Byłam wczoraj w pracy, kiedy zadzwonili moi chłopcy i poinformowali mnie, że znaleźli kota i nikt go nie chce i on jest taki śliczny i biedny i smutny i my musimy go wziąć. Zaskoczyli mnie zupełnie, nie wiedziałam co odpowiedzieć. Gdyby Misza znalazł go sam, odmówiłabym kategorycznie (wiem z doświadczenia, że dzieci spragnione zwierzęcia, są w stanie odwiązać np. Psa sprzed sklepu i twierdzić uparcie, że on się zgubił i należy go adoptować), ale przecież byli razem – Duży i Mały!
Zarządziłam, by poszli z kotkiem do mojej mamy, przy jej Muńku kocina coś zje, mama podzieli się tym, co kotu najpotrzebniejsze w tej chwili. Po drodze wstąpili do mnie do pracy i... przepadłam! Kotek był śliczny a ja od razu poczułam, że jest mój!
- Mamo! I co? I co? Podoba Ci się? Zostanie u nas?
- Zostanie, zostanie – odpowiedziałam z uśmiechem.
I ten uśmiech nie schodził mi z buzi aż do wieczora. Z pracy wróciłam taszcząc kuwetę, miseczki na jedzenie oraz karmę. W domu zastałam kotka śpiącego. Chłopcy opowiadali, ze ślicznie się bawił, że jest wesoły, żywy i ufny.
Pomyślałam sobie, że tak miało być, że sam się pojawił u nas, zniecierpliwiony moim „jeszcze nie teraz” i „nie mamy warunków na trzymanie zwierzęcia”.
Śmiałam się cały wieczór i nie mogłam skończyć z podziękowaniami dla chłopaków. Wiedziałam już, że ten kot to jest właśnie to, czego potrzebowałam, żeby obudzić się z mojego uśpienia. I wiem też że przyjście kota zapoczątkowało zmiany. Na lepsze! Ale o tym następnym razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz