Coraz częściej kolejne pomysły moich szefów doprowadzają mnie do rzadko spotykanego stanu zapomnienia języka w gębie. Za każdym razem, ręce opadają, otwieram, szeroko oczy, bo taka bezczelność wciąż jest dla mnie niewiarygodna.
Wspominałam już, że szefowa wprost oświadczyła mi, że nie zamierza zapłacić za moje nadgodziny (125 przepracowanych sobót oraz sześć dni zaległego urlopu z powodu błędnego naliczenia). Wściekła jestem, ale co właściwie mogę zrobić. PIP? Sąd? Ok, nawet jeśli odzyskam swoje, może nawet jakieś odszkodowanie. A co dalej? Na jak długo starczy tych pieniędzy? Bo przecież jasne jest, że nie będzie dało się dalej tam pracować. A ona korzysta z mojej bezradności.
Mało tego. Do tej pory pracowałam za najniższą krajową (oficjalnie) + reszta do ręki + ewentualne premie. W ramach robienia porządków w sprawach pracowniczych szefowa postanowiła to zmienić. W rozmowie telefonicznej ustaliła ze mną, że podniesie mi wynagrodzenie brutto, a netto będę zarabiać tyle samo, co do tej pory. Z pewnych względów, to rozwiązanie nie do końca była dla mnie atrakcyjne (tracę na tych zmianach ok. 250 zł miesięcznie), ale to już w końcu nie szefowej problem, tylko mój, więc nie dyskutowałam.
Pewnego pięknego dnia szefowa wpadła do mnie, jak zwykle jak po ogień. Podsunęła papiery do podpisania i znikła. Mea culpa, nie popatrzyłam dokładnie. Okazało się, że w aneksie jest o 100 zł netto mniej niż się umawiałyśmy. Więc jestem już 350 zł miesięcznie do tyłu. I co mi z tego, że mam podniesione wszystkie składki, skoro do ginekologa czy dentysty (właściwie jedyni lekarze, których odwiedzam regularnie) i tak chodzę prywatnie ze względu na godziny pracy? A emerytura - czy ja do niej w ogóle dożyję? Co mi z tego, skoro fizycznie zarabiam mniej niż do tej pory?
Co ciekawe, w tym aneksie do umowy, w rubryce "wynagrodzenie" stoi czarno na białym: kwota brutto + premia. A temat premii w naszej firmie wygląda tak, że ni stąd ni z owąd dzwoni szefowa i mówi: "za miesiąc... masz tyle i tyle premii, minus 18% podatku, czyli weź sobie z kasy tyle i tyle". Kiedy zostanie wypłacona premia, w jakiej wysokości i na jakiej podstawie jest naliczona oraz co to za tajemniczy podatek, tego nikt nie wie.
Szefowa ma zadziwiające wyczucie i zawsze zadzwoni ze swoimi rewelacja wtedy, kiedy mam tłum klientów. A ja ciągle jestem zbyt porządna czy lojalne, by przy "obcych" drążyć temat. Cóż... "Grzeczne dziewczynki idą do nieba..."
Zresztą ja nie mam sił na walkę z wiatrakami. Po ludzku nie da się tego załatwić, na pracę jestem skazana, dopóki nie znajdę czegoś lepszego. Czekam na dobry czas i staram się nie tracić nadziei, że on kiedykolwiek nadejdzie.
Wspominałam już, że szefowa wprost oświadczyła mi, że nie zamierza zapłacić za moje nadgodziny (125 przepracowanych sobót oraz sześć dni zaległego urlopu z powodu błędnego naliczenia). Wściekła jestem, ale co właściwie mogę zrobić. PIP? Sąd? Ok, nawet jeśli odzyskam swoje, może nawet jakieś odszkodowanie. A co dalej? Na jak długo starczy tych pieniędzy? Bo przecież jasne jest, że nie będzie dało się dalej tam pracować. A ona korzysta z mojej bezradności.
Mało tego. Do tej pory pracowałam za najniższą krajową (oficjalnie) + reszta do ręki + ewentualne premie. W ramach robienia porządków w sprawach pracowniczych szefowa postanowiła to zmienić. W rozmowie telefonicznej ustaliła ze mną, że podniesie mi wynagrodzenie brutto, a netto będę zarabiać tyle samo, co do tej pory. Z pewnych względów, to rozwiązanie nie do końca była dla mnie atrakcyjne (tracę na tych zmianach ok. 250 zł miesięcznie), ale to już w końcu nie szefowej problem, tylko mój, więc nie dyskutowałam.
Pewnego pięknego dnia szefowa wpadła do mnie, jak zwykle jak po ogień. Podsunęła papiery do podpisania i znikła. Mea culpa, nie popatrzyłam dokładnie. Okazało się, że w aneksie jest o 100 zł netto mniej niż się umawiałyśmy. Więc jestem już 350 zł miesięcznie do tyłu. I co mi z tego, że mam podniesione wszystkie składki, skoro do ginekologa czy dentysty (właściwie jedyni lekarze, których odwiedzam regularnie) i tak chodzę prywatnie ze względu na godziny pracy? A emerytura - czy ja do niej w ogóle dożyję? Co mi z tego, skoro fizycznie zarabiam mniej niż do tej pory?
Co ciekawe, w tym aneksie do umowy, w rubryce "wynagrodzenie" stoi czarno na białym: kwota brutto + premia. A temat premii w naszej firmie wygląda tak, że ni stąd ni z owąd dzwoni szefowa i mówi: "za miesiąc... masz tyle i tyle premii, minus 18% podatku, czyli weź sobie z kasy tyle i tyle". Kiedy zostanie wypłacona premia, w jakiej wysokości i na jakiej podstawie jest naliczona oraz co to za tajemniczy podatek, tego nikt nie wie.
Szefowa ma zadziwiające wyczucie i zawsze zadzwoni ze swoimi rewelacja wtedy, kiedy mam tłum klientów. A ja ciągle jestem zbyt porządna czy lojalne, by przy "obcych" drążyć temat. Cóż... "Grzeczne dziewczynki idą do nieba..."
Zresztą ja nie mam sił na walkę z wiatrakami. Po ludzku nie da się tego załatwić, na pracę jestem skazana, dopóki nie znajdę czegoś lepszego. Czekam na dobry czas i staram się nie tracić nadziei, że on kiedykolwiek nadejdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz