Mamy czwartek. Zostało jeszcze jutro i weekend. W poniedziałek wprawdzie nie idę do pracy, ale jadę na szkolenie, więc cały dzień spędzę poza domem. W zasadzie więc urlop dobiegł końca.
Nie tak miało być, miałam odpocząć, nie odpoczęłam. Miałam się opalić - nic z tego. Pogoda wprawdzie była jak dzwon, ale nie było gdzie, kiedy, z kim... Miałam schudnąć - ważę więcej niż przed urlopem. Nie wiem dlaczego. Nie jem dużo. Ciągle byłam w ruchu (wycieczki do kotów, sprzątanie dość intensywne, bieganie za sprawami do załatwienia - na pewno więcej ruchu miałam niż w "trybie pracującym" gdzie osiem godzin spędzam za biurkiem). Uczyć też się nie uczyłam, jak tak dalej pójdzie, to w tym roku znów nie podejdę do egzaminu z greckiego. Nie było kasy, by uzupełnić zawartość szafy, zrobić porządek z moją garderobą. Podsumowując - rzec by można, że urlop był porażką.
Nie będę marudzić, wypłakiwać się - już się napłakałam nad sobą w czasie tego urlopu, bo nie potrafiłam nic zrobić, nic zmienić. Kasa, koty, sprawy, na które nie ma czasu normalnie - to fakty. To mi w dużej mierze zepsuło mój wolny czas. Ale... coś mi się wydaje, że największy problem tkwi we mnie. To ja nie umiem znaleźć sobie czegoś co mnie cieszy, to ja widzę tylko ograniczenia, a nie widzę możliwości. I w końcu - najważniejsze - to ja jestem rozlazła i marnuję masę czasu, podczas którego ani nie robię nic pożytecznego/przyjemnego, ani też nie odpoczywam.
Jak to stwierdzamy z Nieślubnym (średnio raz na dwa tygodnie) "Pora zmienić swoje życie".
Czas po temu jest dobry, za kilka dni, stuknie mi kolejna rocznica, to dobry czas na nowe postanowienia. I obym tym razem ich dotrzymała
Nie tak miało być, miałam odpocząć, nie odpoczęłam. Miałam się opalić - nic z tego. Pogoda wprawdzie była jak dzwon, ale nie było gdzie, kiedy, z kim... Miałam schudnąć - ważę więcej niż przed urlopem. Nie wiem dlaczego. Nie jem dużo. Ciągle byłam w ruchu (wycieczki do kotów, sprzątanie dość intensywne, bieganie za sprawami do załatwienia - na pewno więcej ruchu miałam niż w "trybie pracującym" gdzie osiem godzin spędzam za biurkiem). Uczyć też się nie uczyłam, jak tak dalej pójdzie, to w tym roku znów nie podejdę do egzaminu z greckiego. Nie było kasy, by uzupełnić zawartość szafy, zrobić porządek z moją garderobą. Podsumowując - rzec by można, że urlop był porażką.
Nie będę marudzić, wypłakiwać się - już się napłakałam nad sobą w czasie tego urlopu, bo nie potrafiłam nic zrobić, nic zmienić. Kasa, koty, sprawy, na które nie ma czasu normalnie - to fakty. To mi w dużej mierze zepsuło mój wolny czas. Ale... coś mi się wydaje, że największy problem tkwi we mnie. To ja nie umiem znaleźć sobie czegoś co mnie cieszy, to ja widzę tylko ograniczenia, a nie widzę możliwości. I w końcu - najważniejsze - to ja jestem rozlazła i marnuję masę czasu, podczas którego ani nie robię nic pożytecznego/przyjemnego, ani też nie odpoczywam.
Jak to stwierdzamy z Nieślubnym (średnio raz na dwa tygodnie) "Pora zmienić swoje życie".
Czas po temu jest dobry, za kilka dni, stuknie mi kolejna rocznica, to dobry czas na nowe postanowienia. I obym tym razem ich dotrzymała
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz