wtorek, 18 sierpnia 2009

Urlop

Już jest. Ostatnie dni pracy tak mi dały popalić, że czekałam na niego jak na zbawienie. Wydawało się, że nigdy nie nadejdzie. Ale jak to zwykle bywa, pojawił się w swoim czasie.
Misza wrócił z obozu i zaraz następnego dnia wyjechał z dziadkami nad morze. Powinnam więc korzystać z życia i wolności i odpoczywać. A co robię?
Pranie się pierze, sterta prasowania na mnie czeka, mieszkanie woła o sprzątanie. Umówiłam się na dziś z S. i właściwie powinnam już być u niej, tym bardziej, że oprócz własnego mam jeszcze dwa koty pod opieką. A ja siedzę przed monitorem i marnuję czas. Coś czuję, że do pracy wrócę jeszcze bardziej zmęczona niż z niej wyszłam.
Nieślubny pewnie powiedziałby, że wymyślam sobie problemy, że mam się zdecydować i albo zakasać rękawy i zrobić co trzeba, albo siedzieć tępo przed kompem, skoro mi to sprawia przyjemność i nie zawracać sobie głowy myśleniem o obowiązkach.

Po co o tym wszystkim piszę? Narzekam? Nie! Ot, gadam sama ze sobą i próbuję się zdecydować, czy wolę odwalić obowiązki i mieć spokój, czy jednak jeszcze trochę poleniuchować.
Daję więc sama sobie solidnego kopa w tyłek i odlatuję na miotle. Jednak poczucie, że zrobiłam to, co sobie zaplanowałam jest bezcenne. Jakby się tak solidnie spiąć w tym tygodniu, to zostają następne dwa słodkiego, niczym nie zmąconego lenistwa:D
A na pocieszenie - zaplanowałam schudnąć na urlopie. Dziś nawet poćwiczyłam:D