piątek, 3 grudnia 2010

Zaplątana

Właściwie to nawet nie wiem, kiedy tak się zaplątałam. Czytałam ostatnio korespondencję z D. z czasów, kiedy to uważałam siebie za niepoprawną optymistkę... I tak naprawdę z moich słów przebijam taka, jaka jestem naprawdę. Wszędzie widząca problem, samonakręcająca się na nie. Matko kochana, to jakiś koszmar! Jakim cudem sama ze sobą tyle lat wytrzymałam?
Czasem mnie to przeraża. Mam trzydzieści lat i stoję w miejscu. Wiadomo, jest ciężko. Albo wykańczająca praca, albo jej brak Ciągły brak kasy. Ciągły brak energii. To nie ułatwia niczego. Ale, na Boga! Dlaczego od lat grzebię się we własnym sosie, dlaczego tracę czas na znalezienie odpowiedzi, co ze mną jest nie tak, wspominam i idealizuję siebie z przeszłości?
W ten sposób mam zmienić to życie, którego tak nie lubię? Jakoś przez tyle czasu ten system nie zdał egzaminu. Jak mam zdobywać szczyty, przenosić góry, skoro nawet pomalowanie paznokci, czy zrobienie byle jakiego obiadu mnie przerasta?
Księżniczka jedna się nagle znalazła, psiakrew. Zapomniałam tylko, że na fochy i depresję to trzeba mieć wygląd i pieniądze. A jak się nie ma ojca króla to nie ma co czekać na księcia z bajki i happy end, tylko trzeba zakasać rękawy i złapać świat za gardło

wtorek, 23 listopada 2010

Jak zwykle

Jak zwykle mam w głowie milion "muszę", "powinnam", "trzeba", z którymi nic nie robię.
Jak zwykle dzień przecieka przez palce w objęciach książki. Dobrze jest pożyć chwilę życiem innych. Z każdą kolejną stroną problemy same się rozwiązują lub komplikują, zależnie od zamysłu autora. Nie trzeba myśleć, podejmować decyzji...
Myślę o sobie. Nie jestem bohaterką książki. Nic się samo nie stanie. Trzeba działać. Ale jak? W którą pójść stronę? Powinnam zrobić coś ze sobą. Nie mam szans na sukces, kiedy wyglądam i czuję się jak kupka nieszczęścia. Powinnam wyglądać jak milion dolarów, tylko jak to osiągnąć z pustym portfelem i z perspektywą, że z każdym dniem będzie tylko gorzej?

niedziela, 21 listopada 2010

Huśtawka

W górę i w dół. Od przerostu energii do totalnej depresji, czyli norma.
Obecnie pozbierałam się na tyle, by ułożyć włosy i wyleźć wreszcie na zakupy. Poza tym zrobiłam pranie, które ostatnio też mnie przestało i to by było tyle sukcesów na dzień dzisiejszy.
Zbliża się koniec roku, więc porządkuję trochę notatki, kalendarze, takie tam bzdury, by samą siebie oszukać, że coś robię. Na więcej nie mam siły ani tym bardziej ochoty.
Praca jest, to nieprawda, że jej nie mam. Ale ja wybrzydzam. Nie chcę się znowu bawić w sprzedaż. Za głupotę uważam zachodnie standardy, procedury, tajemniczych klientów, punkty, rankingi i cały ten cholerny wyścig szczurów. To nie jest mój świat, ja jestem z innej bajki.
Boję się ugrzęznąć na kolejnych kilka lat w czymś, czego nie trawię. Ale czy mogę sobie pozwolić na czekanie na pracę idealną? Tym bardziej, że sama nie wiem, czym dla mnie jest praca idealna? A żyć za coś trzeba...

sobota, 13 listopada 2010

A jednak do przodu

A jednak do przodu
Udało mi się ślicznie wysprzątać mieszkanie. Przypłaciłam to nawrotem uczulenia na dłoniach, ale mimo denerwującego swędzenia i szczypania jestem z siebie bardzo zadowolona. Teraz z braku innych zajęć, skupiam się na tym, by utrzymać ten stan. Przykro tylko, że jestem jedyną osobą w domu, której na tym zależy. Moi panowie ciągle ze zdumieniem patrzą na moją krzątaninę...
Skoro Plan Doprowadzenia Chatki został wykonany, pora na realizację następnego, czyli pora doprowadzić do ładu siebie. Jak już wspominałam nie stać mnie, by zrobić się na "milion dolarów", ale może chociaż na stówkę? Na pierwszy ogień idzie to, co rzuca się w oczy najbardziej, czyli włosy. Właśnie nałożyłam farbę i czekam na efekt. Tak jak z mieszkaniem. Pomalutku, etapami, doprowadzić się do stanu zadowalającego, a potem utrzymać. Nie pozwolić sobie na ponowne zapuszczenie się.
Jednocześnie, równie metodycznie przysiadam do greckiego. Zgodnie z sugestią Ani, pora przymierzyć się do pisania wypracowań. A skoro o wypracowaniach mowa, trzeba pozbyć się wiszącego nade mną widma prac zaliczeniowych do szkoły. Z tym idzie mi najgorzej, ale dam radę.
Podsumowując, jest nieźle. Posiadanie większej ilości wolnego czasu zdecydowanie ma swoje dobre strony!

piątek, 12 listopada 2010

Inaczej

To niesamowite jak czas potrafi zmienić ludzi. Nie wiem, kto jest winien i niewielkie ma to dla mnie znacznie. Może po prostu od początku nie byliśmy dla siebie i tylko potrzebowaliśmy czasu, by to zrozumieć? Dziś już wiem, co znaczy powiedzenie, że od samotności gorsza jest tylko samotność we dwoje.
Boli. Wszystko. Pewnie ma rację, kiedy mówi, że jestem egoistką. Może to ja powinnam o nas powalczyć, zamiast "wspaniałomyślnie" dawać mu szansę, żeby wszystko naprawił.
Tylko czy jest co naprawiać, skoro kiedyś byłam najfajniejsza na świecie, a teraz powinnam się leczyć?

czwartek, 11 listopada 2010

I w dół

Dobrej energii starczyło mi zaledwie na tydzień. Kiedy zgasło światełko nadziei, bo E. powiedziała, że u niej w firmie na razie brak zapotrzebowania na nowych ludzi, coś we mnie pękło. W jednym momencie pozbyłam się naiwnych złudzeń, że wszystko będzie dobrze. Przejrzałam na oczy i zdałam sobie sprawę, że w Internecie pracy nie znajdę, w Urzędzie Pracy tym bardziej. Trzeba zrobić porządek z CV i przelecieć się po firmach (tylko jakich?) mając świadomość, że i tak dokumenty wylądują w koszu. Znajomości nie mam żadnych, ba, ja na nawet nie mam znajomych! Czarno to wszystko widzę...
Tymczasem robię swoje. Mieszkanie zaczyna przeglądać na oczy. Oglądam sobie serial po grecku w Internecie. Dobrze, że czytałam wcześniej książkę, dzięki temu nawet jeśli nie wszystkie dialogi dobrze rozumiem, nie tracę wątku. Ciągle jeszcze goni mnie moja rozlazłość, przez co brakuje mi czasu na porządną naukę języka, czy napisanie prac do szkoły.
Złośliwość świata też daje się we znaki. Kiedy pracowałam, co rusz pojawiały się okazje do zrobienia różnego rodzaju kursów czy szkoleń. Za darmo lub za grosze. Problemem był czas. Teraz z kolei okazje się skończyły, nic się nie dzieje. A ja tak chciałabym wykorzystać jakoś konstruktywnie to przymusowe wolne. W życiu rzadko jest tak jakby się tego chciało, a ja ciągle nie umiem się do tego przyzwyczaić.

środa, 10 listopada 2010

Finansowo

Właściwie zmaganie się z kwestiami finansowymi to dla mnie nic nowego. Jedyna nowość polega na tym, że przychody jakie będę teraz osiągać, nie wystarczą nawet na bieżące opłaty. Stoję przed poważnym dylematem, jak zagospodarować to co mam. Zrobić porządne zakupy, zapasy kosmetyków, środków czystości, zapakować zamrażarkę po brzegi, zrobić porządek z samochodem dopóki są jakieś środki na to, czy raczej wydawać minimalne kwoty kupując to, co absolutnie niezbędne.
Ciężko podejmować jakiekolwiek decyzje nie mając żadnych danych. Nie wiedząc czy ta sytuacja jest przejściowa, czy trzeba raczej przyzwyczajać się do tego stanu, bo będzie trwać dłużej, może zawsze.
Działam na oślep, wpadam ze skrajności w skrajność... Zapowiadają się ekstremalne czasy...

wtorek, 9 listopada 2010

Przemyślątka

Jak zwykle mam w głowie milion "muszę", "powinnam", "trzeba", z którymi nic nie robię.
Jak zwykle dzień przecieka przez palce w objęciach książki. Dobrze jest pożyć chwilę życiem innych. Z każdą kolejną stroną problemy same się rozwiązują lub komplikują, zależnie od zamysłu autora. Nie trzeba myśleć, podejmować decyzji...
Myślę o sobie. Nie jestem bohaterką książki. Nic się samo nie stanie. Trzeba działać. Ale jak? W którą pójść stronę? Powinnam zrobić coś ze sobą. Nie mam szans na sukces, kiedy wyglądam i czuję się jak kupka nieszczęścia. Powinnam wyglądać jak milion dolarów, tylko jak to osiągnąć z pustym portfelem i z perspektywą, że z każdym dniem będzie tylko gorzej?

poniedziałek, 8 listopada 2010

Odzyskać kontrolę

Oszaleję jak tak dalej pójdzie. Mam już dosyć. Życia świata i samej siebie. Dotąd świat toczył się swoim torem a ja spędzałam życie w pracy. Teraz wcale nie jest lepiej. Każda próba działania z mojej strony natrafia na opór przeciwności. Chce mi się płakać, krzyczeć i tłuc głową w ścianę. Jestem wściekła.
I dobrze. Wzrost ciśnienia stawia mnie na równe nogi. Staję do walki. Na początek porządek. Odkopać spod kurzu i brudu to co istotne, wyrzucić rzeczy zbędne. W domu, w głowie i torebce. Oczyścić przestrzeń dla dalszego działania.

piątek, 5 listopada 2010

Czas

Dziwne jest to pojęcie czasu. Ile by go nie było, zawsze jest za mało. Mija dzień za dniem "na wolności" a ja nadal stoję w miejscu. Niby nie całkiem, bo przecież ruszyłam trochę z greckim, piszę, czytam coś, nawet udało mi się odgruzować nasz pokój, bo strasznie zaniedbałam sprzątanie. I wyprasowane mam wszystko, teraz piorę z uporem maniaka, żeby było co robić w przyszłości, hihi.
Chciałam doprowadzić mieszkanie do połysku dopóki nie pracuję, ale w związku z tym, że nie wiem ile to jeszcze potrwa, zawsze znajdzie się jakiś pretekst, by wszystko odkładać na później. Jutro i pojutrze mam szkołę, więc znów nic nie zrobię. Zastanawiam się, czy ta szkoła to był dobry pomysł. Niektóre rzeczy są dość ciekawe, ale większość czasu spędzam na bezmyślnym notowaniu i kompletnie nie rozumiem co w ogóle piszę. Grupa jest dziwna, każdy istnieje sam sobie, nie można doprosić się materiałów, które maiły być wszystkim wysłane. Cóż, nie płacę za tę szkołę, więc chodzę, może uda mi się ją skończyć, zdobyć kolejny papier, który - kto wie - może kiedyś się przyda?

środa, 3 listopada 2010

Bezrobotna

Z tym wolnym czasem trochę przesadziłam. Zapomniałam, ile zajmują wycieczki po urzędach. Ale nic to, trzeba pozałatwiać wszystko jak najszybciej, by potem móc cieszyć się lenistwem. Zapłacą mi za niewykorzystany urlop, więc mogę na razie czuć się "na urlopie". Zarejestrowałam się w PUP i mam oficjalny status bezrobotnego. W grudniu dostanę pierwszy zasiłek w okolicach 500 zł. Nie zastanawiam się jeszcze, czy śmiać się, czy płakać. Na razie mam co robić.

wtorek, 2 listopada 2010

Wolne

No i stało się. Jeszce rano narzekałam, że znów muszę do pracy, do mojej krainy absurdu, upierdliwych klientów, niereformowalnych szefów i niemożliwych do zrobienia limitów sprzedażowych.
Dwie godziny później dzwoniłam do Nieślubnego i śpiewałam mu do słuchawki: "Kochanie, wczoraj zwolnili mnie z pracy..."
Tak naprawdę nie zwolnili, tylko nie przedłużyli umowy. Z uwagi na fatalną sytuację firmy (która nie była na tyle fatalna, by odmówić sobie urlopów w Egipcie i Irlandii) .. a tobie kończy się umowa (dlatego pół roku temu zatrudniliśmy pracownika by zdążyć go wyszkolić na twoje miejsce)... bla, bla, bla ...
Dużo by można gadać, ale po co. Niezależnie od obiektywizmu z jakim patrzę na sytuację i tak będę brzmieć jak rozżalona i pełna poczucia krzywdy zwolniona pracownica.
Faktem jest, że po czterech latach współpracy można było zachować się po ludzku, a nie kazać mi wierzyć ostatniego dnia, że wszystko jest w porządku, a potem zamiast z nową umową przyjeżdżać ze świadectwem pracy. No ale nie o mnie to w końcu świadczy... W końcowych rozliczeniach oczywiście mnie oszukano, ale na to też spuśćmy zasłonę milczenia. Jak się ocenia ludzi swoją mairą i wierzy, że wywiążą się oni ze swoich zobowiązań, to się potem klepie wciąż tę samą biedę.
No i jestem wolna. Zero ciśnienia. Mam mnóstwo czasu. Mogę sprawdzać dziecku lekcje, pójść na wywiadówkę, sprzątać, gotować obiadki, robić pazurki, czytać, pisać i uczyć się greckiego. Podjęto za mnie decyzję, do której w poczuciu odpowiedzialności finansowej za siebie i dziecko nie byłam zdolna.
Oczywiście - tłucze się po głowie pytanie; "Co dalej?" Tym bardziej, że Nieślubny też nie pracuje, ale... Pomyślę o tym jutro. Dziś cieszę się wolnością.

piątek, 10 września 2010

Trzydzieści

Skończyłam. Sama nie mogę w to uwierzyć, że to już tyle czasu błąkam się po tym świecie.
Urodziny połączone z opijaniem odremontowanego (z grubsza, bo remont wcale nie skończony) mieszkania upłynęły milutko, a po nich trzeba było wziąć się z życiem za bary.
Zaraz po urodzinach wracałam do pracy po miesiącu laby (urlop + chorobowe), więc znów musiałam przyzwyczaić się do faktu, że cały dzień jestem poza domem, znów trzeba było przeorganizować życie.
Trzydziestka obdarowała mnie chyba w końcu łaska mądrości, bo podczas rozmyślania o nieudanym urlopie doszłam do kilku wniosków. Do niektórych zresztą nie po raz pierwszy, ale wygląda na to, że pewne rzeczy trzeba sobie powtarzać w nieskończoność do momentu aż staną się oczywistymi.
Otóż olśniło mnie w końcu, że urlop miałam nieudany na własne życzenia a to z powodu lenistwa wrodzonego, które toczy wieczną walkę z poczuciem obowiązku. Walka ta zajmowała mi tyle czasu, że na działanie już go brakowało, w konsekwencji wiecznie spędzałam czas na rozmyślaniu o tym, że „czegoś nie mogę, bo jeszcze muszę...” Kolejną sprawą jest fakt, że masę spraw pozostawiałam właśnie na urlop, zamiast się spiąć i pozałatwiać w normalnym trybie pracy. Oczywiście, że nie wszystkie się da i zawsze coś zostanie, ale mogło być tego dużo mniej niż było. Dlatego powzięłam mocne postanowienie, by wszelkie sprawy urzędowo-lekarsko – inne, które można załatwiać przed pójściem do pracy, właśnie przed pracą będę załatwiać. Oświecenie na miarę odkrycia Ameryki, którego kiedyś już doznałam dochodząc do wniosku, że bez sensu jest psioczenie na konieczność sprzątania w weekend, skoro sama sobie na ten weekend robotę zostawiam. Wolne ma być wolnym i basta! Skoro przez cały tydzień i tyram i psuję tym sobie radość życia, to mogę tyrać więcej, ale wolne ma służyć ładowaniu akumulatorów!
No i ostatni wniosek. Jestem uzależniona od domu! Tak sobie kiedyś rozmyślałam, jak to mi źle, bo nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam, bo ciągle brak czasu a poza tym jak to być może, że ja sobie gdzieś pójdę a chłopcy zostaną sami w domu! Pomyślałam, pomyślałam, poużalałam się na sobą, po czym popukałam się, ale tak mocno w czoło. Jaki brak czasu? Przecież miałam miesiąc wolnego. Dlaczego nie byłam gdzieś sobie dla przyjemności, na jakiejś kawce kiedy Nieślubny był w pracy, a ja nie miałam czym się zająć, bo nie było dla mnie prac remontowych? Dlaczego siedziałam w domu jak głupia pod pretekstem czekania z obiadem na Nieślubnego skoro i tak obiad nigdy nie był na czas z uwagi na to, że Nieślubny wraca do domu o różnych, niemożliwych do przewidzenia porach? Jaki jest sens siedzieć razem i przeżywać frustrację, że się nic nie dzieje, i złościć się na Nieślubnego, że on najlepiej resetuje się po pracy zabijając swoje potworki, a ja nadal sama ze sobą? Dlaczego nie wykorzystałam tego czasu dla siebie? Dlaczego sama myśl o rzuceniu wszystkiego w cholerę i pójściu do koleżanki na ploty powoduje natłok myśli, że nie powinnam, że przecież tyle do zrobienia, że przecież on wróci z pracy a mnie nie będzie... No i co z tego wszystkiego? Robota w domu i tak jest nie do przerobienia, poza tym jak człekowi źle, to i robota słabo idzie, po drugie Nieślubny będzie szczęśliwy jeśli będzie mógł się skupić na potworkach a ja nie będę brzęczeć mu za uchem...

Najdziwniejsze jest to, że nigdy nie usłyszałam złego słowa na temat moich „wyjść”. Nigdy Nieślubny nawet nie dał mi odczuć, że robię coś niestosownego. Sama sobie coś wkręciłam. Jak jakaś gnębiona psychicznie żona!

Końcowy wniosek jest jeden. Byłam młoda i głupia, ale teraz jestem już duża i wiele rzeczy zrozumiałam, a więc dupa w troki i do dzieła, czas zostać szczęśliwą trzydziestką!

czwartek, 19 sierpnia 2010

O urlopie

Kolejny urlop okazał się porażką, prawie dokładnie w ten sam sposób co poprzedni. I jak w zeszłym roku problemem był brak samochodu, tak w tym posiadanie czterech kółek w niczym nie pomogło. Nie miałam wielkich oczekiwań. Chciałam po prostu odpocząć, zająć się nicnierobieniem, wygrzać się w słonku.
Tymczasem wpakowaliśmy się w remont. Już od dawna marudziłam, że nie da się mieszkać w tym domu, brudnym, odrapanym, zaniedbanym, któremu nawet sprzątanie niewiele pomaga. I tak z okazji posiadania czasu spontanicznie orzekliśmy, że zrobimy w końcu łazienkę. Ja rozgrzebywałam, pozbywałam się starego wystroju, Nieślubny remontował, potem ja – kiedy on był w pracy sprzątałam. I tak sprzątając pewnego dnia po tynkowaniu łazienki, naszło mnie by zedrzeć stare tapety w naszym salonie – wobec powyższego remont z łazienki przeniósł się do salonu i zabrał więcej czasu niż było w planach.
Na domiar złego w te dni, kiedy dla mnie nie było nic do roboty i musiałam czekać na Nieślubnego, zawsze wyskoczyło „coś”. Albo nie było odpowiedniej pogody do plażowania, albo trzeba było zająć się załatwianiem miliona arcyważnych spraw. I nagle urlop się skończył, a ja nadal niezadowolona z życia, zmęczona, akumulatory nienaładowane.
Na pociechę mam fakt, że mieszkanie przejrzało na oczy, odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami ślicznej nowej szafy, stare graty powywalaliśmy. Jest zdecydowanie lepiej.
Poza tym, z uwagi na dopadający mnie syndrom trzydziestki – powzięłam decyzję o zapisaniu się do szkoły. Będę się uczyć na technika BHP. Doszłam do wniosku, że nie ma co tego odkładać, bo „odpowiedni czas” pewnie nigdy nie nadejdzie. Przestałam zastanawiać się jak to pogodzę z pracą, z domem. Po prostu idę i już!

poniedziałek, 5 lipca 2010

Gówno jest fajne - miliony much nie mogą się mylić...

Nadejszła wiekopomna chwiła, trzeba szukać zielonego atramentu...

wtorek, 15 czerwca 2010

wykład z tanatologii

Kiedy nie ma po co wracać do domu, bo nikt nie uśmiecha się na twój widok
Kiedy nie pamiętasz jak wyglądają ukochane oczy
Kiedy nie masz komu powiedzieć, że znów boli
Kiedy przestajesz mieć jakiekolwiek plany
Kiedy jest ci wszystko jedno co będzie na kolację

Możesz wystawiać akt zgonu
Miłość umarła

niedziela, 13 czerwca 2010

znów od nowa

Wystarczy drobiazg, niewielkie odstępstwo od planu, by cały świat legł w gruzach. Błahe wydarzenie, bez większego znaczenia, rujnuje misterną konstrukcję w wielki stos przypadkowych kawałeczków. Co gorsze - wieki trwa znalezienie w sobie siły, by zacząć od nowa po raz kolejny, by znów wbić się w rytm, by wrócić do bezpiecznego świata obowiązków, przewidywalnego i spokojnego. Świata, którego tak bardzo brakuje, a który w jednej chwili przeskakuje na drugą stronę przepaści. Na tyle blisko, by nie dać o sobie zapomnieć i na tyle daleko, by przeskoczenie na tę drugą stronę wydawało się niemożliwe.
Co jest nie tak? Zbyt słaba konstrukcja, którą byle wietrzyk zmian potrafi zrujnować w sekundę? Skąd brać siłę, na jej odbudowywanie i ulepszanie? Jak budować, by nie wracać ciągle do punktu wyjścia? A może nie tędy droga? Ale w takim razie gdzie? Gdzie jest spokojnie i bezpiecznie?

piątek, 11 czerwca 2010

W obliczu nieuniknionego

Racjonalna świadomość śmiertelności ludzkiej, ma się nijak do rzeczywistości. Można być najtęższym mózgiem tego świata - w obliczu końca stajesz się bezbronnym dzieckiem, kompletnie nieprzygotowanym na stratę.
I tak oto stałam się niespełna trzydziestoletnią dziewczynką, z buzią wykrzywioną w podkówkę, z rozmazanym łzami makijażem. Zaciskam dziecinne piąstki, czerwone paznokcie ranią dłonie do krwi. Od ścian domu - tej dziupli maleńkiej, która nagle stała się ogromną bezkresną przestrzenią, w której stoję zupełnie sama - odbija się mój krzyk: Tato, zostań!!! Jeszcze nie teraz!!!
Bezradnie szukam kogoś, kto przytuli i obieca, że będzie dobrze. Nie ma nikogo...

Tato, przecież jeszcze musisz zobaczyć mnie szczęśliwą! Przecież jeszcze muszę powiedzieć Ci, że Cię kocham! Tato, jeszcze tyle mamy do zrobienia, jeszcze muszę przywieźć do Ciebie Nika, Aniołka i Natalkę, których jeszcze nie miałeś okazji poznać! Tato, jeszcze nie czas... zostań!

niedziela, 30 maja 2010

Niepokój

Dusza szarpie się jak oszalała na smyczy ograniczeń i niemocy. To nie tak, nie tak miało być. Biec... biec... do utraty tchu... po szczęście, które węch wyostrzony do granic możliwości czuje na wyciągnięcie ręki. Miota się jak zdezorientowany pies - trzy kroki na zachód, siedem na wschód. Przecież gdzieś tu jest! Działać! Działać! Nieznośna myśl kołacze się niespokojnie po mózgu nie pozwalając spać. Nie można znów uciec w sen, trzeba działać! Brak tylko konkretu Jak działać? W którą stronę iść?
Automat. Krok po kroku realizuje zamierzone cele. Te najprostsze. Nie myśleć, nie szukać winnych, nie prosić o miłość - nikt nie kocha dlatego, że został o to poproszony. Byle dalej, byle każdy dzień zakończyć w innym miejscu niż poprzedni.
Przegląda się w lustrze. Przygarbione ramiona, na których nosiła cały świat, posiniaczona oczekiwaniami innych, podrapana pretensjami otoczenia, skopana jak worek treningowy, z wiadrem pomyj wylewanych co dzień na jej głowę - oto do czego doprowadziła ją miłość. Tak ją ukształtowała chęć zadowolenia wszystkich. Patrzy na swoje odbicie i uśmiecha się do siebie. To nic, wystarczy zimny prysznic i będzie dobrze. Wszystko się zagoi. Oni mają rację - ma w sobie siłę skały.
Idzie dalej, po szczęście. Nie ogląda się za siebie. Jeśli ją kochają pójdą za nią. Jeśli nie, nie warto sobie nimi zawracać głowy. Ot, najprostsze rozwiązania zwykle okazują się najlepsze...

wtorek, 25 maja 2010

Słońce

Wyszło w końcu. I na świecie i w domu. I od razu dopada mnie wakacyjne rozleniwienie. Straciłam siłę wściekłego pędu. Niedobrze, bo skutki były wymierne - porządek w domu, obiadki, lepsze samopoczucie.
Nie zaprzepaszczę tego. Biegnę dalej.
Pomalutku wychodzę na prostą z obsuwą czasową na greckim blogu. Nie ma odpoczynku - czeka jeszcze drugi blog, smutny i zaniedbany. Trzeba docisnąć ten grecki na maksa, wszak jeszcze włoski na mnie czeka! Wzięło mnie ostatnio na sentymenty i zdałam sobie sprawę jak mi brakuje tej parlaniny...
Nauczyłam się dbać o codzienny porządek w domu. Teraz odpalam program odgruzowania kątów z kurzu, szafek z niepotrzebnych "przydasi", życia z niepotrzebnych nawyków.
Życie na piątym biegu ma swoje dobre strony. Nawet odpoczywa się szybciej. Już nie mam problemu, że po pracy to tylko seriale i spać. Pół godziny polegiwania z kawką wieczorną, a potem można zrobić zakupy, wstawić pranie, pomyć gary, posiedzieć nad greckim... Jeszcze tylko nauczyć się wyłączania z życia rodzinnego by móc skupić się nad książką. Przecież przestałam zupełnie czytać!
Dam radę, będzie dobrze!

poniedziałek, 24 maja 2010

Do zwolnienia?

Dziwne uczucie, natknąć się w Internecie na ogłoszenie o pracę na swoje stanowisko. Szefowa ewidentnie była zaskoczona moim telefonem i pytaniem, czy mam się niepokoić o swoje dalsze istnienie w firmie. Jąkała się mocno, że przecież wcale nie chodzi o moje konkretnie stanowisko (umiem czytać!), że ogólnie brakuje ludzi...
Nie wygląda to dobrze, ale jakoś na razie nie potrafię się zbytnio przejmować. Jestem tak zmęczona całym tym zawodowym syfem, nadmiarem obowiązków, wiecznym niezadowoleniem całego świata, że odetchnę z ulgą, jeśli mnie faktycznie zwolni - podejmie za mnie decyzję, której ja się boję. Martwić się zacznę, jeśli nie będę mogła znaleźć nic nowego po zwolnieniu. Na razie jestem po prostu ciekawa, co się wydarzy i jak to się wszystko zakończy. Kto wie? Może właśnie tak ma być?
Nie chcę się skupiać na gdybaniu, ale ciśnie się do głowy pytanie o sposób w jaki to wszystko jest załatwiane... Brak słów...

piątek, 21 maja 2010

Biegnąca z fochami

Te same pytania, wciąż bez odpowiedzi. Irracjonalność tego stanu dobija podwójnie, bo przecież nie ma powodu by tak się czuć. Zmęczenie przytłaczające ciężkim głazem jakikolwiek przebłysk chęci działania. Strach przed anormalnością i ewentualnymi konsekwencjami przedłużającego się przygnębienia. Monologi i dyskusje - wciąż te same - mające pomóc w zrozumieniu i znalezieniu lekarstwa, a tak naprawdę nakręcające spiralę swym natręctwem. Równia pochyła.
Paradoksalnie "ciche dni" w domu stały się lekarstwem. Pozostawiona sama sobie, wściekła na cały świat, obrażona i zbuntowana. "Nie potrzebuję nikogo! Poradzę sobie sama!" - Bojowy okrzyk rozkapryszonej dziewczynki każe zerwać się bladym świtem z łóżka i biec realizując po drodze plan, który ma potwierdzić, że "A właśnie będzie tak jak ja chcę!" Głowa zaprzątnięta planowaniem nie ma już miejsca na roztrząsanie własnych stanów emocjonalnych. Życie pomału zaczyna przypominać życie, a nie jakąś papkę marazmu. Na wydętych w pogardliwym prychnięciu ustach coraz częściej pojawia się kpiący uśmieszek "Co, ja nie dam rady?"
Właściwie nic się nie zmieniło. Nadal nie ma czasu, nadal brakuje możliwości na łatwe spełnienie marzeń, wciąż finanse stanowią przeszkodę we właściwie wszystkim. Ale co z tego? "I tak zrobię swoje!"
Co można zrobić, kiedy nagle odkrywasz, że dwa tygodnie ślęczenia nad słownikiem odeszły w niebyt, bo przez pomyłkę nie zapisałaś pliku?
a) załamać się i uciec z płaczem pod kołdrę
b) skląć cały świat i znaleźć "winnego", bo "przez Ciebie tego nie zapisałam", po czym obrazić się i rzucić tę naukę w cholerę
c) westchnąć, zapalić papierosa, następnie otworzyć nowy plik i słownik:D

środa, 19 maja 2010

Nie pozwolę

Nie zrezygnuję z marzeń i pasji. Dla nikogo. Będę szczęśliwa. Z Wami, bez Was, a jeśli będzie trzeba to na przekór Wam.
Marzenia się spełniają. Wiem to przecież z autopsji. A ja swoim zamierzam pomóc. Moim orężem mój upór. Dzięki niemu zawsze się podniosę, bo upadnę przecież jeszcze nie raz.
Pora na wielkie pranie. Mózgu. Porządne wirowanie powinno wyrzucić z niego wszelkie przeszkody, które zamiast ominąć sama wyolbrzymiam do rangi "nie do pokonania". Robić swoje. Pomimo wszystko. Oto jedyna recepta

poniedziałek, 17 maja 2010

Spać!

Zwinąć się w kłębek pod kołdrą, zgasić światło i spać. Nie czuć bólu zęba, nie czuć zimna. Nie martwić się chorobą dziecka, nie analizować kłótni z Nieślubnym, nie rozpamiętywać głupich uwag szefa, zignorować pretensje rodziców.
Spać, niech nikt ode mnie nic nie chce. Spać, nie słyszeć nic. Spać i obudzić się w lepszym świecie

poniedziałek, 10 maja 2010

I to by było na tyle

wróciłam do punktu wyjścia albo i jeszcze gorzej. Nawet nie chce mi się stawać na wagę, wiem, czego mogę się spodziewać. Wpadłam w pułapkę braku motywacji - do lata jeszcze zbyt dużo czasu, by się spinać przesadnie. Wiem, zdziwię się za kilka tygodni, że to już, a ja dalej nie gotowa, ale nawet ta wizja nie potrafi mnie zmusić do działania. Pomyślę o tym jutro...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Podejście 58 - minął tydzień

Głodna nie chodzę, jest mnie ponad dwa kilo mniej. Dobrze idzie! Oby tak dalej! Wprawdzie tylko waga pokazuje jakąkolwiek zmianę, w obwodach, w ciuchach nadal to samo, ale czuję się o niebo lepiej, a to najważniejsze przecież. No to co? Jeszcze 13 zostało!

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Podejście 58. Dzień pierwszy.

Sobotnie zakupy były dla mnie koszmarem. Musiałam znaleźć coś w czym będę mogła pojechać na komunię bratanka. Znalezienie czegoś, co będzie się dopinało, nie będzie stanowiło ryzyka wystrzelenia komuś z guzika, a jednocześnie będzie się prezentować lepiej niż namiot było nie lada wyzwaniem. Mierzenie setnych par spodni, obserwowanie siebie w lusterkach przy tej okazji, było jak uderzenia batem: "patrz do jakiego stanu się doprowadziłaś" "jak się czujesz w roli tłustej świni"?
Na medal spisał się Nieślubny, który cierpliwie doradzał i był w tym szczery: "to ci tylko podkreśli to, co chcesz ukryć, w tym drugim wyglądasz lepiej".
Tak czy inaczej załamałam się. Mierząc potem w domu bluzki z zeszłego roku odkryłam, że żadna nie chce się dopiąć. Do tej pory myślałam, że tylko dołem mi się przybrało. Teraz naocznie stwierdziłam, że równie tłuste co nogi mam ramiona, że talia odpłynęła gdzieś w siną dal....
Popadam w obłęd. Drętwieję pod dotykiem ręki Nieślubnego. Od razu czuję jego obrzydzenie, bo co za przyjemność dotykać tłuściocha. On próbuje mnie przekonać, że to tylko ja mam z tym problem, że dla niego nic się nie zmieniło. No ale co ma powiedzieć?
Koniec z tym, nie mogę tak dłużej. Nie mogę unikać ludzi, dlatego,że wstydzę się siebie. A wstydzę się coraz bardziej. Koniec z wymówkami, że się nie da, że przecież jestem głodna, że cokolwiek... Schudnę za wszelką cenę. Nie ważne, że to już kolejne podejście, tym razem się nie poddam. Zmieszczę się w stare ciuchy i znów zacznę się czuć dobrze sama ze sobą i w swoim ciele, które nigdy nie było idealne, ale też nigdy nie doprowadzało mnie do takiej rozpaczy.
Wrzuciłam wczoraj w googla frazę "schudnąć 15 kg w dwa tygodnie" - tyle mam do zgubienia i tyle czasu do komunii. Oczywiście nie wierzę w taką możliwość bez zrobienia sobie krzywdy, ale byłam ciekawa czego się dowiem. I wyszukałam sobie dietę norweską, która podobno przynosi takie właśnie spektakularne efekty, choć ja nie wierzę, w to co piszą o braku skutków ubocznych. Ale doznałam natchnienia, mam już obmyślony sposób na swoje odżywianie, który powinien mi pomóc. Czy pomoże? Zobaczymy.
Darowałam sobie poranną kawę, tę pierwszą, podawaną do łóżka. Zamiast niej wypiłam szklankę wody z sokiem z cytryny. Przed wyjściem do pracy kawka z obniżoną zawartością cukru i moja nieśmiertelna owsianka. W pracy na jeden posiłek jabłko, na drugi grapefruit (ja nie miałam pojęcia, że grapefruity tak zapychają!) A w domku po pracy jajko na twardo bez dodatków. (Tak, bez majonezu!) Ciekawe, czy to cokolwiek da...

czwartek, 15 kwietnia 2010

Czekając na cud

Pamiętam strach, wstyd, ból, które były moją codziennością, gdy ojciec pił. Wydawało się, że żyję w koszmarze, z którego nie ma wyjścia. Modliłam się o cud, nie wierząc, że on kiedykolwiek nastąpi.
Pamiętam długie poszukiwanie pracy. Kolejnych pracodawców - oszustów, kolejnych wyzyskiwaczy, którzy za jedną pensję obsadzali mną trzy czy cztery stanowiska na raz. Poczucie beznadziejności własnej, kiedy wciąż czytałam te same ogłoszenia od firm, z których nikt nie odpowiadał na złożoną przeze mnie aplikację.
Pamiętam, jak dusiłam się, kiedy skrzydła dorastającego ptaka rwały się do opuszczenia gniazda, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wylot nigdy nie będzie możliwy.
Pamiętam wreszcie jak łaknęłam miłości. Jak lgnęłam do ludzi, wchodziłam w niemożliwe do utrzymania związki, pozwalałam się ranić i wykorzystywać.
Pamiętam morze łez wylanych z każdego z wymienionych powodów. Pięści zaciśnięte w niemym proteście, bezsilność, bunt, że ojciec, brak pracy, perspektyw, miłości, zabierają mi prawo do szczęścia.

I stał się cud. Ojciec wygrał walkę z nałogiem; pewnego dnia zadzwonił telefon i znalazła się praca. Miłość też przyszła z zupełnie niespodziewanej strony. Uwiliśmy sobie samodzielne gniazdko...

Dlaczego więc znów nie jestem szczęśliwa? Spełniły się wszystkie moje marzenia, doświadczyłam całej serii cudów, bo przecież nie wierzyłam, że kiedykolwiek moje życie się zmieni.
Dlaczego nie umiem się tym cieszyć? Dlaczego patrzę na świat przez pryzmat porażki? Nie taka praca, nie taki dom, nie taka miłość... Dlaczego brak mi energii by wstać rano z łóżka? Dlaczego obecność Nieślubnego traktuję jako oczywistą, zamiast się nią cieszyć? Dlaczego nie potrafię się już szczerze uśmiechać? Dlaczego do cholery nie jestem szczęśliwa?
Czekam znów cudu. będę szczęśliwa kiedy zmienię pracę, kiedy Nieślubny ustabilizuje swoją sytuację zawodową, kiedy dorobimy się własnego M, kiedy synuś dorośnie i zrozumie co jest ważne...

Boję się. Boję się, że wyczerpałam już limit cudów i następnych nie doczekam. Boję się, że nawet jeśli znów będę świadkiem kolejnych cudów, niczego to nie zmieni, bo znów będę chciała więcej. Boję się, że ja po prostu nigdy nie będę szczęśliwa, a okoliczności nie mają tu nic do rzeczy.

Czy mam szansę to zmienić? Zmienić siebie? Czy zdołam sama sobie zapalić w oczach światełko, które zgasło już dawno?

sobota, 3 kwietnia 2010

Wiosna

Wiosna
Przywitała mnie krótkim, choć intensywnym przeziębieniem. Wygrzebałam się z niego szybko i samodzielnie. Jak zwykle jednak pozostał mi intensywny kaszel, taki którego nie da się opanować. Ataki kaszlu i duszności wpłynęły na mój głos. Najpierw mówiłam jak rasowy menel, z czasem głos zaczął zanikać.
Nieślubny gnę”ił mnie o wizytę u lekarza - nie mógł patrzeć jak autentycznie się męczę. Wykorzystałam na wizytę w przychodni ostatni dzień zaległego urlopu za zeszły rok. Pani doktor orzekła, że w pracy nie mam szans odzyskać głosu. Dała antybiotyk, dwa dni zwolnienia i zalecenie: mało gadać, dużo pić.
Spadły mi te dwa wolne dni jak manna z nieba. Z wyjątkiem kaszlu i problemów z mówieniem nic mi nie było, za to zyskałam ogrom czasu na dokończenie porządków świątecznych. Udało mi się wysprzątać mieszkanie na błysk, tak jak chciałam. Nie udałoby mi się to, gdybym wychodzić na cały dzień do pracy.
Dzięki temu, dziś byliśmy ze wszystkim gotowi. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mogliśmy wybrać się z Nieślubnym na niespieszne, niestresujące, bardzo przyjemne zakupy (zostałam szczęśliwą posiadaczką nowych dżinsów!), a nawet na długi spacer. Odzwyczajeni od ruchu i świeżego powietrza umęczyliśmy się zdrowo.
Do świąt przystępuję z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, zadowolona z siebie i radosna. I oby ten iście wiosenny stan ducha trwał jak najdłużej, czego sobie i wszystkim z okazji świąt życzę!

czwartek, 18 marca 2010

Albo albo

Plan jest. Ambitny i mający do prowadzić do tego, że wreszcie poczuję się dobrze ze sobą. Tylko z realizacja jakoś kiepsko. Niby ogarnę mieszkanie przed wyjściem do pracy, ale co z tego. Co dzień to samo, jak w dniu świstaka, ani centymetra do przodu.
Być może Nieślubny ma rację, że ja za dużo chcę, i potem jestem nieszczęśliwa, że mi się nie udaje osiągnąć tego, co sobie zaplanowałam.
Być może "winni" są chłopcy, bo za późno wychodzą z domu. Jakoś najlepiej mi się sprząta pusty dom. Przy nich nie dość ze ruszam się niemrawo, to jeszcze jestem wściekła, że mi się pętają pod kończynami. Więc z reguły przy nich niewiele robię, bo po co sobie nawzajem działać na nerwy.
Być może po prostu nie da się w ciągu 1,5 godziny (bo tyle mniej więcej mam czasu) ogarnąć mieszkania, odpękać porannej gimnastyki, zrobić śniadania, poprasować, ugotować i posprzątać coś ekstra (święta!)I zamiast się złościć, powinnam się z tym pogodzić, albo z czegoś zrezygnować?
Wcześniejsze wstawianie nie wchodzi w grę, bo niczego nie rozwiązuje - i tak nie zacznę, dopóki nie pozbędę się chłopców z domu.
A być może powinnam po prostu wziąć dupę w troki? Czas czasem a jego brak faktem, ale...
Kto powiedział, że po osiemnastej świat się kończy i można już tylko pójść spać (po obejrzeniu wszystkich seriali of course)? Kto powiedział, że w pracy, kiedy nie ma nic do roboty, trzeba czytać jakieś bzdury w Internecie, albo plotkować z dziewczynami na wciąż te same tematy?
Chcę mieć porządek w domu, tymczasem od tygodnia straszy mnie z fotele sterta ciuchów czekających na wyprasowanie. Jakoś co dzień jestem zbyt zmęczona, by się za to zabrać i ciągle wierzę, że jutro będzie lepiej. Wkurzam się, że grecki leży odłogiem, a od miesiąca nie zajrzałam do słówek, ani nie przesłuchałam lekcji... Nic. Chcę schudnąć. Pewnie dlatego wczoraj sobie zamówiłam makaron z czterema serami - super bomba kaloryczna, ale "od jutra się poprawię!"
Bez sensu, znów wpadłam w te samą głupią pułapkę, co zawsze. Zamiast coś robić, siedzę i narzekam, że się nie da. Rzeczywiście, nie da się tak jak bym chciała - zrobić wszystko rano, a wieczorem mieć spokój. Rzeczywiście nie da się mieć wszystkiego, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co jest ważniejsze. Święty spokój, czy figura, wiedza i porządek.
Proste, nie? albo się weź do roboty babo, zamiast marudzić, albo nie rób jak ci się nie chce, ale nie marudź. Z uwagi na to, że zaczynanie "od jutra" nie działa, zaczynam już. Natychmiast!

niedziela, 14 marca 2010

Odcinek cztery miliony siedemset dziewięćdziesiąt cztery tysiące osiemset pięćdziesiąty szósty

Życie rozlazło się ostatnio strasznie. Smutek, niemoc, i stagnacja, znikąd nadziei. Ciemność, zero energii by żyć, walczyć o cokolwiek. Koło fortuny przeturlało się jednak w końcu. Niemrawo dosyć, bo żadnych rewelacji na horyzoncie nie widać, ale ważne że coś drgnęło.
Przez ostatni tydzień po prostu przeżywałam ten fakt. Od rozpaczy i rozczarowania, że Fortuna skręciła jednak nie tak jak ja bym chciała, do akceptacji tego co jest, po radość, że w końcu jakiś ruch nastąpił. Nie zawracałam sobie głowy dyrdymałami typu sprzątanie (po co, skoro nikomu poza mną bałagan nie przeszkadza?) czy gotowanie (w sklepach tyle gotowego żarcia, że aż szkoda się wysilać). Ale i na taki stan musiał nadejść kres.
Wczoraj po pracy udało mi się strzelić dwa prania i wysprzątać dość dokładnie salon. Gotować nie musiałam, bo Misza jadł u dziadków, a nam nie zależało, każdy coś tam skubnął.
Dziś kolejne pranie, obiad + część obiadu na jutro, trochę prasowania, posprzątana łazienka i toaleta. Jednym słowem odgruzowałam się z najgorszego syfu i teraz mogę przystąpić do metodycznego sprzątania na święta...
Bo po raz n-ty postanowiłam zostać doskonale zorganizowaną panią domu, znaleźć czas na hobby, dbanie o siebie itp. Na dzień dzisiejszy jestem z siebie dumna, bo pralkę mam załadowaną, by tylko rano ją włączyć, niech pracuje, a ja mam poczucie, że coś idzie do przodu. Kuchnia na wieczór uprzątnięta, więc jutro nie będę musiała tego rano robić. Tylko, że zanim to wszystko zrobiłam, zrobiło się strasznie późno. Jak znam życie, to jutro zaśpię i cały misterny plan szlag jasny trafi... Cóż, przekonam się za parę godzin, na razie jeszcze wierzę w sukces!

wtorek, 9 marca 2010

Sama

Dobrze mi samej ze sobą, Wiedziałam, że tęsknię za taką chwilą, nie wiedziałam, że aż tak bardzo. Dobrze mi jak nigdy. Na tych gruzach, w tym bałaganie, z kolejną kawą i papierosem, z poczuciem, że nic nie muszę, że mam wszystko gdzieś. Gdzieś na dnie mózgu tli się moje "kurodomownictwo", które pcha w kierunku pozmywania garów, czy ogarnięcia mieszkania. Bardziej jako chęć niż jako wyrzut sumienia.
Nie ruszam nic. Od brudnego domu świat się nie zawali. A to jest MOJA CHWILA!

piątek, 5 marca 2010

Staczam się na dno. I uchodzi mi to na sucho

Kiedy wydawać by się mogło, że gorzej być nie może, kiedy podnoszę się w końcu, by żyć pomimo wszystko, Świat natychmiast stara się udowodnić mi bezsensowność moich działań. Dzieje się coś, co znów podcina mi nogi i sprawia, że ląduję z pyskiem w błocie beznadziei i bezsilności.
Nie mogę już. Gasnę w oczach. Potrzebuję promyka słońca, które każe wstać z łóżka i iść naprzód. Bo dziś nie wiem dokąd i po co mam iść.
Potrzebuję powodu dla którego trzeba otworzyć rano oczy,bo dziś chciałabym zasnąć i nie obudzić się więcej.To już nie rozpacz, to stan zobojętnienia i odrętwienia. Nawet już nie bardzo chce mi się z niego wyrwać...

wtorek, 23 lutego 2010

Słowotok

Słowa kotłują mi się w duszy tworząc niemożliwą do rozsupłania plątaninę. Szukając ujścia, chcą wyjść na powierzchnię, wymknąć się każdym porem skóry. Nie panuje nad nimi umysł, jak kokon szczelnie opleciony prawdziwymi i wyimaginowanymi problemami. Organizm oczyszcza się ze słów bez udziału świadomości. Rzygam nimi na klawiaturę. Emocje, myśli z ostatnich tygodni. Jak po imprezie. Jeśli nie zadbasz o umiar - zwrócisz w końcu całe menu. Ale kto w takiej sytuacji przejmuje się zawartością?

poniedziałek, 22 lutego 2010

Otwórz oczy...

... bo jesteś świadkiem cudu. Oto na Twoich oczach rodzi się przyjaźń. Oto znów na Twej drodze postawiono odpowiedniego człowieka, właśnie tedy, kiedy najbardziej go potrzebowałeś.
Otwórz uszy, by w zgiełku codzienności móc usłyszeć wołanie o pomoc. Masz dług wobec Świata.
Otwórz serce, by inni mogli czerpać ze źródeł miłości.
Otwórz umysł, by zrozumieć cel. Nawet jeśli to przypadek, czy zbieg okoliczności, on na pewno czemuś służy.
Podarowano Ci coś. Zupełnie za darmo. Wykorzystaj to!

niedziela, 21 lutego 2010

Zima

Śnieg przykrył świat grubą białą puchową i zimną pierzyną. Dni składają się wyłącznie z burych poranków i czarnych wieczorów. Była cudnym kwiatem w jego dłoniach, lecz zastygła w bezruchu jak brudna brudna pryzma śniegu na poboczu drogi. Nie roztopi jej gorąca kawa, którą jej podaje. Bez szczypty czułości ma podły smak.
Ciemno i cicho. Nie słychać już śmiechu i przekomarzania. Zimno bo tylko czasem obijają się o siebie zderzając przypadkiem na wspólnej przestrzeni. Nie ocierają się już o siebie zmysłowo w ciasnym korytarzu.
Tęskni za nim. Wołała go nie raz. Nie słyszał w naciągniętej na uszy czapie. Zachrypła zupełnie i straciła głos.
Nie chce czekać do wiosny z nadzieją, że ta oświetli i ogrzeje ich dom. Za bardzo boi się, że do tego czasu zamarzną nieodwracalnie.
Brak jej sił, bi ciągnąć go bezwolnego za sobą. Nie uniesie bezwładnego mężczyzny na swoich barkach. Musi więc sama iść na spotkanie wiosny i liczyć na to, że on się obudzi i pójdzie za nią.

sobota, 20 lutego 2010

Nie mam czasu

Coraz częściej i coraz bardziej boję się, że pewnego dnia obudzę się i okaże się, że jestem starą kobietą u schyłku życia i że jest już za późno na cokolwiek. Na marzenia, plany, pasje.
Zachłanna jestem. Tyle chcę wyszarpać od życia, tyle przeczytać, zobaczyć, dowiedzieć się, nauczyć, napisać.
Ładnie zaczęłam Nowy Rok. Skreśliłam z Listy Rzeczy Do Zrobienia parę istotnych punktów. A potem coś niedobrego się stało. Wpadłam w wir błędnych kół "nie mam siły", "nie da się", "jutro", "jak Nieślubny znajdzie pracę", "jak będzie więcej kasy", "jak schudnę", "na urlopie", "jak się wyśpię"...
I tak mija dzień za dniem i coraz trudniej wydostać się z pętli niemocy. I coraz większego wysiłku wymaga najzwyklejszy uśmiech, bo nie mam czasu na cokolwiek co mnie cieszy.
A to nie tak!
Nie mam czasu na czekanie na lepszy czas. On nie nadejdzie, bo najlepszy czas jest teraz. Dziś. W tej chwili.
Czas na decyzje - albo czegoś chcę od życia i wyszarpię to, albo godzę się z tym, co mam i nie narzekam. Więc jak?

piątek, 19 lutego 2010

Come back

Uczę się. Całe życie. Myślałam, że wiem już wszystko. Ta pycha mogła mnie zgubić. Podstępnie i niezauważalnie. Kazała mi wierzyć, poddać się rzeczywistości bez walki. Zasłoniła oczy apaszką miłości, dlatego nie widziałam, jak dzień po po dniu przestaję kochać siebie.
Patrzę dziś w lustro i widzę brzydką, grubą, zmęczoną kobietę. Zaglądam w jej umysł - pustka. Zaglądam w jej serce i widzę ogromny smutek. Zaglądam w jej duszę i widzę strach.
Zdejmuję z oczu apaszkę zawiązaną przez miłość. Patrzę w lustro jeszcze raz. Tym razem dostrzegam coś jeszcze. Tam na dnie duszy ledwo tli się maleńka iskierka. Iskierka życia, iskierka, która pali światło w oczach, wplata wiatr we włosy. Ona każe biec wciąż naprzód, chcieć wciąż więcej. Uśmiechać się do płatka śniegu i śmiać się na całe gardło z życia i do życia. Nie pozwolę jej zgasnąć. Sprawię by ja i ta w lustrze znów stały się jednością.
Pokocham siebie na nowo. Tylko wtedy będę prawdziwie kochać jego. Bez apaszki na oczach. Tylko wtedy on będzie mógł pokochać mnie znów. Łatwo nie będzie. Zbyt ważna jestem dla siebie samej, by prosić o jego miłość. O to, by ze chciał być ze mną, nie obok mnie. Czy zechce? Nie wiem. Wszystko w rękach czasu.
Odrzucam koc, prostuję kości zwinięte dotąd w kłębek. Wstaję z łóżka, podchodzę do okna. Otwieram je zamaszystym ruchem by nabrać w płuca życiodajnego tlenu. I krzyczę ile sił.
Życie! Wróciłam! Słyszysz???

piątek, 12 lutego 2010

O co chodzi?

Zadzwoniła szefowa - jak to ona - podczas największego natłoku klientów i spytała, czy mam jakiś pomysł na załatwienie sprawy tych moich nieszczęsnych przepracowanych sobót oraz, czy podpiszę jej zaległe listy obecności, jeśli mi za te nadgodziny wypłaci. Ba, pewnie, że podpiszę. Nie mam ciśnienia, by komukolwiek robić kuku. Jak ona wyprostuje sprawę, to i ja uznam ją za zamkniętą.
Kilka godzin później odwiedził mnie znajomy z pytaniem o radę i opinię. Bowiem moje szefostwo zadzwoniło do niego z propozycją pracy. Zaoferowali rewelacyjne warunki finansowe, bo miałby zastąpić dwie pracujące w tamtym oddziale firmy dziewczyny.
Telefon szefowej był dla mnie szczerze mówiąc dużym zaskoczeniem. W najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że sama kiedykolwiek wróci do tematu. Jednak zastanawiam, się, czy dwa powyższe wydarzenia mają ze sobą związek. Ciekawe, czy przypadkiem, nie zanosi się na to, że szefowa chce wyczyścić sytuację i się mnie pozbyć. Może to z mojego oddziału ktoś ma polecieć?
Cóż, dopóki nie dostanę wypowiedzenia, nie zamierzam się martwić i katować wizjami ewentualnego przedłużającego się bezrobocia. Na razie patrzę na to tak, że nawet jeśli do tego dojdzie, to będę miała kopniaka, motywację do zmian, których i tak przecież pragnę.
Znajomy to dobry chłopak, powiedziałam mu szczerze, jakie widzę plusy i minusy tej pracy. Decyzję musi podjąć sam. Jeśli chcą mnie zwolnić, to zrobią to niezależnie od tego, czy on przyjmie ich ofertę.
Ciekawa jestem niezmiernie, jak to się skończy. Na razie muszę jeszcze przetrwać poniedziałkowe szkolenie, a potem zaczynam urlop. Nie mam zamiaru psuć go sobie, zastanawianiem się, czy będę miała dokąd wrócić za dwa tygodnie

niedziela, 3 stycznia 2010

Świąteczne szczęście 2

Wiedziałam, że to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Plan Przedświątecznych Porządków zrobiony. Realizowany krok po kroku. Z niewielkim nakładem sił, za to z narastającym poczuciem satysfakcji, kiedy wykreślałam, kolejne wykonane zadania z terminarza. Nawet żadna obsuwa w stosunku do Planu nie wyprowadzała z równowagi, ponieważ nadrabiałam wszystkie zaległości bez problemu.
I wtedy ten cholerny ząb przewrócił życie do góry nogami. W takim stanie nie można myśleć, a co dopiero działać. Kilka dni zwolnienia z pracy w niczym nie pomogło. Uziemiona w domu wypuszczałam się tylko na wizyty lekarskie, nie było mowy o jakichś porządnych zakupach. W chwilach lepszego samopoczucia udało mi się odfajkować Najważniejsze z Ważnych pozycje na liście "Do Zrobienia". Wiedziałam, że się nie wyrobię, chyba, że stanę się odpornym na ból cyborgiem. Sama nie umiem się zorganizować, więc tym bardziej niewykonalne było rozdysponowanie zadań między chłopców. Musiałam pogodzić się z faktem, że nie dam rady dopiąć wszystkiego tak, bym mogła być zadowolona. Żaliłam się Nieślubnemu. Uspokajał mnie, że skoro źle się czuję, to nikt niczego ode mnie nie wymaga. Mało tego. wystarczyło tylko odrobinę nim pokierować i właściwie przejął moje wszystkie codzienne obowiązki.
Machnęłam w końcu ręką. Postanowiłam pogodzić się z byle jakimi świętami, choć było mi strasznie przykro, że znów się nie udało.
I znów sytuację uratował Nieślubny. W Wigilię wyszłam do pracy zostawiając w mieszkaniu codzienny rozgardiasz, a wróciłam do czyściutkiego świątecznego domu. Wszytko to, na czym mi zależało dopiął na ostatni guzik.
Wigilia u rodziców dokładnie taka, jaka powinna być. Ciepła, rodzinna i spokojna... Nawet pośpiewaliśmy przez chwilę kolędy, gdy tata na prośbę Nieślubnego wyciągnął akordeon. Niesamowite, nigdy wcześniej, przez tyle lat nie kolędowaliśmy. I prezenty wszystkim się podobały... Zakneblowałam w tym roku mojego wewnętrznego skąpca. masa oszczędności odeszła w niebyt. Wszystko przez komputer, który zdecydował się paść w najmniej odpowiednim momencie. A skoro już rozwiązałam oszczędnościową "skarpetę" to poszłam niemal na całość i postanowiłam zacząć się martwić finansami od przyszłego roku.
Kiedy późno w nocy zasypiałam wtulona w Nieślubnego nie miałam żadnych wątpliwości. Można być niesamowicie szczęśliwym mając kłopoty, niespełnione pragnienia i masę powodów do zmartwień i narzekanie. Właśnie to czuję. Jestem szczęśliwa!

sobota, 2 stycznia 2010

Smutno

Przykro się zaczął rok dla mojego synka. Znalazł dziś swojego chomika martwego. Pierwszy raz w życiu musiał pożegnać przyjaciela na zawsze. Dla mnie to też było trudne. Mój zbuntowany, wiecznie pyskujący prawie-nastolatek, na powrót stał się małym, bezbronnym, nieszczęśliwym chłopczykiem, którego po prostu trzeba pocieszyć. Ale jak znaleźć słowa pocieszenia w obliczu śmierci? Mogłam tylko przytulać, kołysać i głaskać, być i płakać razem z nim. Posprzątać niepotrzebną już klatkę, by nie obciążać dziecka dodatkowo.
Modlę się, by serce, intuicja nigdy nie pozwoliły mi zawieść syna w takich chwilach...