poniedziałek, 14 grudnia 2009

W oparach absurdu (2)

Kiedy przez kilka miesięcy pracowałam w głównej siedzibie firmy, mogłam docenić spokój, jaki miałam wcześniej. Przebywanie na co dzień z szefem było wybitnie męczące.
Ten człowiek jest tak wybitnie zakręcony, że ja w stanach najwyższego swojego przyspieszenia jestem totalnym żółwiem. Szef ma milion pomysłów na minutę a każdy do natychmiastowej realizacji. Jego obsługa klienta jest dla mnie absolutnie niepojęta. Mówi o wszystkim na raz i o niczym dokładnie. Kompletny chaos.
Na swoje szczęście dość szybko wróciłam "do siebie" na stanowisko, gdzie właściwie sama sobie jestem szefem, w tym sensie że sama decyduję o tempie racy, o priorytetach. Wiadomo, priorytetem zawsze jest klient, ale cała reszta to kwestia moich decyzji i mobilizacji.
Niestety efekty działań i charakteru mojego szefa dosięgają mnie czasem nawet na odległość. Po moim powrocie z letniego urlopu szef natychmiast do mnie zadzwonił, cały podekscytowany tym, jaką to mamy rewelacyjną promocję, jakie on zna niesamowite sposoby na jak najbardziej efektywną sprzedaż.
Durna baba, przecież go znam, wiem jaki jest. Trzeba było siedem razy wszystko sprawdzić, a ja po prostu przyjęłam za pewni to, co mówił i działałam jak kazał.
Kłopoty zaczęły się, kiedy klienci przychodzili pozałatwiać pewne sprawy i okazało się, że się nie da. Wtedy dopiero padły magiczne słowa: "Te promocje się nie łączą". Okazało się, że drugi oddział firmy doskonale o tym wiedział. Ale oni uczyli się promocji tradycyjnie, a nie przez szefa, do którego natychmiast zadzwoniłam i który ode mnie dowiedział się, jak to naprawdę wygląda. Na moje pytanie, co mam powiedzieć klientom, którzy będą przychodzić ze słusznymi pretensjami, usłyszałam od szefowej: "No musisz ponosić konsekwencje swoich (!) błędów".
I tak też się stało. Klienci przychodzili, większość udało się przekonać, że takie rozwiązanie jakie mają, jest dla nich korzystne, ale jedne trafił się wyjątkowo uparty. Szefowie zdecydowali, że zrekompensują mu stratę, którą poniósł. Łatwo im poszło, ponieważ pokryli sobie ten koszt z mojej premii. Po prostu poinformowano mnie telefonicznie o decyzji. Znów zaskoczyli mnie swoją bezczelnością, jak zwykle zadzwonili przy klientach, a jedyne słowa, które byłam w stanie wypowiedzieć nie należały do cenzuralnych i dopuszczalnych w stosunku do szefów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz