piątek, 12 lutego 2010

O co chodzi?

Zadzwoniła szefowa - jak to ona - podczas największego natłoku klientów i spytała, czy mam jakiś pomysł na załatwienie sprawy tych moich nieszczęsnych przepracowanych sobót oraz, czy podpiszę jej zaległe listy obecności, jeśli mi za te nadgodziny wypłaci. Ba, pewnie, że podpiszę. Nie mam ciśnienia, by komukolwiek robić kuku. Jak ona wyprostuje sprawę, to i ja uznam ją za zamkniętą.
Kilka godzin później odwiedził mnie znajomy z pytaniem o radę i opinię. Bowiem moje szefostwo zadzwoniło do niego z propozycją pracy. Zaoferowali rewelacyjne warunki finansowe, bo miałby zastąpić dwie pracujące w tamtym oddziale firmy dziewczyny.
Telefon szefowej był dla mnie szczerze mówiąc dużym zaskoczeniem. W najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że sama kiedykolwiek wróci do tematu. Jednak zastanawiam, się, czy dwa powyższe wydarzenia mają ze sobą związek. Ciekawe, czy przypadkiem, nie zanosi się na to, że szefowa chce wyczyścić sytuację i się mnie pozbyć. Może to z mojego oddziału ktoś ma polecieć?
Cóż, dopóki nie dostanę wypowiedzenia, nie zamierzam się martwić i katować wizjami ewentualnego przedłużającego się bezrobocia. Na razie patrzę na to tak, że nawet jeśli do tego dojdzie, to będę miała kopniaka, motywację do zmian, których i tak przecież pragnę.
Znajomy to dobry chłopak, powiedziałam mu szczerze, jakie widzę plusy i minusy tej pracy. Decyzję musi podjąć sam. Jeśli chcą mnie zwolnić, to zrobią to niezależnie od tego, czy on przyjmie ich ofertę.
Ciekawa jestem niezmiernie, jak to się skończy. Na razie muszę jeszcze przetrwać poniedziałkowe szkolenie, a potem zaczynam urlop. Nie mam zamiaru psuć go sobie, zastanawianiem się, czy będę miała dokąd wrócić za dwa tygodnie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz