niedziela, 27 grudnia 2009

Inwentaryzacja (ciągle w oparach absurdu)

I po raz kolejny tok myślenia moich szefów wprowadza mnie w stan osłupienia zupełnego.
Sprawa wygląda tak: Inwentaryzacja musi odbyć się w terminie 01-04 stycznia 2010 (włącznie). System sprzedażowy do czasu zakończenia inwentaryzacji jest zamknięty. Mój punkt sprzedaży znajduje się w domu handlowym. Wynajmujemy tam fragment powierzchni. To oznacza, że jestem uzależniona od godzin otwarcia sklepu. I tak w ciągu czterech sobotnich godzin mam zeskanować około 300 pozycji, gdzie każdą sztukę trzeba wyjąć z pudełka, odwinąć z folii, zeskanować dwukrotnie jeden numer seryjny, dostać się do drugiego numeru seryjnego, zeskanować go dwukrotnie, spakować ten sprzęt z powrotem i można przejść do następnej sztuki.
Co ciekawe,sklep będzie otwarty. Z doświadczenia wiem, że oplakatowanie się kartkami z napisem "INWENTARYZACJA - NIECZYNNE" nic nie daje i zamiast robić swoje, będę prowadzić durne dialogi:
- Dzień dobry, bo ja chciałem/am zapytać (tu dowolne pytanie związane z codziennością mojej pracy)
- Przykro mi, mamy dzisiaj inwentaryzację i punkt jest nieczynny, zapraszam w poniedziałek.
- Ale ja chcę tylko zapytać!!! (z pretensją w głosie)
- Żałuję, ale nie mogę pomóc, ponieważ jestem zajęta inwentaryzacją. W poniedziałek bardzo chętnie wszystko wyjaśnię.
- Ale ja chcę tylko zapytać! Łaskę pani robi, że odpowie? Chyba za to pani płacą?

I tak w ten deseń. I wychodzą mamrocząc pod nosem (ale tak, bym słyszała) na temat chamskiej obsługi. Większość z nich doskonale zdaje sobie sprawę, że tych spraw nie załatwia się w kilka sekund, które może rzeczywiście by mnie nie zbawiły. Że nie rozmawiamy o bułce, która niezależnie od innych zakupów zawsze kosztuje 0,29 PLN. Zresztą na krótkie pytania z krótką i jasną odpowiedzią zwykle odpowiadam, wierząc, że mniej czasu mi to zajmie, niż przytoczona wyżej przykładowa dyskusja. Zwykle się rozczarowuję, bo po pierwszym pytaniu pada następne i jesteśmy w punkcie wyjścia, a obraza klienta jeszcze większa, bo jak to być może, że ja już nie chcę z nim rozmawiać? Przecież za to mi płacą i to jest mój cholerny obowiązek. Co go obchodzi jakaś tam inwentaryzacja. On jest klientem i on żąda, bo klient nasz pan.

Jakby tego było mało, w drugim punkcie inwentaryzację będzie robił syn szefów, który nigdy się tym nie zajmował, więc będzie ciągle dzwonił i o wszystko pytał. Więc kolejny czynnik będzie odrywał mnie od pracy i wyrywał ze skupienia. Bądź co bądź on i tak ma łatwiej, bo jest w samodzielnym sklepie. Może sobie przyjść wcześniej, zamknąć później i - co najważniejsze - zamknąć drzwi i odgrodzić się od ludzi.
Nasz system sprzedażowy działa tak, że nie da się jednego dnia spisać części towaru, a następnego resztę. Nawet nie można na zbyt długo oderwać się od pracy, bo system wylogowuje po pary minutach bezczynności. Po prostu trzeba siąść spisać i zakończyć. Z doświadczenia wiem, że cztery godziny to cholernie mało czasu i marne są szanse bym się wyrobiła. Rozmawiałam o tym z szefami. ale usłyszałam: "raz, dwa przelecisz skanerem, to szybko idzie". Logiczniej byłoby w sobotę po prostu nie otwierać punktu a zrobić inwentaryzację w poniedziałek, kiedy sklep jest otwarty osiem godzin a tyle czasu wystarcza spokojnie, to nawet zbyt dużo. I ze względu na istnienie takich punktów jak moje, firma dała na zrobienie jej dwa dni do wyboru. Ale nie... Nie moi szefowie... Oni od tego mają ludzi, by ci dokonywali rzeczy niemożliwych. A jak się nie podoba, to zawsze można się zwolnić...

Ech, mam kilka dni na przygotowanie się, na przytarganie całego towaru z zaplecza, by potem nie biegać. I zrobię co będę mogła, by się w tych czterech godzinach zmieścić. Przeszło mi nawet przez myśl, by poprosić Ukochańca o pomoc. Dodatkowe ręce do wyciągania i wkładania z powrotem sprzętu bardzo by się przydały i wiele by ułatwiły. Ale nie zrobię tego, choć wiem, że nie odmówiłby mi. Bo niby w imię czego? Dlaczego i on ma tyrać za darmo, dla ludzi, którzy innych mają za nic? Jeśli nie uda mi się doprowadzić sprawy do końca w sobotę, cała moja praca pójdzie na marne. A wtedy - przysięgam - będę to robić w poniedziałek jeszcze raz. Baaardzo powoli. Bite osiem godzin, choć aż tyle czasu na to nie trzeba. Ot, taka mini wersja włoskiego strajku.
Bo przy tym wszystkim nikt nie raczył mnie poinformować (już nie śnię o proszeniu), że szefostwo wybiera się na kilkudniowy wyjazd sylwestrowy, w związku z czym, szefa w sobotę nie będzie (to on za mnie siedzi w soboty). Pozostaje się tylko cieszyć, że nie było nas stać na żadne wyjazdowe plany sylwestrowe, bo teraz musiałabym chyba odwoływać. Ciągle nie mogę sobie zakodować tego, że tu nie o kasę chodzi, że ja w ogóle ie mam prawa myśleć o wyjazdowym sylwestrze, bo to przywilej Panów, który Murzynkom - niewolnikom nie przysługuje. W innym przypadku przecież temat wymaga jakichś ustaleń?

niedziela, 20 grudnia 2009

W oparach absurdu (4)

Wyniosłam z domu zasadę, że z byle czym do lekarza się nie idzie, bo po co komuś zawracać głowę, skoro witaminę C, aspirynę i wapno mogę sobie zaaplikować sama. Katar, kaszel i poczucie ogólnego rozbicia to niewystarczający powód by nie przyjść do pracy. Z powyższych przyczyn nigdy nie byłam na zwolnieniu lekarskim. Nie przepadam też za ludźmi, którzy wykorzystują każdą okazje, by zrobić sobie wolne. Nie znoszę takiego kombinowania.
Ten nieszczęsny ból zęba dopadł mnie w okresie przedświątecznym, który wcale nie jest czasem radosnego wyczekiwania. Przeciwnie - to nerwy, pretensje, pośpiech. Szczególnie u mnie w pracy. Siedzę dzielnie, uśmiecham się, mimo że chce mi się wyć. Ale przecież nie pójdę na L-4 z powodu zęba i to jeszcze teraz. Kto mnie zastąpi, jak roboty jest tyle, że w pełnym składzie nie wyrabiamy?
A tu klient, któremu poprzedniego dnia 45 minut tłumaczyłam co i jak, pokazywałam dostępne opcje, tłumaczyłam co zyska, a co straci na każdej z nich. Dziś wrzeszczy i klnie, że on chciał inaczej (tylko że tłumaczyłam mu, że tak jak on chce się nie da i wybrał opcję najbardziej zbliżoną do swojej wizji). Próbuję mu tłumaczyć, ale on nie słucha, przyszedł sobie powrzeszczeć a nie rozwiązać problem.
Za chwilę drugi. Żąda rzeczy niemożliwych. Tłumaczę grzecznie dlaczego nie jestem w stanie dać mu czego chce. W niewybrednych słowach próbuje mi wmówić, że skoro on CHCE to tak ma być.
Nie mam czasu na takie przepychanki, bo kolejka czeka. Ucinam takie rozmowy, bo nie mają sensu i zajmuję się resztą klientów.
Pod koniec dniówki szef przez telefon oznajmia mi, że klienci się na mnie skarżą (jestem nieuprzejma i nie da się ze mną dogadać). Grozi zwolnieniem. Nie przedstawił konkretnych zarzutów tym samym nie dał szansy na obronę. Zostaję bez słowa.
Noc nieprzespana. Z bólu wyję i gryzę ściany. Wtedy podejmuję decyzję. Dość tego! Nie będę się poświęcać i przejmować firmą, która traktuje mnie jak śmiecia. Nie będę cierpieć w pracy, pozwalać żeby ludzie mnie obrażali i w zamian jeszcze zbierać reprymendy. To ja jestem najważniejsza. Muszę pokazać zęba dentyście nie czekając, aż znajdę na to czas.
Szefowa oczywiście niezadowolona na wieść, że nie przyjdę do pracy i wcale jej się nie dziwię. "A kogo ja mam za ciebie wysłać?"
Przykro mi to nie jest mój problem, ja nie jestem maszyną i mam prawo zachorować. Dotąd nigdy z tego prawa nie korzystałam, pomimo, że "okazje" ku temu były. Nie raz pracowałam na ostatnich nogach stawiając pracę ponad swoim zdrowiem.
Szef sądząc, że się obraziłam za reprymendę, sugeruje bym nie kombinowała. Myśli, że idę na L-4 bo zwrócił mi uwagę. Tłumaczę mu, ze jest na odwrót. To dlatego, że dotąd nic nie zrobiłam z tym zębem, nie mogę normalnie funkcjonować i mieć więcej cierpliwości dla klientów.
W ciągu dnia jeszcze jeden telefon od szefowej. Mam nie brać L-4 a tę niedyspozycję odrobię w soboty. I pluję sobie w brodę, że się nie odezwałam, że nie zaśmiałam się jej w twarz, bo przy sobotach, które przepracowałam za darmo, ona ma czelność kazać mi cokolwiek odrabiać. Zmilczałam. Wracając od lekarza wstąpiłam do firmy, rzuciłam L-4 na biurko bez słowa.
W sumie miałam trzy dni + weekend wolnego. Większość przespałam naćpana tabletkami, ale zresetowałam się też trochę, dzięki czemu w poniedziałek nadal trochę obolała mogłam wrócić na "front". Ciągle jednak przeraża mnie ich kombinatorstwo i mierzenie ludzi własną miarą

wtorek, 15 grudnia 2009

W oparach absurdu (3)

Kolejne ciekawe zjawisko. Jest zima, więc w pracy robi się gorąco. Już nie ma czasu na fajeczki, ploteczki na GG, nawet z wyjściem do toalety jest problem, bo klienci ustawiają się w kolejkę, która przez osiem godzin się nie kończy.
I w taki właśnie czas, przyjechał szef z towarem, po czym podszedł do stanowiska obok, kupił mi komputer i radośnie oznajmił, ze będę miała nowy.
Na moje pytanie, dlaczego teraz, w okresie największego ruchu, odpowiedział, że ze względu na koszty. Ok., rozumiem, trzeba się zmieścić z zakupami do końca roku, by powrzucać w koszty i poodliczać co się da. Nie znam się na tym za bardzo, ale argument do mnie przemówił. Przynajmniej jeśli chodzi o sam zakup, bo z jakiego powodu nie można było wstrzymać się z instalacją do spokojniejszych czasów, to już zrozumieć nie mogę.
Co szef powie, to święte, w związku z czym pewnego pięknego dnia bez uprzedzenia pojawił się w pracy informatyk i rozpoczęła się zabawa. On z braku miejsca w powietrzu instaluje na nowym sprzęcie wszystko co potrzeba, ja robię co do mnie należy. A to niełatwe, bo albo nie mam Internetu (informatyk przepiął kabel do nowego komputera, by sprawdzić, czy wszystko chodzi jak trzeba), albo drukarki (bo ją też trzeba zainstalować i posprawdzać) itd. Sytuacja napięta, bo tłum klientów wykazuje się zerowym zrozumieniem. Oni chcą mieć wszystko już!
- Pan jest ślepy? Długo mam tu jeszcze sterczeć? - obrywa się informatykowi (no niedobry, komputerkiem się bawi, zamiast obsłużyć Pana i Władcę.
Rozmawiam z klientem. Przedstawiam mu możliwe opcje, pomagam wybrać najkorzystniejsze dla niego rozwiązanie. Z kolejki poirytowany głos.
- Długo to jeszcze będzie trwać?
- Trudno powiedzieć,załatwimy sprawę i wtedy będę mogła zająć się panem. I obiecuję, że panu również chętnie poświęcę tyle czasu ile będzie trzeba. tylko proszę, nie przedłużajmy teraz niepotrzebnie...
Nic z tego. Pan przyszedł, więc żądał aby go obsłużyć natychmiast. Nie będzie stał w jakiejś głupiej kolejce. Wyszedł obrażony mieląc w ustach przekleństwa.
I tak do końca dnia. Pośpiech, nerwy, nieprzyjemne uwagi od klientów. Musieliśmy zostać trochę po godzinach. Informatyk nie zdążył na jakiś tam swój trening, ja spóźniłam się na zebranie rodziców w szkole.
A przecież instalację systemu, sterowników, konfigurację poczty mógł informatyk robić u siebie. Potem podłączyć wszystko w jakimś luźniejszym czasie. Kopie dokumentów miałam zrobioną, przerzuciłabym to sobie sama. Nie - ma być tu i teraz. I z jednoczesną w pełni profesjonalną obsługą klienta. Rozumiem, że szefostwo ma inne priorytety niż ja - to naturalne. Ale staram się patrzeć z ich perspektywy i nadal takie działania wydają mi się bez sensu. No ale ja się nie znam...

