wtorek, 30 czerwca 2009

O tym, jak kot uratował mi życie

Czasem tak mam, że dopadają mnie jakieś depresyjne stany. Dużo chcę zrobić, ale nie mam siły. Więc denerwuję się, że mi nie wychodzi. Próbuję walczyć, efektów nie widzę, pogrążam się coraz bardziej, by w końcu schować się pod kocem, popłakać, stwierdzić, że życie nie ma sensu, że nie dam rady...
W takim właśnie byłam, kiedy chłopcy przynieśli kota. Chodziłam do pracy, wracałam, sprzątałam coś, albo nie. Gotowałam, lub nie. Jeśli udało mi się zmobilizować, padałam ze zmęczenia na twarz. Jeśli odpuściłam, czułam się paskudnie. Żadnych marzeń, planów perspektyw, bo "i tak się nie uda". Gdzieś tam tliło się w głowie, że przecież miałam się solidnie przyłożyć do greckiego, że przecież miałam wrócić do pisania - myśli te powodowały tylko żal do całego świata, że nie pozwala mi realizować się w tym, co kocham.
I wtedy, pojawiła się puchata kulka z trójkątną mordką. Taka ciepła i ufna. Spełnienie moich marzeń, bo przecież zawsze chciałam mieć kota. Momentalnie przepełniła mnie fala radości. Takiej najprostszej i dziecinnej, czystej i niczym nie zmąconej. Po prostu. Chodziłam po domu, szczerząc się do wszystkich, do całego świata.
I wtedy przypomniałam sobie, że to właśnie o to w życiu chodzi, żeby cieszyć się z bzdur, bo wielkie szczęścia zdarzają się rzadko. Że właśnie tak powinnam na co dzień wyglądać. Radosna i uśmiechnięta. Tulić moich mężczyzn milion razy dziennie, tak szczerze i miłośnie. Że czasem spełnianie marzeń jest takie proste. Że sama utrudniam sobie życie. Chociażby z blogiem.
Milion lat temu pisałam pamiętnik. Tej pisaniny wyszły dwa spore zeszyty. Potem przerwałam. Dorosłość okazała się bardzo czasochłonna. Jednak żyć się bez tego nie dało. Długie elaboraty, zastąpiły krótsze notatki w kalendarzu. Potem nadeszła era bloga. Tam to się mogłam wyżyć! Przesadziłam jednak z otwartością, z ekshibicjonizmem na blogu, traktując go tak samo jak pamiętnik i wierząc w życzliwość świata. W momencie, kiedy okazało się, że moje niepowodzenia służą komuś do podbudowywania własnego małego ego, zrobiłam szybki backup i usunęłam się z sieci.
A potem przyszedł czas na retrospekcje. Zaczęłam od początku. Dokonałam "zaślubin patyków". w kolejnym zeszycie przepisałam rzeczy warte zapamiętania, odsiałam masę bezsensownej blablaniny o niczym. Założyłam kolejnego bloga. W założeniu miał być "literacki", bo ubzdurałam sobie, że skoro kocham pisać, to umiem to robić. I projekt utknął w martwym punkcie. Bo ja nie potrafię wymyślać. Umiem pisać jedynie o sobie (ach ten egocentryzm). I nie zawsze potrafię ubrać myśli w słowa tak, by było ładnie i by z za liter nie wyglądała moja twarz. Zbyt prostolinijna jestem, by się kamuflować. Nie umiem! I tak sobie wisiał ten blog smutny i opuszczony, wywołujący moją frustrację, że znów nie podołałam.
I nagle, przybycie kota uświadomiło mi (nie wiem jaki to ma związek, ale tak własnie było), że robię błąd. Po jaką cholerę utrudniam sobie życie? Po jaką cholerę wymyśliłam Zośkę? Przecież Zośka to ja! Kubuś to Misza! Przecież nie mam się czego wstydzić! W imię czego wymyślam na siłę historię o sobie, wprowadzam jakąś pseudotajemniczą nutę, zamiast "zrobić sobie dobrze" jak mawia D. i po prostu wylać na klawiaturę co mi tam w duszy siedzi?
I to mnie uratowało. Okazało się, że ja ciągle mogę pisać, że mam o czym. Przestałam się czuć, jakby ktoś zabrał mi marzenia, znów poczułam że jestem szczęśliwa. A skoro mogę pisać, to mogę wszystko!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz