wtorek, 20 października 2009

Pisać każdy może...

...trochę lepiej, lub trochę gorzej - parafrazując starą piosenkę. dużo ostatnio myślałam o swoim pisaniu. Miotałam się bardzo próbując nadać styl swoim literkom. Popadałam w skrajności uprawiając skrajny ekshibicjonizm, to znów siliłam się na tworzenie literatury. Próbowałam stworzyć jakąś postać, ale nie umiałam oderwać jej od siebie. Z coraz większym niesmakiem patrzyłam na swojego bloga. Coraz większym obrzydzeniem napawały mnie wciąż te same zwroty, myśli, słowa..
Zastanawiałam się czy dobrze robię puszczając te swoje pierdolety interferencyjne (określenie Katarzyny Grocholi - spodobało mi się nieludzko, więc przywłaszczam!) w eter. Jednak nie bardzo już umiem pisać tradycyjny pamiętnik, taki co to chowa się gdzieś głęboko, na dnie sekretnej szuflady. Widocznie na dobre stałam się już dzieckiem Internetu.

Cóż... chyba na progu trzydziestki pora pogodzić się z tym, że literat to ze mnie nie będzie. I nie będę płakać z tego powodu. Ważne, że pławienie się w tych moich bolączkach, wywalenie tego wszystkiego stawia mnie do pionu, pozwala się trochę otrząsnąć, nabrać odrobiny dystansu do życia i samej siebie. Już funkcjonuję o niebo lepiej niż kilka miesięcy temu.

Kolejny życiowy paradoks, bo patrząc obiektywnie dobrze nie jest, a ja potrafię sobie z tym poradzić.
Nieślubny pożegnał się z "kumplem - wspólnikiem" (który to pod szyldem wspólnej firmy chciał się wzbogacić na zasadzie: "Będziemy mieć wspólną firmę. Ty będziesz pracował, ja prezesował. Będę ci płacił śmieszne stawki, a ty będziesz bił mi pokłony) i okazało się, że nową pracę wcale nie tak łatwo znaleźć. Żyjemy więc z jednej pensji, oszczędności topnieją i boję się o przyszłość. Nie jest dobrze. Nieślubny źle się czuje. Bezużyteczny i niepotrzebny a nawet jak zawalidroga. Nie jest łatwo, tym bardziej, że to nie koniec kłopotów.
Paradoks polega na tym, że ja się pozbierałam. Psychicznie i wewnętrznie. Albo pomogło mi pisanie, albo w obliczu prawdziwych problemów pozbierałam w całość tę kupkę nieszczęścia, jaką jeszcze chwilę temu byłam. Bo nie ma wyjścia. Bo trzeba walczyć. O siebie. O życie. O nas.

I nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być gorzej. Przecież zawsze możemy zacząć się żreć, albo nawet rozstać z hukiem. A my pchamy sobie RAZEM ten wspólny wózek i jest dobrze. A ja zawsze mogę o tym wszystkim napisać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz