Już jest. Ostatnie dni pracy tak mi dały popalić, że czekałam na niego jak na zbawienie. Wydawało się, że nigdy nie nadejdzie. Ale jak to zwykle bywa, pojawił się w swoim czasie.
Misza wrócił z obozu i zaraz następnego dnia wyjechał z dziadkami nad morze. Powinnam więc korzystać z życia i wolności i odpoczywać. A co robię?
Pranie się pierze, sterta prasowania na mnie czeka, mieszkanie woła o sprzątanie. Umówiłam się na dziś z S. i właściwie powinnam już być u niej, tym bardziej, że oprócz własnego mam jeszcze dwa koty pod opieką. A ja siedzę przed monitorem i marnuję czas. Coś czuję, że do pracy wrócę jeszcze bardziej zmęczona niż z niej wyszłam.
Nieślubny pewnie powiedziałby, że wymyślam sobie problemy, że mam się zdecydować i albo zakasać rękawy i zrobić co trzeba, albo siedzieć tępo przed kompem, skoro mi to sprawia przyjemność i nie zawracać sobie głowy myśleniem o obowiązkach.
Po co o tym wszystkim piszę? Narzekam? Nie! Ot, gadam sama ze sobą i próbuję się zdecydować, czy wolę odwalić obowiązki i mieć spokój, czy jednak jeszcze trochę poleniuchować.
Daję więc sama sobie solidnego kopa w tyłek i odlatuję na miotle. Jednak poczucie, że zrobiłam to, co sobie zaplanowałam jest bezcenne. Jakby się tak solidnie spiąć w tym tygodniu, to zostają następne dwa słodkiego, niczym nie zmąconego lenistwa:D
A na pocieszenie - zaplanowałam schudnąć na urlopie. Dziś nawet poćwiczyłam:D
Misza wrócił z obozu i zaraz następnego dnia wyjechał z dziadkami nad morze. Powinnam więc korzystać z życia i wolności i odpoczywać. A co robię?
Pranie się pierze, sterta prasowania na mnie czeka, mieszkanie woła o sprzątanie. Umówiłam się na dziś z S. i właściwie powinnam już być u niej, tym bardziej, że oprócz własnego mam jeszcze dwa koty pod opieką. A ja siedzę przed monitorem i marnuję czas. Coś czuję, że do pracy wrócę jeszcze bardziej zmęczona niż z niej wyszłam.
Nieślubny pewnie powiedziałby, że wymyślam sobie problemy, że mam się zdecydować i albo zakasać rękawy i zrobić co trzeba, albo siedzieć tępo przed kompem, skoro mi to sprawia przyjemność i nie zawracać sobie głowy myśleniem o obowiązkach.
Po co o tym wszystkim piszę? Narzekam? Nie! Ot, gadam sama ze sobą i próbuję się zdecydować, czy wolę odwalić obowiązki i mieć spokój, czy jednak jeszcze trochę poleniuchować.
Daję więc sama sobie solidnego kopa w tyłek i odlatuję na miotle. Jednak poczucie, że zrobiłam to, co sobie zaplanowałam jest bezcenne. Jakby się tak solidnie spiąć w tym tygodniu, to zostają następne dwa słodkiego, niczym nie zmąconego lenistwa:D
A na pocieszenie - zaplanowałam schudnąć na urlopie. Dziś nawet poćwiczyłam:D