poniedziałek, 14 grudnia 2009

W oparach absurdu (2)

Kiedy przez kilka miesięcy pracowałam w głównej siedzibie firmy, mogłam docenić spokój, jaki miałam wcześniej. Przebywanie na co dzień z szefem było wybitnie męczące.
Ten człowiek jest tak wybitnie zakręcony, że ja w stanach najwyższego swojego przyspieszenia jestem totalnym żółwiem. Szef ma milion pomysłów na minutę a każdy do natychmiastowej realizacji. Jego obsługa klienta jest dla mnie absolutnie niepojęta. Mówi o wszystkim na raz i o niczym dokładnie. Kompletny chaos.
Na swoje szczęście dość szybko wróciłam "do siebie" na stanowisko, gdzie właściwie sama sobie jestem szefem, w tym sensie że sama decyduję o tempie racy, o priorytetach. Wiadomo, priorytetem zawsze jest klient, ale cała reszta to kwestia moich decyzji i mobilizacji.
Niestety efekty działań i charakteru mojego szefa dosięgają mnie czasem nawet na odległość. Po moim powrocie z letniego urlopu szef natychmiast do mnie zadzwonił, cały podekscytowany tym, jaką to mamy rewelacyjną promocję, jakie on zna niesamowite sposoby na jak najbardziej efektywną sprzedaż.
Durna baba, przecież go znam, wiem jaki jest. Trzeba było siedem razy wszystko sprawdzić, a ja po prostu przyjęłam za pewni to, co mówił i działałam jak kazał.
Kłopoty zaczęły się, kiedy klienci przychodzili pozałatwiać pewne sprawy i okazało się, że się nie da. Wtedy dopiero padły magiczne słowa: "Te promocje się nie łączą". Okazało się, że drugi oddział firmy doskonale o tym wiedział. Ale oni uczyli się promocji tradycyjnie, a nie przez szefa, do którego natychmiast zadzwoniłam i który ode mnie dowiedział się, jak to naprawdę wygląda. Na moje pytanie, co mam powiedzieć klientom, którzy będą przychodzić ze słusznymi pretensjami, usłyszałam od szefowej: "No musisz ponosić konsekwencje swoich (!) błędów".
I tak też się stało. Klienci przychodzili, większość udało się przekonać, że takie rozwiązanie jakie mają, jest dla nich korzystne, ale jedne trafił się wyjątkowo uparty. Szefowie zdecydowali, że zrekompensują mu stratę, którą poniósł. Łatwo im poszło, ponieważ pokryli sobie ten koszt z mojej premii. Po prostu poinformowano mnie telefonicznie o decyzji. Znów zaskoczyli mnie swoją bezczelnością, jak zwykle zadzwonili przy klientach, a jedyne słowa, które byłam w stanie wypowiedzieć nie należały do cenzuralnych i dopuszczalnych w stosunku do szefów...

sobota, 12 grudnia 2009

Ból

Nie jestem wyjątkiem i - jak chyba każdy boję się dentysty. A może właśnie jestem, bo mój strach ociera się o panikę. Zaczęło się w podstawówce, kiedy leczenie kanałowe tak dało mi w kość, że przed kolejną wizytą zwyczajnie - i pierwszy raz w życiu - płakałam ze strachu. Po tym koszmarze opuściłam gabinet stomatologiczny na bardzo długo. Wróciłam po latach, już w trakcie studiów. Postanowiłam wziąć się za siebie i usunąć pozostałość po leczonym kiedyś zębie. Plomba wypadła, to co z niej zostało, kruszyło się. Chciałam zapobiegawczo zrobić z tym porządek, zanim cokolwiek zacznie boleć. W nagrodę za odwagę wycierpiałam się okrutnie na fotelu, potem w nocy wyłam z bólu, by n a koniec dowiedzieć się, że pani doktor nie usunęła korzenia. I to mnie zniechęciło na dobre. Znów obraziłam się na stomatologię śmiertelnie.
Czasem coś bolało. Ćpałam tabletki jak świnia kartofle. Cierpiałam i modliłam się by przeszło. Śniłam koszmary o tym, jak ni stąd ni zowąd zaczynam wypluwać do garści kolejne zęby. Na samą myśl o wizycie w gabinecie doznawałam trzepotu serca i nagłego zwiotczenia mięśni nóg.
Dopiero pojawienie się w moim życiu Nieślubnego spowodowało zmianę podejścia do sprawy. Było mi przy nim wstyd za stan mojego uzębienia. Żartowałam sobie z nim, że musimy coś z tym zrobić, bo będzie miał "dziewczynę bez zęba na przedzie". Oczywiście, jak to u nas, długo kończyło się na samym gadaniu. Jednak jego i moje nieprzespane noce, stosy pożeranych tabletek wymusiły męską decyzję. Myślę, że gdyby nie zaczął chodzić ze mną do dentysty - sama jeszcze przez lata nie przemogłabym się. To dzięki niemu, dzięki jego obecności zaczęliśmy chodzić tam regularnie, pozbyłam się w końcu tych pozostawionych kilka lat temu korzeni, wieloletniej zaniedbanej dziury w jedynce, która również spędzała mi sen z powiek. Już nawet potrafię iść na wizytę sama, nie trzeba mnie już doprowadzać.
Wydawać by się mogło, że idzie ku dobremu, że aż bezsensem jest rozwodzenie się nad tym. Nic bardziej mylnego. Po raz kolejny mam dowód na to, że stomatolog to ZŁO. Jest sobotni wieczór, święta za pasem. Mieszkanie znów porasta kurzem, lodówka pusta, lekcje na bloga patrzą na mnie z wyrzutem. A ja siedzę zaćpana tabletkami i zastanawiam się jak przeżyć jeszcze dwa dni, zanim będę mogła pójść na kolejną, czwartą już, wizytę z tym samym zębem. I modlę się, by to się wreszcie skończyło, bo kolejnego tygodnia bólu nie wytrzymam.
Nie wiem, jak przetrwam poniedziałek w pracy. A muszę iść. Pani doktor przyjmuje dopiero wieczorem, a bezczynnie - sam na sam z własnym bólem - nie wytrzymam całego dnia.
A może ten ból też ma swój sens i cel? Może kiedy się go w końcu pozbędę, przestanę się doszukiwać problemów tylko zwyczajnie zacznę cieszyć się życiem?

środa, 2 grudnia 2009

W oparach absurdu (1)

Coraz częściej kolejne pomysły moich szefów doprowadzają mnie do rzadko spotykanego stanu zapomnienia języka w gębie. Za każdym razem, ręce opadają, otwieram, szeroko oczy, bo taka bezczelność wciąż jest dla mnie niewiarygodna.
Wspominałam już, że szefowa wprost oświadczyła mi, że nie zamierza zapłacić za moje nadgodziny (125 przepracowanych sobót oraz sześć dni zaległego urlopu z powodu błędnego naliczenia). Wściekła jestem, ale co właściwie mogę zrobić. PIP? Sąd? Ok, nawet jeśli odzyskam swoje, może nawet jakieś odszkodowanie. A co dalej? Na jak długo starczy tych pieniędzy? Bo przecież jasne jest, że nie będzie dało się dalej tam pracować. A ona korzysta z mojej bezradności.
Mało tego. Do tej pory pracowałam za najniższą krajową (oficjalnie) + reszta do ręki + ewentualne premie. W ramach robienia porządków w sprawach pracowniczych szefowa postanowiła to zmienić. W rozmowie telefonicznej ustaliła ze mną, że podniesie mi wynagrodzenie brutto, a netto będę zarabiać tyle samo, co do tej pory. Z pewnych względów, to rozwiązanie nie do końca była dla mnie atrakcyjne (tracę na tych zmianach ok. 250 zł miesięcznie), ale to już w końcu nie szefowej problem, tylko mój, więc nie dyskutowałam.
Pewnego pięknego dnia szefowa wpadła do mnie, jak zwykle jak po ogień. Podsunęła papiery do podpisania i znikła. Mea culpa, nie popatrzyłam dokładnie. Okazało się, że w aneksie jest o 100 zł netto mniej niż się umawiałyśmy. Więc jestem już 350 zł miesięcznie do tyłu. I co mi z tego, że mam podniesione wszystkie składki, skoro do ginekologa czy dentysty (właściwie jedyni lekarze, których odwiedzam regularnie) i tak chodzę prywatnie ze względu na godziny pracy? A emerytura - czy ja do niej w ogóle dożyję? Co mi z tego, skoro fizycznie zarabiam mniej niż do tej pory?
Co ciekawe, w tym aneksie do umowy, w rubryce "wynagrodzenie" stoi czarno na białym: kwota brutto + premia. A temat premii w naszej firmie wygląda tak, że ni stąd ni z owąd dzwoni szefowa i mówi: "za miesiąc... masz tyle i tyle premii, minus 18% podatku, czyli weź sobie z kasy tyle i tyle". Kiedy zostanie wypłacona premia, w jakiej wysokości i na jakiej podstawie jest naliczona oraz co to za tajemniczy podatek, tego nikt nie wie.
Szefowa ma zadziwiające wyczucie i zawsze zadzwoni ze swoimi rewelacja wtedy, kiedy mam tłum klientów. A ja ciągle jestem zbyt porządna czy lojalne, by przy "obcych" drążyć temat. Cóż... "Grzeczne dziewczynki idą do nieba..."
Zresztą ja nie mam sił na walkę z wiatrakami. Po ludzku nie da się tego załatwić, na pracę jestem skazana, dopóki nie znajdę czegoś lepszego. Czekam na dobry czas i staram się nie tracić nadziei, że on kiedykolwiek nadejdzie.

wtorek, 1 grudnia 2009

W oparach słodkich fajek, w oparach wódki...

Jakąś dziwną tendencję mają moi klienci, by przychodzić do mnie w stanie wskazującym na spożycie. Czasem wpadają bezpośrednio po piwku, czasem są zwyczajnie wczorajsi... Generalnie po prostu śmierdzą.
Pewnie ktoś, kto patrzy z zewnątrz myśli sobie: "Tej to dobrze, siedzi cały dzień przed komputerem, klepie w klawiaturkę, spokojnie, przyjemnie czyściutko i na luziku". Tymczasem nie wygląda to tak różowo. Siedzę i rozmawiam z ludźmi niezależnie od tego, czy mam na to ochotę, czy nie. Mogę padać na nos, może mnie boleć głowa, czy ząb” - mimo wszystko muszę być zawsze otwarta, pomocna uśmiechnięta i przyjazna.
Nie, nie narzekam, w sumie każdy ma to samo w swojej pracy. Nie dzieje mi się krzywda. Jednak dziwi mnie to, że pracując w cywilizowanym miejscu, cały dzień spędzam w odorze mniej lub bardziej przetrawionego alkoholu i papierosów.
Swego czasu pracowałam w knajpie stojąc kilkanaście godzin dziennie za barem. I nie miałam takich spostrzeżeń. Zadziwiające, że ludzie chlejący wódkę w barze nie śmierdzą, a ci, którzy teraz przychodzą podpisać od mnie umowy - owszem.
Tak sobie wspominam teraz te "barowe" miesiące - różnie bywało jak to z ludźmi i jak to przy wódce.Ale kiedy później pisałam w listach motywacyjnych, że lubię pracę z ludźmi - byłam szczera. Teraz bywa, że mam tak dosyć, że marzę o robocie przy taśmie produkcyjnej. Mechanicznej, tępej i nudnej i całkowicie przewidywalnej. Z dala od przepełnionych postawą roszczeniową ludzi,którzy zdołali się dowiedzieć, że "klient nasz pan", ale jakoś nie byli w stanie pojąć, że kultura powinna obowiązywać obie strony jakiejkolwiek międzyludzkiej interakcji.