czwartek, 26 listopada 2009

A ja się nie dam!

Niby nie jest dobrze. Nieślubny zbyt wcześnie po chorobie podjął nową pracę i oczywiście na nowo się rozłożył. Na razie skupiamy się na tym, by postawić go do pionu - to najważniejsze. Staramy się nie myśleć o niepokoju, który tli się na dnie duszy i pyta co dalej z Nieślubnego sferą zawodową.
Był u mnie Kłapouchy. Wyczuł mój lekki kryzys i chciał wrócić. Jednak Tygrys dzielnie walczy o swoją pozycję. Nie poddajemy się. Tygrys jest uparty i nie działają na niego sztuczki "za późno wstałam, już nie ma sensu zabierać się za robotę", czy "zacznę od jutra". Nawet poranna obecność Nieślubnego, która zawsze była doskonałym pretekstem do leniuchowania, tym razem nie działa. Mało tego, Mężczyzna jest zobligowany do dokończenia obiadu, dzięki czemu ja mogę poświęcić się Wyższym Celom - czyli szorować świątecznie szafki w kuchni. Swoją drogą właśnie doszłam do wniosku, że kiedy skończę już to moje sprzątanie, odpocznę kilka dni w święta, to właściwie będę mogła zacząć całą zabawę od nowa i sprzątać na wielkanoc, hihi.Wiem, banał. To powszechnie znana prawda, że robota w domu to robota głupiego. Mnie zaskakuje fakt, że przestało mnie to denerwować, tylko jak głupia się cieszę, że mam gimnastykę na cały rok zapewnioną!
Już się bałam, że znowu polegnę. Że znów życie udowodni mi mój słomiany zapał, że znów stanę w punkcie wyjścia. A ja nie - konsekwentnie realizuję swój plan!
Niby nie jest dobrze, a jednak w moich oczach znów płonie światełko, a pyszczek nawet czasem się usmiecha.

wtorek, 24 listopada 2009

Wiesz?

Pamiętam, jakie morze łez wylałam podczas naszej pierwszej kłótni. Jak zaniemówiłam pod gradem Twoich słów. Bolesnych, niesprawiedliwych. Nauczyłam się nie reagować na nie. Nauczyłam się tego, nauczyłam się Ciebie. Nauczyłam się puszczać mimo uszu, nie zwracać uwagi, patrzeć z boku.
Powiedziałam Ci kiedyś, że na tym polega moja walka o Nas. Wbrew swojej duszy rogatej, niewyparzonemu językowi, naturze, która każe zawsze mieć ostatnie słowo. Pozornie składam broń. Nie mam potrzeby udowadniać Ci, że też jestem w tym dobra, że potrafię ukłuć boleśniej niż Ty. Jednak w tym wszystkim nie tracę panowania. Kalkuluję na chłodno, wiem, że jeśli odeprę atak, to będzie koniec wszystkiego.
Wolę zacząć z Tobą rozmawiać, kiedy już wyplujesz z siebie wszystko i ochłoniesz. Dopiero wtedy ma to jakikolwiek sens. Dopiero wtedy zaczyna się dialog.
Ciągle jednak nie umiem sobie poradzić z tym, co robisz nieświadomie. Mam nadzieję, że nieświadomie. Potrafisz zranić tak, że mięśnie doznają nagłego zwiotczenia i przestają być zdolne do jakiegokolwiek działania. tak bardzo, że w jednej sekundzie ziemia usuwa się spod stóp, a kolejny oddech przestaje mieć jakikolwiek sens.

Znów dziś przez Ciebie umarłam.

piątek, 20 listopada 2009

Houston, mamy problem!

Jest dobrze, bardzo dobrze nawet!
Zawsze denerwowało mnie, że nadchodzi weekend, a ja zamiast odpocząć, nadrabiam zaległości w sprzątaniu, bo dochodzę do wniosku, że nie mogę już patrzeć na ten syf. I zamiast odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś przyjemnego, spędzić miło czas, ganiałam ze szmatą sfrustrowana i wściekła.A dziś, wolna sobota, mieszkanko posprzątane już wczoraj... żyć nie umierać. Pewnie, trzeba wyskoczyć na zakupy, zrobić jakiś obiad itepe itede - Ameryki nie odkrywam, robota w domu nigdy się nie kończy, to jasne i z tym nie ma co walczyć:D
Problem (bo oczywiście go sobie wymyśliłam, ja to nie umiem żyć bez problemów) leży gdzie indziej. A mianowicie w zbyt krótkiej dobie. Otóż nie wiadomo dlaczego moja doba ma tylko 24 godziny. Rano mam czas przed pracą, by ogarnąć mieszkanie, przygotować chłopakom coś do jedzenia, potem praca, a po pracy - wrócić, zjeść coś, posiedzieć z chłopakami, pogadać z nimi i... trzeba iść spać! A kiedy poczytać? Popisać? Pouczyć się? Nabalsamować milion miejsc na ciele? Obciąć/spiłować/pomalować/ dwadzieścia paznokci? Zmyć lakier z dwudziestu paznokci? Wydepilować brwi i inne części ciała? Obejrzeć dobry film? Spotkać się z kimś fajnym? ... NO KIEDY???
W przyszłym tygodniu muszę lecieć do jednego urzędu, potem do dostawcy Internetu, buty do szewca zanieść - oczywiście to wszystko przed pracą. Nie wiem w związku z tym, jak ma mi się udać ogarnąć mieszkanie, ugotować obiad. Wystarczy jedna sprawa do załatwienia i już cały dzień się sypie.

W związku z tym, że nadal rządzi mną Tygrys, taki problem to nie problem, to się teraz "wyzwanie" nazywa. I jeszcze wierzę, że to rozwiążę, że jakoś sobie poradzę. Nie chcę znowu osiąść w marazmie z myślą "i tak nic mi się nie uda".
Na razie wymyśliłam, że nie będę się wygłupiać ze świątecznym sprzątaniem. Nie mam zamiaru poświęcać tygodnia, albo co gorsza kilku wyczekiwanych zawsze sobót na morderczy wysiłek, którego efektów i tak już w drugi dzień świąt nie widać.Wolę sobie do codziennego sprzątania (które zajmuje mi chwilę) dorzucić codzień jedną rzecz (jedna szafka/jedno okno/cokolwiek). Akurat do świąt powinnam się wyrobić, a efekt będzie ten sam a przynajmniej bardzo podobny.
Dodatkowym plusem takiej metody jest zapewniona codzienna gimnastyka, na którą też nie ma nigdy czasu. Nie mogę w to uwierzyć, ale (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć) waga leciutko spada w dół! Jedzenie normalne/jedzenie częste małych porcji/nie jedzenie/gimnastyka/basen (fakt, że te ostatnie dwie pozycje jakoś mało systematyczne i trwałe były) nie przynosiły żadnych rezultatów. A tu proszę, wzięła się baba do normalnej swojej roboty i chudnie! Wszystkie zwierzątka przybierają na zimę na wadze a ja chudnę! Oby tak dalej, potrzeba mi teraz pozytywnych bodźców!

czwartek, 19 listopada 2009

Brak słów...

Wygląda na to, że:
1. Punkt Pierwszy: Nieślubny ma zawsze rację.
2. Punkt Drugi: Jeżeli przypadkiem Nieślubny akurat nie ma racji, to... patrz Punkt Pierwszy.
Bo znowu wyszło na jego!
Właściwie Nieślubny jest jedynym znanym mi osobiście człowiekiem, który popiera moje greckie językowe szaleństwo. Wprawdzie uważa, ze mogłabym sobie wymyślić jakiś bardziej przydatny język, ale nie przeszkadza mi, wspiera mnie, słucha moich niekończących się wywodów na ten temat...
Niejednokrotnie wypowiadał się krytycznie na temat stosowanych przeze mnie metod. Nie jeden raz tłukł do głowy, że podstawą jest po prostu intensywne rycie słówek na blachę. W teorii zgadzałam się z nim, w praktyce robiłam po swojemu.
I wyłożyłam się. Ktoś wrzucił ćwiczenia na forum i postanowiłam się sprawdzić. Akurat internetowe pomoce naukowe zawiodły, więc w jednym miejscu strzeliłam i... Spudłowałam! Wyłożyłam się na słówku, które parę tygodni temu własnoręcznie wklepywałam na bloga! Ale porażka! nic tylko tłuc baranka o ścianę...
I pewnie bym się załamała, obraziła na świat, rzuciła książki i słowniki w kąt,ale Tygrys nie pozwala. Daje za to jeszcze większą motywację i mobilizację w związku z czym wracam do tłuczenia słówek (co nie znaczy, że dotychczasowych działań zaniecham!:

środa, 18 listopada 2009

Znalazłam Tygrysa!

Już od bardzo dawna Hania próbując dać mi pozytywnego kopa przypomina mi o Tygrysie, którego mam w duszy i którego nie wiedzieć czemu zadeptał Kłapouchy.
Już od bardzo dawna Nieślubny przygląda mi się smutno i mówi, że ciągle jestem smutna i zła, że nic mnie nie cieszy, nie śmieję się, nic mi się nie chce.
Wiedziałam, że mają rację. Próbowałam go odnaleźć, wołałam, krzyczałam i nic. Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Im głośniej i bardziej rozpaczliwie wołałam Tygrysa, tym bardziej ironicznie i mściwie uśmiechał się Kłapouchy. Najwidoczniej świetnie się bawił siedząc wygodnie z założoną nogą na nogę i kołysząc kopytkiem.
Dałam sobie spokój. Przestałam szukać. Zwinęłam się w kłębek i poszłam spać snem zimowym. A Tygrys znalazł się sam! Obudził mnie natychmiast i skutecznie. Błyskawicznie poradził sobie z tym, z czym Osioł nie dał rady. Pomógł przed pracą posprzątać mieszkanie, nawet obiad Chłopakom ugotował! Sprawił, że pobyt w pracy nie boli. Uratował mnie.
Już dawno mówiłam, że jestem bosa ale w glanach, że żyję na huśtawce. Że jestem dwubiegunowa. Jestem Tygrysem bądź Kłapouchym. Może mam rozdwojenie jaźni, może to tylko psychoza depresyjno-maniakalna. Jak zwał tak zwał. Nieważne. Obecnie rządzi Tygrys!

wtorek, 10 listopada 2009

Gorzej być nie może...

Rozmowa z szefową uświadomiła mi, że to już mój definitywny koniec w tej firmie. nie mam co liczyć na jej uczciwość, na to, że w jakikolwiek sposób odda mi moje przepracowane nadgodziny. Mało tego, obniżyła mi wynagrodzenie. Wymyśliła jakiś system prowizyjny, który zmienia się, gdy tylko przychodzi do płacenia. Trzeba uciekać jak najszybciej. Ale dokąd?
Składałam ostatnio aplikację do nowej pracy, miałam nadzieję na zmiany. Niestety nie udało się.
Nie mogę sobie pozwolić na odejście, gdy nie mam niczego w zamian. Ofert pracy jak na lekarstwo a chętnych na każdy wolny etat ogrom. Trzeba zacisnąć zęby i przeczekać, choć tak wiele kosztuje mnie codzienne przychodzenie do miejsca, w którym oszukują mnie na każdym kroku.
Na domiar złego Nieślubny dorobił się zapalenia płuc, więc na jakiś czas wyłączony jest z szans na jakąkolwiek aktywność zawodową. Wobec powyższego należy się cieszyć, ze w ogóle mam jakąkolwiek pracę i źródło dochodów.
Przytłoczeni problemami zdrowotno-zawodowymi przestaliśmy rozmawiać. Każde z nas zamknęło się w swoim światku, żeby nie myśleć za dużo. Nie dzielimy się tym niepokojem o przyszłość, żeby się wzajemnie nie zadręczać. To trochę tak jakbyśmy zapadli w sen zimowy. Czekamy na lepsze czasy.
Ten przedłużający się stan doprowadził nas do burzliwej dyskusji,która tak naprawdę niczego nie zmieniła. Uspokoiła nas jednak, że popsuło się wszystko wokół, ale nie my. I nawet jeśli rzeczywiście zahibernowaliśmy się, to razem i zgodnie sobie pochrapujemy.
Gorzej być nie może? Może, oczywiście, że może, ale przecież nie musi!