Nie jestem wyjątkiem i - jak chyba każdy boję się dentysty. A może właśnie jestem, bo mój strach ociera się o panikę. Zaczęło się w podstawówce, kiedy leczenie kanałowe tak dało mi w kość, że przed kolejną wizytą zwyczajnie - i pierwszy raz w życiu - płakałam ze strachu. Po tym koszmarze opuściłam gabinet stomatologiczny na bardzo długo. Wróciłam po latach, już w trakcie studiów. Postanowiłam wziąć się za siebie i usunąć pozostałość po leczonym kiedyś zębie. Plomba wypadła, to co z niej zostało, kruszyło się. Chciałam zapobiegawczo zrobić z tym porządek, zanim cokolwiek zacznie boleć. W nagrodę za odwagę wycierpiałam się okrutnie na fotelu, potem w nocy wyłam z bólu, by n a koniec dowiedzieć się, że pani doktor nie usunęła korzenia. I to mnie zniechęciło na dobre. Znów obraziłam się na stomatologię śmiertelnie.
Czasem coś bolało. Ćpałam tabletki jak świnia kartofle. Cierpiałam i modliłam się by przeszło. Śniłam koszmary o tym, jak ni stąd ni zowąd zaczynam wypluwać do garści kolejne zęby. Na samą myśl o wizycie w gabinecie doznawałam trzepotu serca i nagłego zwiotczenia mięśni nóg.
Dopiero pojawienie się w moim życiu Nieślubnego spowodowało zmianę podejścia do sprawy. Było mi przy nim wstyd za stan mojego uzębienia. Żartowałam sobie z nim, że musimy coś z tym zrobić, bo będzie miał "dziewczynę bez zęba na przedzie". Oczywiście, jak to u nas, długo kończyło się na samym gadaniu. Jednak jego i moje nieprzespane noce, stosy pożeranych tabletek wymusiły męską decyzję. Myślę, że gdyby nie zaczął chodzić ze mną do dentysty - sama jeszcze przez lata nie przemogłabym się. To dzięki niemu, dzięki jego obecności zaczęliśmy chodzić tam regularnie, pozbyłam się w końcu tych pozostawionych kilka lat temu korzeni, wieloletniej zaniedbanej dziury w jedynce, która również spędzała mi sen z powiek. Już nawet potrafię iść na wizytę sama, nie trzeba mnie już doprowadzać.
Wydawać by się mogło, że idzie ku dobremu, że aż bezsensem jest rozwodzenie się nad tym. Nic bardziej mylnego. Po raz kolejny mam dowód na to, że stomatolog to ZŁO. Jest sobotni wieczór, święta za pasem. Mieszkanie znów porasta kurzem, lodówka pusta, lekcje na bloga patrzą na mnie z wyrzutem. A ja siedzę zaćpana tabletkami i zastanawiam się jak przeżyć jeszcze dwa dni, zanim będę mogła pójść na kolejną, czwartą już, wizytę z tym samym zębem. I modlę się, by to się wreszcie skończyło, bo kolejnego tygodnia bólu nie wytrzymam.
Nie wiem, jak przetrwam poniedziałek w pracy. A muszę iść. Pani doktor przyjmuje dopiero wieczorem, a bezczynnie - sam na sam z własnym bólem - nie wytrzymam całego dnia.
A może ten ból też ma swój sens i cel? Może kiedy się go w końcu pozbędę, przestanę się doszukiwać problemów tylko zwyczajnie zacznę cieszyć się życiem?
Czasem coś bolało. Ćpałam tabletki jak świnia kartofle. Cierpiałam i modliłam się by przeszło. Śniłam koszmary o tym, jak ni stąd ni zowąd zaczynam wypluwać do garści kolejne zęby. Na samą myśl o wizycie w gabinecie doznawałam trzepotu serca i nagłego zwiotczenia mięśni nóg.
Dopiero pojawienie się w moim życiu Nieślubnego spowodowało zmianę podejścia do sprawy. Było mi przy nim wstyd za stan mojego uzębienia. Żartowałam sobie z nim, że musimy coś z tym zrobić, bo będzie miał "dziewczynę bez zęba na przedzie". Oczywiście, jak to u nas, długo kończyło się na samym gadaniu. Jednak jego i moje nieprzespane noce, stosy pożeranych tabletek wymusiły męską decyzję. Myślę, że gdyby nie zaczął chodzić ze mną do dentysty - sama jeszcze przez lata nie przemogłabym się. To dzięki niemu, dzięki jego obecności zaczęliśmy chodzić tam regularnie, pozbyłam się w końcu tych pozostawionych kilka lat temu korzeni, wieloletniej zaniedbanej dziury w jedynce, która również spędzała mi sen z powiek. Już nawet potrafię iść na wizytę sama, nie trzeba mnie już doprowadzać.
Wydawać by się mogło, że idzie ku dobremu, że aż bezsensem jest rozwodzenie się nad tym. Nic bardziej mylnego. Po raz kolejny mam dowód na to, że stomatolog to ZŁO. Jest sobotni wieczór, święta za pasem. Mieszkanie znów porasta kurzem, lodówka pusta, lekcje na bloga patrzą na mnie z wyrzutem. A ja siedzę zaćpana tabletkami i zastanawiam się jak przeżyć jeszcze dwa dni, zanim będę mogła pójść na kolejną, czwartą już, wizytę z tym samym zębem. I modlę się, by to się wreszcie skończyło, bo kolejnego tygodnia bólu nie wytrzymam.
Nie wiem, jak przetrwam poniedziałek w pracy. A muszę iść. Pani doktor przyjmuje dopiero wieczorem, a bezczynnie - sam na sam z własnym bólem - nie wytrzymam całego dnia.
A może ten ból też ma swój sens i cel? Może kiedy się go w końcu pozbędę, przestanę się doszukiwać problemów tylko zwyczajnie zacznę cieszyć się życiem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz