Poniedziałek poprzedził piątkowo -sobotni napad mega chandry. Całe sobotnie popołudnie przeleżałam pod kołdrą płacząc obficie nad swoim losem, stwierdzając, że żyć mi się nie chce, bo i po co, świat jest do dupy, nikt mnie nie kocha, niczego w życiu nie osiągnę, nawet z prowadzeniem domu sobie nie radzę i... można by jeszcze długo wymieniać. W niedzielę wytarłam nos, nawet zakupy zrobiłam, ogarnęłam chatkę, wyszłam z chłopakami do parku, zdawać by się mogło, że wróciłam do równowagi.
Dziś przed pracą przygotowałam basenowy ekwipunek, żeby wyjść błyskawicznie i nie szukać wszystkiego gorączkowo i... ogarnęły mnie wątpliwości. No bo jak ja mogę sobie wyjść, jak tyle prania sie nazbierało, na sznurku wiszą szmaty, które trzeba wyprasować, w domu bałagan, obiad nie gotowy, jest poniedziałek, a ja nie mam przygotowanej lekcji na bloga... Nie przekonywał mnie nawet fakt, że rano waga wskazała obrzydliwe 65,0 kg.
Ukochaniec, w odpowiedzi na moją litanię argumentów przeciwko wyjściu, wykazał się zerowym zrozumieniem. Niemalże wypchnął mnie za drzwi, żądając, bym przestała marudzić i zrobiła w końcu coś dla siebie nie oglądając się na niego, Miszę i resztę świata. Z resztą – w początkowej fazie mojego basenowego projektu było, że synka będę zabierać, ale Duży mi nie pozwolił. Tupnął nogą: „To ma być Twój czas, obiecaj, że najwcześniej za trzecim razem go zabierzesz. Jemu nic nie będzie, a Ty może w końcu odpoczniesz” (I jak tu go nie kochać?)
Chcąc nie chcąc, zarzuciłam plecak na ramię, w uszy wrzuciłam muzyczkę i poszłam. Dziwnie mi było, że oni tam zostali, a ja po prostu sobie idę. Ale tylko przez chwilę. Już po kilku minutach poczułam się tak lekko, tak radośnie, jak nie czułam się już dawno.
A sam basen? Załamałam się. Zawsze twierdziłam, że w wodzie czuję się jak rybka a tu szok. Cztery spokojne długości i... zmęczenie! Tak! Ja się zmęczyłam w wodzie!!! Tak być nie może! Dzisiejszy dzień to dopiero początek. Jeszcze wrócę do formy! Jutro też idę!:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz