sobota, 19 września 2009

Ona temu winna!

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co mnie tak wysysa. Co sprawia, że jestem tak zamulona. Główna oskarżona to paradoksalnie spełnienie moich marzeń. Na imię ma praca.
Po latach bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia wreszcie ją znalazłam. Wydawało mi się wtedy, że złapałam Pana Boga za nogi. Tylko że z czasem okazało się, że te nogi śmierdzą.
W sumie to mam mieszane uczucia. Lubię tę robotę, lubię kontakt z ludźmi. Pewnie, zdarzają się delikatnie mówiąc "dziwni" klienci, którzy potrafią podnieść ciśnienie czy wręcz zepsuć dzień, ale przy odrobinie dystansu można sobie z tym radzić. Atmosfera jest w miarę OK, stresów nie ma, zarabiam nieźle... Gdzie więc jest ale?

Otóż praca w godzinach 10-18 jest dobijająca, ponieważ życie sprowadza się wyłącznie do pracy. Bo kiedy realizować się pozazawodowo? Rano, zanim obudzę dziecko? Czy między jego wyjściem do szkoły a moim do pracy? Czy też może wieczorem, kiedy Misza pójdzie już spać? A przecież jeszcze trzeba posprzątać, ugotować, prać, prasować, pomóc w lekcjach, zwyczajnie pobyć z dzieckiem. Z Ukochańcem też bym chciała spędzić trochę czasu...
Nie jestem jedyną kobietą, która pracuje w handlu, w takich godzinach. Ludzie jakoś żyją, więc pewnie się da. Ja sobie jednak nie radzę. I wpadam w coraz większe rozgoryczenie. Bo to nie koniec.
Kiedy przyjmowałam się do pracy, szefowa powiedziała, że soboty są pracujące i niepłatne. Jednak za sobotę można wybrać wolny dzień, trzeba tylko dać znać wcześniej, by można było zorganizować zastępstwo.
I tu wpadłam w pułapkę "szczęśliwego posiadacza długo poszukiwanej pracy". Pracowałam non-stop, by pokazać się od jak najlepszej strony. To dziadkowie chodzili na wywiadówki, na akademie z okazji Dnia Matki, odprowadzali dziecko na wycieczki itp.. Nawet kiedy już poczułam się zaakceptowana, nadal nie brałam wolnych dni. bo zawsze był zły moment. Bo ktoś na urlopie czy zwolnieniu, bo gorący sezon sprzedażowy.
I tak od trzech lat. Pracuję sześć dni w tygodniu. Zaniedbuję albo siebie, albo dziecko, albo dom. Nie mam kiedy jak człowiek wyjść na zakupy.
Pytałam kilka razy szefową, jak możemy rozwiązać ten problem. No i dowiedziałam się, że nie możemy. Bo nie ma ludzi na zastępstwa ani kasy, żeby tych ludzi zatrudnić, ani środków, by mi te nadgodziny opłacić. Podobnie rzecz się ma z zaległym urlopem (kilka dni, które się pojawiły z tytułu błędnego naliczenia prawa do urlopu - jakoś nikomu nie było na rękę zauważyć, że nabyłam prawo do 26 dni urlopu). OK. Ja wszystko rozumiem. ale dlaczego ona nie może zrozumieć mnie? Dlaczego mam pracować za darmo?
Miarka się przebrała, kiedy szefowa podczas rozmowy telefonicznej wspomniała o konieczności zmiany umowy. Na chwilę obecna oficjalnie zarabiam najniższą krajową. I tyle wpływa na konto. Zgodnie z naszą umową zarabiam więcej. Resztę dostaję do ręki. Zmiany mają dotyczyć właśnie kwestii finansowych. Czyli mam zarabiać brutto tyle ile teraz netto. Dla mnie to oznacza 400zł w plecy.
Myślę sobie, że ona po prostu się boi. Zwolnił się długoletni pracownik. Tak naprawdę to on był filarem firmy. To on wiedział wszystko i robił najwięcej, bo oprócz sprzedaży miał jeszcze na głowie koordynację i logistykę dwóch oddziałów. Ale po mięciu latach miał dość wiecznych nadgodzin i głodowych premii wypłacanych coraz częściej wg widzimisię właścicieli i masy innych nieprawidłowości. Od chwili jego odejścia nastąpiło w firmie Wielkie Zacieranie Śladów. I myślę, że to stąd pomysł na wyprostowanie kwestii mojego wynagrodzenia.
No dobrze, niech prostuje. ale nie moim kosztem. A przy okazji niech wyprostuje kwestię moich nadgodzin. Jeśli nie wie, jak rozwiązać ten problem, sąd pracy jej pomoże. Czekam sobie cierpliwie, aż się szefowa pofatyguje do mnie z tą nową umową. Nie mam zamiaru się zgodzić na proponowane przez nią warunki. Nie wiem czym się moja odmowa skończy. Jestem gotowa na wszystko. Mam już dość pracy non stop, niejasnych warunków. Chcę być pracownikiem, nie niewolnikiem. Chcę mieć też inne życie poza zawodowym, mieć czas by odpocząć, chcę mieć coś do powiedzenia na inny temat niż praca (Ukochaniec twierdzi, że rozmawiam wyłącznie o pracy i zdaje się, że ma rację).
Więc czekam. Dzień Sądu się zbliża!

sobota, 5 września 2009

Czas zmian

Dał mi do myślenia ten mój nieszczęsny urlop. Trzy tygodnie wolnego, a ja jestem wykończona i niezadowolona z życia tak samo jak byłam przed nim.

Coś jest nie tak. Coś niedobrego się ze mną stało. Jeszcze kilka lat temu byłam wiecznie roześmianą dziewczyną, wulkanem energii z mnóstwem pomysłów. Miałam czas i chęci na spotkania z przyjaciółmi na pisanie listów, pamiętników/blogów, na hobby. Byłam samotną matka na utrzymaniu ojca alkoholika a potrafiłam być szczęśliwa, śmiać się, mieć pasje i marzenia.

A dziś? Mam pracę, mieszkam już "na swoim", jestem związana z najcudowniejszym facetem na świecie. Spełniły się moje marzenia. I jestem szczęśliwa. Naprawdę! Tylko... Jakoś tego nie widać. Brak mi energii na cokolwiek, nie umiem oczyścić głowy. Moje myśli krążą tylko wokół: "nie mogę, nie da się, nie mam siły, czasu" wciąż widzę ograniczenia, zamiast możliwości. Nie potrafię już pisać, czego dowodem są ostatnie notki.

Cierpię na przesilenie jesienno-zimowo-wiosenno-letnie. Chronicznie. Próbowałam to przespać, przeczekać, polubić - nic nie działa.

Za rok stuknie mi trzydziestka. Poważny wiek. Tyle, że ja już dziś czuję się, mówię, reaguję jak zmęczona życiem emerytka. Ja tak nie chcę! Zaczynam walczyć po raz kolejny i pewnie nie ostatni. Dla siebie i dla moich chłopców. Bo oni nie zasługują by ich wiecznie katować moimi humorami. Już dość!

czwartek, 3 września 2009

Mam go!

Po pierwsze mam najcudowniejszego faceta na świecie.
Po drugie mam w końcu Barbajorgosa, którego sama pewnie nigdy bym sobie nie kupiła!
Nieślubny zaskoczył mnie nieludzko, kiedy niespodziewanie wcześnie wrócił z pracy i stanął w drzwiach wołając mnie, bym podeszła.
Mój mężczyzna - ten sam który nie znosi "romantycznych bzdur", który uważa, że urodziny, czy imieniny to taki sam dzień jak każdy inny "i co tu świętować", że kupowanie prezentów z tytułu takich okazji to szczyt głupoty- stał w drzwiach z niepewną miną, wyciągnął z za pleców paczuszkę i wręczył mi mówiąc:
- Masz na urodziny.

znam go i wiem ile go ten gest kosztował. Jak musiał się "poświęcić", by to dla mnie zrobić. Dlatego dla mnie ten gest był najpiękniejszym wyznaniem.

To chyba na tym polega. Nie trzeba patrzeć sobie w oczy i non stop zapewniać się nawzajem o płomiennym uczuciu, ale - po prostu - czasem zapomnieć o sobie, zostawić siebie, swoje ja, by tej drugiej osobie było przyjemnie

A wracając do książki. Skoro już ją mam, to chyba trzeba by przysiąść i poważnie przyłożyć się do nauki, by w maju w końcu podejść do tego egzaminu, co?

Urlop - podsumowanie

Mamy czwartek. Zostało jeszcze jutro i weekend. W poniedziałek wprawdzie nie idę do pracy, ale jadę na szkolenie, więc cały dzień spędzę poza domem. W zasadzie więc urlop dobiegł końca.
Nie tak miało być, miałam odpocząć, nie odpoczęłam. Miałam się opalić - nic z tego. Pogoda wprawdzie była jak dzwon, ale nie było gdzie, kiedy, z kim... Miałam schudnąć - ważę więcej niż przed urlopem. Nie wiem dlaczego. Nie jem dużo. Ciągle byłam w ruchu (wycieczki do kotów, sprzątanie dość intensywne, bieganie za sprawami do załatwienia - na pewno więcej ruchu miałam niż w "trybie pracującym" gdzie osiem godzin spędzam za biurkiem). Uczyć też się nie uczyłam, jak tak dalej pójdzie, to w tym roku znów nie podejdę do egzaminu z greckiego. Nie było kasy, by uzupełnić zawartość szafy, zrobić porządek z moją garderobą. Podsumowując - rzec by można, że urlop był porażką.
Nie będę marudzić, wypłakiwać się - już się napłakałam nad sobą w czasie tego urlopu, bo nie potrafiłam nic zrobić, nic zmienić. Kasa, koty, sprawy, na które nie ma czasu normalnie - to fakty. To mi w dużej mierze zepsuło mój wolny czas. Ale... coś mi się wydaje, że największy problem tkwi we mnie. To ja nie umiem znaleźć sobie czegoś co mnie cieszy, to ja widzę tylko ograniczenia, a nie widzę możliwości. I w końcu - najważniejsze - to ja jestem rozlazła i marnuję masę czasu, podczas którego ani nie robię nic pożytecznego/przyjemnego, ani też nie odpoczywam.
Jak to stwierdzamy z Nieślubnym (średnio raz na dwa tygodnie) "Pora zmienić swoje życie".
Czas po temu jest dobry, za kilka dni, stuknie mi kolejna rocznica, to dobry czas na nowe postanowienia. I obym tym razem ich dotrzymała