Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co mnie tak wysysa. Co sprawia, że jestem tak zamulona. Główna oskarżona to paradoksalnie spełnienie moich marzeń. Na imię ma praca.
Po latach bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia wreszcie ją znalazłam. Wydawało mi się wtedy, że złapałam Pana Boga za nogi. Tylko że z czasem okazało się, że te nogi śmierdzą.
W sumie to mam mieszane uczucia. Lubię tę robotę, lubię kontakt z ludźmi. Pewnie, zdarzają się delikatnie mówiąc "dziwni" klienci, którzy potrafią podnieść ciśnienie czy wręcz zepsuć dzień, ale przy odrobinie dystansu można sobie z tym radzić. Atmosfera jest w miarę OK, stresów nie ma, zarabiam nieźle... Gdzie więc jest ale?
Otóż praca w godzinach 10-18 jest dobijająca, ponieważ życie sprowadza się wyłącznie do pracy. Bo kiedy realizować się pozazawodowo? Rano, zanim obudzę dziecko? Czy między jego wyjściem do szkoły a moim do pracy? Czy też może wieczorem, kiedy Misza pójdzie już spać? A przecież jeszcze trzeba posprzątać, ugotować, prać, prasować, pomóc w lekcjach, zwyczajnie pobyć z dzieckiem. Z Ukochańcem też bym chciała spędzić trochę czasu...
Nie jestem jedyną kobietą, która pracuje w handlu, w takich godzinach. Ludzie jakoś żyją, więc pewnie się da. Ja sobie jednak nie radzę. I wpadam w coraz większe rozgoryczenie. Bo to nie koniec.
Kiedy przyjmowałam się do pracy, szefowa powiedziała, że soboty są pracujące i niepłatne. Jednak za sobotę można wybrać wolny dzień, trzeba tylko dać znać wcześniej, by można było zorganizować zastępstwo.
I tu wpadłam w pułapkę "szczęśliwego posiadacza długo poszukiwanej pracy". Pracowałam non-stop, by pokazać się od jak najlepszej strony. To dziadkowie chodzili na wywiadówki, na akademie z okazji Dnia Matki, odprowadzali dziecko na wycieczki itp.. Nawet kiedy już poczułam się zaakceptowana, nadal nie brałam wolnych dni. bo zawsze był zły moment. Bo ktoś na urlopie czy zwolnieniu, bo gorący sezon sprzedażowy.
I tak od trzech lat. Pracuję sześć dni w tygodniu. Zaniedbuję albo siebie, albo dziecko, albo dom. Nie mam kiedy jak człowiek wyjść na zakupy.
Pytałam kilka razy szefową, jak możemy rozwiązać ten problem. No i dowiedziałam się, że nie możemy. Bo nie ma ludzi na zastępstwa ani kasy, żeby tych ludzi zatrudnić, ani środków, by mi te nadgodziny opłacić. Podobnie rzecz się ma z zaległym urlopem (kilka dni, które się pojawiły z tytułu błędnego naliczenia prawa do urlopu - jakoś nikomu nie było na rękę zauważyć, że nabyłam prawo do 26 dni urlopu). OK. Ja wszystko rozumiem. ale dlaczego ona nie może zrozumieć mnie? Dlaczego mam pracować za darmo?
Miarka się przebrała, kiedy szefowa podczas rozmowy telefonicznej wspomniała o konieczności zmiany umowy. Na chwilę obecna oficjalnie zarabiam najniższą krajową. I tyle wpływa na konto. Zgodnie z naszą umową zarabiam więcej. Resztę dostaję do ręki. Zmiany mają dotyczyć właśnie kwestii finansowych. Czyli mam zarabiać brutto tyle ile teraz netto. Dla mnie to oznacza 400zł w plecy.
Myślę sobie, że ona po prostu się boi. Zwolnił się długoletni pracownik. Tak naprawdę to on był filarem firmy. To on wiedział wszystko i robił najwięcej, bo oprócz sprzedaży miał jeszcze na głowie koordynację i logistykę dwóch oddziałów. Ale po mięciu latach miał dość wiecznych nadgodzin i głodowych premii wypłacanych coraz częściej wg widzimisię właścicieli i masy innych nieprawidłowości. Od chwili jego odejścia nastąpiło w firmie Wielkie Zacieranie Śladów. I myślę, że to stąd pomysł na wyprostowanie kwestii mojego wynagrodzenia.
No dobrze, niech prostuje. ale nie moim kosztem. A przy okazji niech wyprostuje kwestię moich nadgodzin. Jeśli nie wie, jak rozwiązać ten problem, sąd pracy jej pomoże. Czekam sobie cierpliwie, aż się szefowa pofatyguje do mnie z tą nową umową. Nie mam zamiaru się zgodzić na proponowane przez nią warunki. Nie wiem czym się moja odmowa skończy. Jestem gotowa na wszystko. Mam już dość pracy non stop, niejasnych warunków. Chcę być pracownikiem, nie niewolnikiem. Chcę mieć też inne życie poza zawodowym, mieć czas by odpocząć, chcę mieć coś do powiedzenia na inny temat niż praca (Ukochaniec twierdzi, że rozmawiam wyłącznie o pracy i zdaje się, że ma rację).
Więc czekam. Dzień Sądu się zbliża!
Po latach bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia wreszcie ją znalazłam. Wydawało mi się wtedy, że złapałam Pana Boga za nogi. Tylko że z czasem okazało się, że te nogi śmierdzą.
W sumie to mam mieszane uczucia. Lubię tę robotę, lubię kontakt z ludźmi. Pewnie, zdarzają się delikatnie mówiąc "dziwni" klienci, którzy potrafią podnieść ciśnienie czy wręcz zepsuć dzień, ale przy odrobinie dystansu można sobie z tym radzić. Atmosfera jest w miarę OK, stresów nie ma, zarabiam nieźle... Gdzie więc jest ale?
Otóż praca w godzinach 10-18 jest dobijająca, ponieważ życie sprowadza się wyłącznie do pracy. Bo kiedy realizować się pozazawodowo? Rano, zanim obudzę dziecko? Czy między jego wyjściem do szkoły a moim do pracy? Czy też może wieczorem, kiedy Misza pójdzie już spać? A przecież jeszcze trzeba posprzątać, ugotować, prać, prasować, pomóc w lekcjach, zwyczajnie pobyć z dzieckiem. Z Ukochańcem też bym chciała spędzić trochę czasu...
Nie jestem jedyną kobietą, która pracuje w handlu, w takich godzinach. Ludzie jakoś żyją, więc pewnie się da. Ja sobie jednak nie radzę. I wpadam w coraz większe rozgoryczenie. Bo to nie koniec.
Kiedy przyjmowałam się do pracy, szefowa powiedziała, że soboty są pracujące i niepłatne. Jednak za sobotę można wybrać wolny dzień, trzeba tylko dać znać wcześniej, by można było zorganizować zastępstwo.
I tu wpadłam w pułapkę "szczęśliwego posiadacza długo poszukiwanej pracy". Pracowałam non-stop, by pokazać się od jak najlepszej strony. To dziadkowie chodzili na wywiadówki, na akademie z okazji Dnia Matki, odprowadzali dziecko na wycieczki itp.. Nawet kiedy już poczułam się zaakceptowana, nadal nie brałam wolnych dni. bo zawsze był zły moment. Bo ktoś na urlopie czy zwolnieniu, bo gorący sezon sprzedażowy.
I tak od trzech lat. Pracuję sześć dni w tygodniu. Zaniedbuję albo siebie, albo dziecko, albo dom. Nie mam kiedy jak człowiek wyjść na zakupy.
Pytałam kilka razy szefową, jak możemy rozwiązać ten problem. No i dowiedziałam się, że nie możemy. Bo nie ma ludzi na zastępstwa ani kasy, żeby tych ludzi zatrudnić, ani środków, by mi te nadgodziny opłacić. Podobnie rzecz się ma z zaległym urlopem (kilka dni, które się pojawiły z tytułu błędnego naliczenia prawa do urlopu - jakoś nikomu nie było na rękę zauważyć, że nabyłam prawo do 26 dni urlopu). OK. Ja wszystko rozumiem. ale dlaczego ona nie może zrozumieć mnie? Dlaczego mam pracować za darmo?
Miarka się przebrała, kiedy szefowa podczas rozmowy telefonicznej wspomniała o konieczności zmiany umowy. Na chwilę obecna oficjalnie zarabiam najniższą krajową. I tyle wpływa na konto. Zgodnie z naszą umową zarabiam więcej. Resztę dostaję do ręki. Zmiany mają dotyczyć właśnie kwestii finansowych. Czyli mam zarabiać brutto tyle ile teraz netto. Dla mnie to oznacza 400zł w plecy.
Myślę sobie, że ona po prostu się boi. Zwolnił się długoletni pracownik. Tak naprawdę to on był filarem firmy. To on wiedział wszystko i robił najwięcej, bo oprócz sprzedaży miał jeszcze na głowie koordynację i logistykę dwóch oddziałów. Ale po mięciu latach miał dość wiecznych nadgodzin i głodowych premii wypłacanych coraz częściej wg widzimisię właścicieli i masy innych nieprawidłowości. Od chwili jego odejścia nastąpiło w firmie Wielkie Zacieranie Śladów. I myślę, że to stąd pomysł na wyprostowanie kwestii mojego wynagrodzenia.
No dobrze, niech prostuje. ale nie moim kosztem. A przy okazji niech wyprostuje kwestię moich nadgodzin. Jeśli nie wie, jak rozwiązać ten problem, sąd pracy jej pomoże. Czekam sobie cierpliwie, aż się szefowa pofatyguje do mnie z tą nową umową. Nie mam zamiaru się zgodzić na proponowane przez nią warunki. Nie wiem czym się moja odmowa skończy. Jestem gotowa na wszystko. Mam już dość pracy non stop, niejasnych warunków. Chcę być pracownikiem, nie niewolnikiem. Chcę mieć też inne życie poza zawodowym, mieć czas by odpocząć, chcę mieć coś do powiedzenia na inny temat niż praca (Ukochaniec twierdzi, że rozmawiam wyłącznie o pracy i zdaje się, że ma rację).
Więc czekam. Dzień Sądu się zbliża!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz