niedziela, 20 grudnia 2009

W oparach absurdu (4)

Wyniosłam z domu zasadę, że z byle czym do lekarza się nie idzie, bo po co komuś zawracać głowę, skoro witaminę C, aspirynę i wapno mogę sobie zaaplikować sama. Katar, kaszel i poczucie ogólnego rozbicia to niewystarczający powód by nie przyjść do pracy. Z powyższych przyczyn nigdy nie byłam na zwolnieniu lekarskim. Nie przepadam też za ludźmi, którzy wykorzystują każdą okazje, by zrobić sobie wolne. Nie znoszę takiego kombinowania.
Ten nieszczęsny ból zęba dopadł mnie w okresie przedświątecznym, który wcale nie jest czasem radosnego wyczekiwania. Przeciwnie - to nerwy, pretensje, pośpiech. Szczególnie u mnie w pracy. Siedzę dzielnie, uśmiecham się, mimo że chce mi się wyć. Ale przecież nie pójdę na L-4 z powodu zęba i to jeszcze teraz. Kto mnie zastąpi, jak roboty jest tyle, że w pełnym składzie nie wyrabiamy?
A tu klient, któremu poprzedniego dnia 45 minut tłumaczyłam co i jak, pokazywałam dostępne opcje, tłumaczyłam co zyska, a co straci na każdej z nich. Dziś wrzeszczy i klnie, że on chciał inaczej (tylko że tłumaczyłam mu, że tak jak on chce się nie da i wybrał opcję najbardziej zbliżoną do swojej wizji). Próbuję mu tłumaczyć, ale on nie słucha, przyszedł sobie powrzeszczeć a nie rozwiązać problem.
Za chwilę drugi. Żąda rzeczy niemożliwych. Tłumaczę grzecznie dlaczego nie jestem w stanie dać mu czego chce. W niewybrednych słowach próbuje mi wmówić, że skoro on CHCE to tak ma być.
Nie mam czasu na takie przepychanki, bo kolejka czeka. Ucinam takie rozmowy, bo nie mają sensu i zajmuję się resztą klientów.
Pod koniec dniówki szef przez telefon oznajmia mi, że klienci się na mnie skarżą (jestem nieuprzejma i nie da się ze mną dogadać). Grozi zwolnieniem. Nie przedstawił konkretnych zarzutów tym samym nie dał szansy na obronę. Zostaję bez słowa.
Noc nieprzespana. Z bólu wyję i gryzę ściany. Wtedy podejmuję decyzję. Dość tego! Nie będę się poświęcać i przejmować firmą, która traktuje mnie jak śmiecia. Nie będę cierpieć w pracy, pozwalać żeby ludzie mnie obrażali i w zamian jeszcze zbierać reprymendy. To ja jestem najważniejsza. Muszę pokazać zęba dentyście nie czekając, aż znajdę na to czas.
Szefowa oczywiście niezadowolona na wieść, że nie przyjdę do pracy i wcale jej się nie dziwię. "A kogo ja mam za ciebie wysłać?"
Przykro mi to nie jest mój problem, ja nie jestem maszyną i mam prawo zachorować. Dotąd nigdy z tego prawa nie korzystałam, pomimo, że "okazje" ku temu były. Nie raz pracowałam na ostatnich nogach stawiając pracę ponad swoim zdrowiem.
Szef sądząc, że się obraziłam za reprymendę, sugeruje bym nie kombinowała. Myśli, że idę na L-4 bo zwrócił mi uwagę. Tłumaczę mu, ze jest na odwrót. To dlatego, że dotąd nic nie zrobiłam z tym zębem, nie mogę normalnie funkcjonować i mieć więcej cierpliwości dla klientów.
W ciągu dnia jeszcze jeden telefon od szefowej. Mam nie brać L-4 a tę niedyspozycję odrobię w soboty. I pluję sobie w brodę, że się nie odezwałam, że nie zaśmiałam się jej w twarz, bo przy sobotach, które przepracowałam za darmo, ona ma czelność kazać mi cokolwiek odrabiać. Zmilczałam. Wracając od lekarza wstąpiłam do firmy, rzuciłam L-4 na biurko bez słowa.
W sumie miałam trzy dni + weekend wolnego. Większość przespałam naćpana tabletkami, ale zresetowałam się też trochę, dzięki czemu w poniedziałek nadal trochę obolała mogłam wrócić na "front". Ciągle jednak przeraża mnie ich kombinatorstwo i mierzenie ludzi własną miarą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz