Jest dobrze, bardzo dobrze nawet!
Zawsze denerwowało mnie, że nadchodzi weekend, a ja zamiast odpocząć, nadrabiam zaległości w sprzątaniu, bo dochodzę do wniosku, że nie mogę już patrzeć na ten syf. I zamiast odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś przyjemnego, spędzić miło czas, ganiałam ze szmatą sfrustrowana i wściekła.A dziś, wolna sobota, mieszkanko posprzątane już wczoraj... żyć nie umierać. Pewnie, trzeba wyskoczyć na zakupy, zrobić jakiś obiad itepe itede - Ameryki nie odkrywam, robota w domu nigdy się nie kończy, to jasne i z tym nie ma co walczyć:D
Problem (bo oczywiście go sobie wymyśliłam, ja to nie umiem żyć bez problemów) leży gdzie indziej. A mianowicie w zbyt krótkiej dobie. Otóż nie wiadomo dlaczego moja doba ma tylko 24 godziny. Rano mam czas przed pracą, by ogarnąć mieszkanie, przygotować chłopakom coś do jedzenia, potem praca, a po pracy - wrócić, zjeść coś, posiedzieć z chłopakami, pogadać z nimi i... trzeba iść spać! A kiedy poczytać? Popisać? Pouczyć się? Nabalsamować milion miejsc na ciele? Obciąć/spiłować/pomalować/ dwadzieścia paznokci? Zmyć lakier z dwudziestu paznokci? Wydepilować brwi i inne części ciała? Obejrzeć dobry film? Spotkać się z kimś fajnym? ... NO KIEDY???
W przyszłym tygodniu muszę lecieć do jednego urzędu, potem do dostawcy Internetu, buty do szewca zanieść - oczywiście to wszystko przed pracą. Nie wiem w związku z tym, jak ma mi się udać ogarnąć mieszkanie, ugotować obiad. Wystarczy jedna sprawa do załatwienia i już cały dzień się sypie.
W związku z tym, że nadal rządzi mną Tygrys, taki problem to nie problem, to się teraz "wyzwanie" nazywa. I jeszcze wierzę, że to rozwiążę, że jakoś sobie poradzę. Nie chcę znowu osiąść w marazmie z myślą "i tak nic mi się nie uda".
Na razie wymyśliłam, że nie będę się wygłupiać ze świątecznym sprzątaniem. Nie mam zamiaru poświęcać tygodnia, albo co gorsza kilku wyczekiwanych zawsze sobót na morderczy wysiłek, którego efektów i tak już w drugi dzień świąt nie widać.Wolę sobie do codziennego sprzątania (które zajmuje mi chwilę) dorzucić codzień jedną rzecz (jedna szafka/jedno okno/cokolwiek). Akurat do świąt powinnam się wyrobić, a efekt będzie ten sam a przynajmniej bardzo podobny.
Dodatkowym plusem takiej metody jest zapewniona codzienna gimnastyka, na którą też nie ma nigdy czasu. Nie mogę w to uwierzyć, ale (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć) waga leciutko spada w dół! Jedzenie normalne/jedzenie częste małych porcji/nie jedzenie/gimnastyka/basen (fakt, że te ostatnie dwie pozycje jakoś mało systematyczne i trwałe były) nie przynosiły żadnych rezultatów. A tu proszę, wzięła się baba do normalnej swojej roboty i chudnie! Wszystkie zwierzątka przybierają na zimę na wadze a ja chudnę! Oby tak dalej, potrzeba mi teraz pozytywnych bodźców!
Zawsze denerwowało mnie, że nadchodzi weekend, a ja zamiast odpocząć, nadrabiam zaległości w sprzątaniu, bo dochodzę do wniosku, że nie mogę już patrzeć na ten syf. I zamiast odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś przyjemnego, spędzić miło czas, ganiałam ze szmatą sfrustrowana i wściekła.A dziś, wolna sobota, mieszkanko posprzątane już wczoraj... żyć nie umierać. Pewnie, trzeba wyskoczyć na zakupy, zrobić jakiś obiad itepe itede - Ameryki nie odkrywam, robota w domu nigdy się nie kończy, to jasne i z tym nie ma co walczyć:D
Problem (bo oczywiście go sobie wymyśliłam, ja to nie umiem żyć bez problemów) leży gdzie indziej. A mianowicie w zbyt krótkiej dobie. Otóż nie wiadomo dlaczego moja doba ma tylko 24 godziny. Rano mam czas przed pracą, by ogarnąć mieszkanie, przygotować chłopakom coś do jedzenia, potem praca, a po pracy - wrócić, zjeść coś, posiedzieć z chłopakami, pogadać z nimi i... trzeba iść spać! A kiedy poczytać? Popisać? Pouczyć się? Nabalsamować milion miejsc na ciele? Obciąć/spiłować/pomalować/ dwadzieścia paznokci? Zmyć lakier z dwudziestu paznokci? Wydepilować brwi i inne części ciała? Obejrzeć dobry film? Spotkać się z kimś fajnym? ... NO KIEDY???
W przyszłym tygodniu muszę lecieć do jednego urzędu, potem do dostawcy Internetu, buty do szewca zanieść - oczywiście to wszystko przed pracą. Nie wiem w związku z tym, jak ma mi się udać ogarnąć mieszkanie, ugotować obiad. Wystarczy jedna sprawa do załatwienia i już cały dzień się sypie.
W związku z tym, że nadal rządzi mną Tygrys, taki problem to nie problem, to się teraz "wyzwanie" nazywa. I jeszcze wierzę, że to rozwiążę, że jakoś sobie poradzę. Nie chcę znowu osiąść w marazmie z myślą "i tak nic mi się nie uda".
Na razie wymyśliłam, że nie będę się wygłupiać ze świątecznym sprzątaniem. Nie mam zamiaru poświęcać tygodnia, albo co gorsza kilku wyczekiwanych zawsze sobót na morderczy wysiłek, którego efektów i tak już w drugi dzień świąt nie widać.Wolę sobie do codziennego sprzątania (które zajmuje mi chwilę) dorzucić codzień jedną rzecz (jedna szafka/jedno okno/cokolwiek). Akurat do świąt powinnam się wyrobić, a efekt będzie ten sam a przynajmniej bardzo podobny.
Dodatkowym plusem takiej metody jest zapewniona codzienna gimnastyka, na którą też nie ma nigdy czasu. Nie mogę w to uwierzyć, ale (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć) waga leciutko spada w dół! Jedzenie normalne/jedzenie częste małych porcji/nie jedzenie/gimnastyka/basen (fakt, że te ostatnie dwie pozycje jakoś mało systematyczne i trwałe były) nie przynosiły żadnych rezultatów. A tu proszę, wzięła się baba do normalnej swojej roboty i chudnie! Wszystkie zwierzątka przybierają na zimę na wadze a ja chudnę! Oby tak dalej, potrzeba mi teraz pozytywnych bodźców!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz