sobota, 11 kwietnia 2009

Jak dobrze wstać, skoro świt...

... i raźnym krokiem pomaszerować do pracy. To poczucie szczęścia jest szczególnie intensywne po każdej przerwie, kiedy nie mogę dojść do ładu z bałaganem, który zawsze pozostawia mi szef, kiedy mnie zastępuje.
Dzień pierwszy - Dzień Świra:
- Dzień dobry, bo ja dostałem takie pismo i nie wiem, o co chodzi...
- A co to za pismo?
- No takie (delikwent wręcza mi kopertę)
- Ale co tam napisali?
- A nie wiem, niech pani zobaczy.
A co ja do cholery jestem prywatna i darmowa sekretarka? - przychodzi mi do głowy po dwudziestym takim kliencie - Sam se czytaj! A poważniej - trudno mi zrozumieć dlaczego kilkadziesiąt dorosłych osób, które do mnie przyszły tego dnia zachowując się zgodnie z powyższym scenariuszem, bez widocznych oznak niedorozwoju umysłowego, nie może przeczytać ze zrozumieniem korespondencji skierowanej do siebie. I pomijam tu osoby starsze, które spora ilość tekstu może zniechęcać chociażby z powodu problemów ze wzrokiem czy innych..
Tak, wiem, po to tam jestem i za to mi płacą, by klient był miło i fachowo obsłużony. Więc biorę od każdego tę makulaturę, sprawdzam indywidualne szczegóły i tłumaczę cierpliwie. Co to, po co i co z tym zrobić dalej. A prywatnie może mnie to zdumiewać prawda?
W ramach anegdoty. To, że to jest męczące i zadziwiające, to fakt. A przerabia się takie akcje co jakiś czas. Nic nie pobije klienta z poprzedniej:
- Proszę pani, bo ja dostałem takie pismo i nie wiem, o co chodzi...
- Co to za pismo?
- No od was
- No ale co tam napisano?
- Nie wiem, nie czytałem, bo tyle papierów
- No dobrze, niech pan pokaże
- Ale nie mam go...
I jak tu pomóc? Oczywiści domyślałam się, czego mogła ta korespondencja dotyczyć, ale pewności przecież nie było. Ech, czasem ręce opadają...

Dzień drugi - Dzień Świstaka, czyli kolejna partia klientów, którzy nie zdążyli przyjść wczoraj. Katastrofy dopełnia postać z przeciwnej bajki. On korespondencji nie dostał i ponosi z tego tytułu konsekwencje. Gadka gęsi z prosięciem, bo ja próbuję mu wytłumaczyć co się stało i co można w tej sytuacji zrobić, a on nie daje mi dojść do słowa, tylko rzuca we mnie pretensjami za rzeczy, za które w żaden sposób nie mogę personalnie odpowiadać. Ja go rozumiem, naprawdę. Nie dziwię się, że jest zdenerwowany. Na jego miejscu też bym była. Problem w tym, że jemu nie tyle zależy na rozwiązaniu sprawy co na pokrzyczeniu na kogoś. A ja nie nadaję się do roli dziewczynki do bicia. Chcesz, żebym ci pomogła? chętnie to zrobię, ale powrzeszczeć możesz sobie na żonę, czy kolegę, jeśli ci pozwalają. Nie na mnie, bo jestem na to za duża i szkoda mi na to czasu. Zanim pan to zrozumiał, masa czasu i jeszcze więcej energii oraz dobrego humoru przepadło w niebyt.

Dzień trzeci - świrnięty świstak + grunt to słuchać ze zrozumieniem, a komunikacja to podstawa. Czyli przyjechała kontrola - wytknęła błędy i postraszyła ile następnym razem mogą nas one kosztować· Jak się okazało, zmieniła się trochę polityka firmy, zmieniły się priorytety. Gdybym o tym wiedziała - inaczej rozplanowałabym pracę. Zadbałabym , żeby błędy wyeliminować.
Kontrola przyjechała w celach edukacyjnych, czyli by nam pokazać niedociągnięcia, unaocznić jak to teraz będzie wyglądało i pogrozić paluszkiem. Konsekwencje będą wyciągane następnym razem. Szefowa zapytana przez kontrolę, dlaczego pracownicy (czyli ja) nie są informowani o istotnych zmianach, objeżdża mnie za chwilę telefonicznie, za wszystko co mi kontrola wytknęła. Totalny bezsens, bo zajmowałam się tym, co do tej pory było priorytetem, duperele zostawiając na potem. Nikt nie uznał za stosowne oświecić mnie, że od teraz duperele robimy najpierw. Ale reprymendę za niewiedzę mogłam dostać. Mało rzeczy drażni mnie tak jak bezsensowność działań czy zachowań.

