki nie pozbędę się chłopców z domu.
A być może powinnam po prostu wziąć dupę w troki? Czas czasem a jego brak faktem, ale...
Kto powiedział, że po osiemnastej świat się kończy i można już tylko pójść spać (po obejrzeniu wszystkich seriali of course)? Kto powiedział, że w pracy, kiedy nie ma nic do roboty, trzeba czytać jakieś bzdury w Internecie, albo plotkować z dziewczynami na wciąż te same tematy?
Chcę mieć porządek w domu, tymczasem od tygodnia straszy mnie z fotele sterta ciuchów czekających na wyprasowanie. Jakoś co dzień jestem zbyt zmęczona, by się za to zabrać i ciągle wierzę, że jutro będzie lepiej. Wkurzam się, że grecki leży odłogiem, a od miesiąca nie zajrzałam do słówek, ani nie przesłuchałam lekcji... Nic. Chcę schudnąć. Pewnie dlatego wczoraj sobie zamówiłam makaron z czterema serami - super bomba kaloryczna, ale "od jutra się poprawię!"
Bez sensu, znów wpadłam w te samą głupią pułapkę, co zawsze. Zamiast coś robić, siedzę i narzekam, że się nie da. Rzeczywiście, nie da się tak jak bym chciała - zrobić wszystko rano, a wieczorem mieć spokój. Rzeczywiście nie da się mieć wszystkiego, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co jest ważniejsze. Święty spokój, czy figura, wiedza i porządek.
Proste, nie? albo się weź do roboty babo, zamiast marudzić, albo nie rób jak ci się nie chce, ale nie marudź. Z uwagi na to, że zaczynanie "od jutra" nie działa, zaczynam już. Natychmiast!

niedziela, 14 marca 2010

Odcinek cztery miliony siedemset dziewięćdziesiąt cztery tysiące osiemset pięćdziesiąty szósty

Życie rozlazło się ostatnio strasznie. Smutek, niemoc, i stagnacja, znikąd nadziei. Ciemność, zero energii by żyć, walczyć o cokolwiek. Koło fortuny przeturlało się jednak w końcu. Niemrawo dosyć, bo żadnych rewelacji na horyzoncie nie widać, ale ważne że coś drgnęło.
Przez ostatni tydzień po prostu przeżywałam ten fakt. Od rozpaczy i rozczarowania, że Fortuna skręciła jednak nie tak jak ja bym chciała, do akceptacji tego co jest, po radość, że w końcu jakiś ruch nastąpił. Nie zawracałam sobie głowy dyrdymałami typu sprzątanie (po co, skoro nikomu poza mną bałagan nie przeszkadza?) czy gotowanie (w sklepach tyle gotowego żarcia, że aż szkoda się wysilać). Ale i na taki stan musiał nadejść kres.
Wczoraj po pracy udało mi się strzelić dwa prania i wysprzątać dość dokładnie salon. Gotować nie musiałam, bo Misza jadł u dziadków, a nam nie zależało, każdy coś tam skubnął.
Dziś kolejne pranie, obiad + część obiadu na jutro, trochę prasowania, posprzątana łazienka i toaleta. Jednym słowem odgruzowałam się z najgorszego syfu i teraz mogę przystąpić do metodycznego sprzątania na święta...
Bo po raz n-ty postanowiłam zostać doskonale zorganizowaną panią domu, znaleźć czas na hobby, dbanie o siebie itp. Na dzień dzisiejszy jestem z siebie dumna, bo pralkę mam załadowaną, by tylko rano ją włączyć, niech pracuje, a ja mam poczucie, że coś idzie do przodu. Kuchnia na wieczór uprzątnięta, więc jutro nie będę musiała tego rano robić. Tylko, że zanim to wszystko zrobiłam, zrobiło się strasznie późno. Jak znam życie, to jutro zaśpię i cały misterny plan szlag jasny trafi... Cóż, przekonam się za parę godzin, na razie jeszcze wierzę w sukces!

wtorek, 9 marca 2010

Sama

Dobrze mi samej ze sobą, Wiedziałam, że tęsknię za taką chwilą, nie wiedziałam, że aż tak bardzo. Dobrze mi jak nigdy. Na tych gruzach, w tym bałaganie, z kolejną kawą i papierosem, z poczuciem, że nic nie muszę, że mam wszystko gdzieś. Gdzieś na dnie mózgu tli się moje "kurodomownictwo", które pcha w kierunku pozmywania garów, czy ogarnięcia mieszkania. Bardziej jako chęć niż jako wyrzut sumienia.
Nie ruszam nic. Od brudnego domu świat się nie zawali. A to jest MOJA CHWILA!

piątek, 5 marca 2010

Staczam się na dno. I uchodzi mi to na sucho

Kiedy wydawać by się mogło, że gorzej być nie może, kiedy podnoszę się w końcu, by żyć pomimo wszystko, Świat natychmiast stara się udowodnić mi bezsensowność moich działań. Dzieje się coś, co znów podcina mi nogi i sprawia, że ląduję z pyskiem w błocie beznadziei i bezsilności.
Nie mogę już. Gasnę w oczach. Potrzebuję promyka słońca, które każe wstać z łóżka i iść naprzód. Bo dziś nie wiem dokąd i po co mam iść.
Potrzebuję powodu dla którego trzeba otworzyć rano oczy,bo dziś chciałabym zasnąć i nie obudzić się więcej.To już nie rozpacz, to stan zobojętnienia i odrętwienia. Nawet już nie bardzo chce mi się z niego wyrwać...