Dzień czwarty - czyli wnioski pokontrolne. Tabun klientów z Dnia Świstaka, któremu próbuję stawić czoła. Jestem coraz bardziej zmęczona, na efekty nie trzeba długo czekać - nie umiem znaleźć klucza do jednej z szafek; szukając klucza gubię portfel, gdzie trzymam służbowe pieniądze. Muszę wziąć głęboki oddech, zapalić papierosa, przeszukać metodycznie miejsce pracy. Na szczęście poszukiwania przynoszą pozytywne skutki.
Dzwoni szef pytając z naciskiem, czy poprawiłam już wszystkie błędy wytknięte przy kontroli. Chwileczkę - to ja mam wiercić w ścianach by poprawić wizualizację? Ja się nie zgadzam! Ja nie podejmę sama decyzji, gdzie co ma wisieć, zresztą nawet nie mam miejsca, by to wszystko zmieścić. Moja argumentacja do niego nie przemawia - mam zdjąć baner reklamowy to i miejsce się znajdzie. Fajnie, tylko że czym go odkręcić? Próbowałam, naprawdę. Poddałam się w końcu.W końcu są w tej firmie jacyś faceci? Jutro będzie szef, to chyba może się tym zająć, skoro to tak banalnie proste?
I kolejny telefon - mam wezwać ponownie jednego z klientów, bo do centrali dotarł jego sprzęt, ale bez potrzebnych dokumentów. Pamiętam. Zaledwie miesiąc temu straciłam kupę nerwów na tę sprawę. Akurat wróciłam po urlopie i próbowałam na nowo się odrobić. Moją uwagę uwagę zwrócił rozpakowany sprzęt - nie nadający się do sprzedaży. Żadnej informacji, żadnego oznaczenia. Chwytam za telefon i rozmawiam z koleżankę, która mnie zastępowała:
- Ja nie wiem, co to jest, tak to leżało, to zostawiłam.
No to dzwonię do szefa, który również przyjeżdżał na zastępstwa:
- A ja nie wiem, co to jest, tak to leżało, więc nie ruszałem.
Wygląda więc na to, że jesteśmy świadkami cudu, albo kosmici w firmie grasują. Uruchomione przeze mnie śledztwo wykazuje, że mamy do czynienia z reklamacją. Zwrot przyjął szef (amnezja?), a protokół zwrotu w tajemniczych okolicznościach pojechał do głównej siedziby firmy..
Porządkują wszystko, spakowałam ten nieszczęsny towar opatrując go pisemną informacją, że należy dołączyć protokół, który mają u siebie... A dziś, po miesiącu - dostaję telefon z pretensjami i nakaz by dopełnić formalności.
Ręce i cycki opadają. Brak mi sił. Bo takie akcje to standard, do którego ja się nie mogę przyzwyczaić. Taki tydzień jak ten obecny (dobrze chociaż, że był krótszy niż zwykle) wysysa mnie z jakiejkolwiek energii.

Mam dość tej roboty. Swego czasu uratowała mnie przed załamaniem z powodu przedłużającego się bezrobocia. Dziś, po czterech latach wróciłam do punktu wyjścia. Jestem totalnie wypalona. Natłok informacji jest taki, że mimo ogromnego wysiłku, coraz trudniej nadążyć mi za zmianami. Stres, napięcie, coraz bardziej mnie wyniszczają. Rozkład dnia wytyczony przez pracę nie pozwala mi rozwijać się poza zawodowo. Te wszystkie czynniki utrudniają mi też realizowanie się w innych rolach. Zaniedbuję dom, dziecko, Nieślubnego.
Przeglądam oferty pracy w nadziei na zmianę. Czuję, że nie spełniam, żadnych wymagań, że do niczego się nie nadaję.
Tracę siły, energię, nadzieję.
Ginę. Wegetuję. A chciałabym żyć
RATUNKU!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz