niedziela, 27 grudnia 2009

Inwentaryzacja (ciągle w oparach absurdu)

I po raz kolejny tok myślenia moich szefów wprowadza mnie w stan osłupienia zupełnego.
Sprawa wygląda tak: Inwentaryzacja musi odbyć się w terminie 01-04 stycznia 2010 (włącznie). System sprzedażowy do czasu zakończenia inwentaryzacji jest zamknięty. Mój punkt sprzedaży znajduje się w domu handlowym. Wynajmujemy tam fragment powierzchni. To oznacza, że jestem uzależniona od godzin otwarcia sklepu. I tak w ciągu czterech sobotnich godzin mam zeskanować około 300 pozycji, gdzie każdą sztukę trzeba wyjąć z pudełka, odwinąć z folii, zeskanować dwukrotnie jeden numer seryjny, dostać się do drugiego numeru seryjnego, zeskanować go dwukrotnie, spakować ten sprzęt z powrotem i można przejść do następnej sztuki.
Co ciekawe,sklep będzie otwarty. Z doświadczenia wiem, że oplakatowanie się kartkami z napisem "INWENTARYZACJA - NIECZYNNE" nic nie daje i zamiast robić swoje, będę prowadzić durne dialogi:
- Dzień dobry, bo ja chciałem/am zapytać (tu dowolne pytanie związane z codziennością mojej pracy)
- Przykro mi, mamy dzisiaj inwentaryzację i punkt jest nieczynny, zapraszam w poniedziałek.
- Ale ja chcę tylko zapytać!!! (z pretensją w głosie)
- Żałuję, ale nie mogę pomóc, ponieważ jestem zajęta inwentaryzacją. W poniedziałek bardzo chętnie wszystko wyjaśnię.
- Ale ja chcę tylko zapytać! Łaskę pani robi, że odpowie? Chyba za to pani płacą?

I tak w ten deseń. I wychodzą mamrocząc pod nosem (ale tak, bym słyszała) na temat chamskiej obsługi. Większość z nich doskonale zdaje sobie sprawę, że tych spraw nie załatwia się w kilka sekund, które może rzeczywiście by mnie nie zbawiły. Że nie rozmawiamy o bułce, która niezależnie od innych zakupów zawsze kosztuje 0,29 PLN. Zresztą na krótkie pytania z krótką i jasną odpowiedzią zwykle odpowiadam, wierząc, że mniej czasu mi to zajmie, niż przytoczona wyżej przykładowa dyskusja. Zwykle się rozczarowuję, bo po pierwszym pytaniu pada następne i jesteśmy w punkcie wyjścia, a obraza klienta jeszcze większa, bo jak to być może, że ja już nie chcę z nim rozmawiać? Przecież za to mi płacą i to jest mój cholerny obowiązek. Co go obchodzi jakaś tam inwentaryzacja. On jest klientem i on żąda, bo klient nasz pan.

Jakby tego było mało, w drugim punkcie inwentaryzację będzie robił syn szefów, który nigdy się tym nie zajmował, więc będzie ciągle dzwonił i o wszystko pytał. Więc kolejny czynnik będzie odrywał mnie od pracy i wyrywał ze skupienia. Bądź co bądź on i tak ma łatwiej, bo jest w samodzielnym sklepie. Może sobie przyjść wcześniej, zamknąć później i - co najważniejsze - zamknąć drzwi i odgrodzić się od ludzi.
Nasz system sprzedażowy działa tak, że nie da się jednego dnia spisać części towaru, a następnego resztę. Nawet nie można na zbyt długo oderwać się od pracy, bo system wylogowuje po pary minutach bezczynności. Po prostu trzeba siąść spisać i zakończyć. Z doświadczenia wiem, że cztery godziny to cholernie mało czasu i marne są szanse bym się wyrobiła. Rozmawiałam o tym z szefami. ale usłyszałam: "raz, dwa przelecisz skanerem, to szybko idzie". Logiczniej byłoby w sobotę po prostu nie otwierać punktu a zrobić inwentaryzację w poniedziałek, kiedy sklep jest otwarty osiem godzin a tyle czasu wystarcza spokojnie, to nawet zbyt dużo. I ze względu na istnienie takich punktów jak moje, firma dała na zrobienie jej dwa dni do wyboru. Ale nie... Nie moi szefowie... Oni od tego mają ludzi, by ci dokonywali rzeczy niemożliwych. A jak się nie podoba, to zawsze można się zwolnić...

Ech, mam kilka dni na przygotowanie się, na przytarganie całego towaru z zaplecza, by potem nie biegać. I zrobię co będę mogła, by się w tych czterech godzinach zmieścić. Przeszło mi nawet przez myśl, by poprosić Ukochańca o pomoc. Dodatkowe ręce do wyciągania i wkładania z powrotem sprzętu bardzo by się przydały i wiele by ułatwiły. Ale nie zrobię tego, choć wiem, że nie odmówiłby mi. Bo niby w imię czego? Dlaczego i on ma tyrać za darmo, dla ludzi, którzy innych mają za nic? Jeśli nie uda mi się doprowadzić sprawy do końca w sobotę, cała moja praca pójdzie na marne. A wtedy - przysięgam - będę to robić w poniedziałek jeszcze raz. Baaardzo powoli. Bite osiem godzin, choć aż tyle czasu na to nie trzeba. Ot, taka mini wersja włoskiego strajku.
Bo przy tym wszystkim nikt nie raczył mnie poinformować (już nie śnię o proszeniu), że szefostwo wybiera się na kilkudniowy wyjazd sylwestrowy, w związku z czym, szefa w sobotę nie będzie (to on za mnie siedzi w soboty). Pozostaje się tylko cieszyć, że nie było nas stać na żadne wyjazdowe plany sylwestrowe, bo teraz musiałabym chyba odwoływać. Ciągle nie mogę sobie zakodować tego, że tu nie o kasę chodzi, że ja w ogóle ie mam prawa myśleć o wyjazdowym sylwestrze, bo to przywilej Panów, który Murzynkom - niewolnikom nie przysługuje. W innym przypadku przecież temat wymaga jakichś ustaleń?

niedziela, 20 grudnia 2009

W oparach absurdu (4)

Wyniosłam z domu zasadę, że z byle czym do lekarza się nie idzie, bo po co komuś zawracać głowę, skoro witaminę C, aspirynę i wapno mogę sobie zaaplikować sama. Katar, kaszel i poczucie ogólnego rozbicia to niewystarczający powód by nie przyjść do pracy. Z powyższych przyczyn nigdy nie byłam na zwolnieniu lekarskim. Nie przepadam też za ludźmi, którzy wykorzystują każdą okazje, by zrobić sobie wolne. Nie znoszę takiego kombinowania.
Ten nieszczęsny ból zęba dopadł mnie w okresie przedświątecznym, który wcale nie jest czasem radosnego wyczekiwania. Przeciwnie - to nerwy, pretensje, pośpiech. Szczególnie u mnie w pracy. Siedzę dzielnie, uśmiecham się, mimo że chce mi się wyć. Ale przecież nie pójdę na L-4 z powodu zęba i to jeszcze teraz. Kto mnie zastąpi, jak roboty jest tyle, że w pełnym składzie nie wyrabiamy?
A tu klient, któremu poprzedniego dnia 45 minut tłumaczyłam co i jak, pokazywałam dostępne opcje, tłumaczyłam co zyska, a co straci na każdej z nich. Dziś wrzeszczy i klnie, że on chciał inaczej (tylko że tłumaczyłam mu, że tak jak on chce się nie da i wybrał opcję najbardziej zbliżoną do swojej wizji). Próbuję mu tłumaczyć, ale on nie słucha, przyszedł sobie powrzeszczeć a nie rozwiązać problem.
Za chwilę drugi. Żąda rzeczy niemożliwych. Tłumaczę grzecznie dlaczego nie jestem w stanie dać mu czego chce. W niewybrednych słowach próbuje mi wmówić, że skoro on CHCE to tak ma być.
Nie mam czasu na takie przepychanki, bo kolejka czeka. Ucinam takie rozmowy, bo nie mają sensu i zajmuję się resztą klientów.
Pod koniec dniówki szef przez telefon oznajmia mi, że klienci się na mnie skarżą (jestem nieuprzejma i nie da się ze mną dogadać). Grozi zwolnieniem. Nie przedstawił konkretnych zarzutów tym samym nie dał szansy na obronę. Zostaję bez słowa.
Noc nieprzespana. Z bólu wyję i gryzę ściany. Wtedy podejmuję decyzję. Dość tego! Nie będę się poświęcać i przejmować firmą, która traktuje mnie jak śmiecia. Nie będę cierpieć w pracy, pozwalać żeby ludzie mnie obrażali i w zamian jeszcze zbierać reprymendy. To ja jestem najważniejsza. Muszę pokazać zęba dentyście nie czekając, aż znajdę na to czas.
Szefowa oczywiście niezadowolona na wieść, że nie przyjdę do pracy i wcale jej się nie dziwię. "A kogo ja mam za ciebie wysłać?"
Przykro mi to nie jest mój problem, ja nie jestem maszyną i mam prawo zachorować. Dotąd nigdy z tego prawa nie korzystałam, pomimo, że "okazje" ku temu były. Nie raz pracowałam na ostatnich nogach stawiając pracę ponad swoim zdrowiem.
Szef sądząc, że się obraziłam za reprymendę, sugeruje bym nie kombinowała. Myśli, że idę na L-4 bo zwrócił mi uwagę. Tłumaczę mu, ze jest na odwrót. To dlatego, że dotąd nic nie zrobiłam z tym zębem, nie mogę normalnie funkcjonować i mieć więcej cierpliwości dla klientów.
W ciągu dnia jeszcze jeden telefon od szefowej. Mam nie brać L-4 a tę niedyspozycję odrobię w soboty. I pluję sobie w brodę, że się nie odezwałam, że nie zaśmiałam się jej w twarz, bo przy sobotach, które przepracowałam za darmo, ona ma czelność kazać mi cokolwiek odrabiać. Zmilczałam. Wracając od lekarza wstąpiłam do firmy, rzuciłam L-4 na biurko bez słowa.
W sumie miałam trzy dni + weekend wolnego. Większość przespałam naćpana tabletkami, ale zresetowałam się też trochę, dzięki czemu w poniedziałek nadal trochę obolała mogłam wrócić na "front". Ciągle jednak przeraża mnie ich kombinatorstwo i mierzenie ludzi własną miarą

wtorek, 15 grudnia 2009

W oparach absurdu (3)

Kolejne ciekawe zjawisko. Jest zima, więc w pracy robi się gorąco. Już nie ma czasu na fajeczki, ploteczki na GG, nawet z wyjściem do toalety jest problem, bo klienci ustawiają się w kolejkę, która przez osiem godzin się nie kończy.
I w taki właśnie czas, przyjechał szef z towarem, po czym podszedł do stanowiska obok, kupił mi komputer i radośnie oznajmił, ze będę miała nowy.
Na moje pytanie, dlaczego teraz, w okresie największego ruchu, odpowiedział, że ze względu na koszty. Ok., rozumiem, trzeba się zmieścić z zakupami do końca roku, by powrzucać w koszty i poodliczać co się da. Nie znam się na tym za bardzo, ale argument do mnie przemówił. Przynajmniej jeśli chodzi o sam zakup, bo z jakiego powodu nie można było wstrzymać się z instalacją do spokojniejszych czasów, to już zrozumieć nie mogę.
Co szef powie, to święte, w związku z czym pewnego pięknego dnia bez uprzedzenia pojawił się w pracy informatyk i rozpoczęła się zabawa. On z braku miejsca w powietrzu instaluje na nowym sprzęcie wszystko co potrzeba, ja robię co do mnie należy. A to niełatwe, bo albo nie mam Internetu (informatyk przepiął kabel do nowego komputera, by sprawdzić, czy wszystko chodzi jak trzeba), albo drukarki (bo ją też trzeba zainstalować i posprawdzać) itd. Sytuacja napięta, bo tłum klientów wykazuje się zerowym zrozumieniem. Oni chcą mieć wszystko już!
- Pan jest ślepy? Długo mam tu jeszcze sterczeć? - obrywa się informatykowi (no niedobry, komputerkiem się bawi, zamiast obsłużyć Pana i Władcę.
Rozmawiam z klientem. Przedstawiam mu możliwe opcje, pomagam wybrać najkorzystniejsze dla niego rozwiązanie. Z kolejki poirytowany głos.
- Długo to jeszcze będzie trwać?
- Trudno powiedzieć,załatwimy sprawę i wtedy będę mogła zająć się panem. I obiecuję, że panu również chętnie poświęcę tyle czasu ile będzie trzeba. tylko proszę, nie przedłużajmy teraz niepotrzebnie...
Nic z tego. Pan przyszedł, więc żądał aby go obsłużyć natychmiast. Nie będzie stał w jakiejś głupiej kolejce. Wyszedł obrażony mieląc w ustach przekleństwa.
I tak do końca dnia. Pośpiech, nerwy, nieprzyjemne uwagi od klientów. Musieliśmy zostać trochę po godzinach. Informatyk nie zdążył na jakiś tam swój trening, ja spóźniłam się na zebranie rodziców w szkole.
A przecież instalację systemu, sterowników, konfigurację poczty mógł informatyk robić u siebie. Potem podłączyć wszystko w jakimś luźniejszym czasie. Kopie dokumentów miałam zrobioną, przerzuciłabym to sobie sama. Nie - ma być tu i teraz. I z jednoczesną w pełni profesjonalną obsługą klienta. Rozumiem, że szefostwo ma inne priorytety niż ja - to naturalne. Ale staram się patrzeć z ich perspektywy i nadal takie działania wydają mi się bez sensu. No ale ja się nie znam...

poniedziałek, 14 grudnia 2009

W oparach absurdu (2)

Kiedy przez kilka miesięcy pracowałam w głównej siedzibie firmy, mogłam docenić spokój, jaki miałam wcześniej. Przebywanie na co dzień z szefem było wybitnie męczące.
Ten człowiek jest tak wybitnie zakręcony, że ja w stanach najwyższego swojego przyspieszenia jestem totalnym żółwiem. Szef ma milion pomysłów na minutę a każdy do natychmiastowej realizacji. Jego obsługa klienta jest dla mnie absolutnie niepojęta. Mówi o wszystkim na raz i o niczym dokładnie. Kompletny chaos.
Na swoje szczęście dość szybko wróciłam "do siebie" na stanowisko, gdzie właściwie sama sobie jestem szefem, w tym sensie że sama decyduję o tempie racy, o priorytetach. Wiadomo, priorytetem zawsze jest klient, ale cała reszta to kwestia moich decyzji i mobilizacji.
Niestety efekty działań i charakteru mojego szefa dosięgają mnie czasem nawet na odległość. Po moim powrocie z letniego urlopu szef natychmiast do mnie zadzwonił, cały podekscytowany tym, jaką to mamy rewelacyjną promocję, jakie on zna niesamowite sposoby na jak najbardziej efektywną sprzedaż.
Durna baba, przecież go znam, wiem jaki jest. Trzeba było siedem razy wszystko sprawdzić, a ja po prostu przyjęłam za pewni to, co mówił i działałam jak kazał.
Kłopoty zaczęły się, kiedy klienci przychodzili pozałatwiać pewne sprawy i okazało się, że się nie da. Wtedy dopiero padły magiczne słowa: "Te promocje się nie łączą". Okazało się, że drugi oddział firmy doskonale o tym wiedział. Ale oni uczyli się promocji tradycyjnie, a nie przez szefa, do którego natychmiast zadzwoniłam i który ode mnie dowiedział się, jak to naprawdę wygląda. Na moje pytanie, co mam powiedzieć klientom, którzy będą przychodzić ze słusznymi pretensjami, usłyszałam od szefowej: "No musisz ponosić konsekwencje swoich (!) błędów".
I tak też się stało. Klienci przychodzili, większość udało się przekonać, że takie rozwiązanie jakie mają, jest dla nich korzystne, ale jedne trafił się wyjątkowo uparty. Szefowie zdecydowali, że zrekompensują mu stratę, którą poniósł. Łatwo im poszło, ponieważ pokryli sobie ten koszt z mojej premii. Po prostu poinformowano mnie telefonicznie o decyzji. Znów zaskoczyli mnie swoją bezczelnością, jak zwykle zadzwonili przy klientach, a jedyne słowa, które byłam w stanie wypowiedzieć nie należały do cenzuralnych i dopuszczalnych w stosunku do szefów...

sobota, 12 grudnia 2009

Ból

Nie jestem wyjątkiem i - jak chyba każdy boję się dentysty. A może właśnie jestem, bo mój strach ociera się o panikę. Zaczęło się w podstawówce, kiedy leczenie kanałowe tak dało mi w kość, że przed kolejną wizytą zwyczajnie - i pierwszy raz w życiu - płakałam ze strachu. Po tym koszmarze opuściłam gabinet stomatologiczny na bardzo długo. Wróciłam po latach, już w trakcie studiów. Postanowiłam wziąć się za siebie i usunąć pozostałość po leczonym kiedyś zębie. Plomba wypadła, to co z niej zostało, kruszyło się. Chciałam zapobiegawczo zrobić z tym porządek, zanim cokolwiek zacznie boleć. W nagrodę za odwagę wycierpiałam się okrutnie na fotelu, potem w nocy wyłam z bólu, by n a koniec dowiedzieć się, że pani doktor nie usunęła korzenia. I to mnie zniechęciło na dobre. Znów obraziłam się na stomatologię śmiertelnie.
Czasem coś bolało. Ćpałam tabletki jak świnia kartofle. Cierpiałam i modliłam się by przeszło. Śniłam koszmary o tym, jak ni stąd ni zowąd zaczynam wypluwać do garści kolejne zęby. Na samą myśl o wizycie w gabinecie doznawałam trzepotu serca i nagłego zwiotczenia mięśni nóg.
Dopiero pojawienie się w moim życiu Nieślubnego spowodowało zmianę podejścia do sprawy. Było mi przy nim wstyd za stan mojego uzębienia. Żartowałam sobie z nim, że musimy coś z tym zrobić, bo będzie miał "dziewczynę bez zęba na przedzie". Oczywiście, jak to u nas, długo kończyło się na samym gadaniu. Jednak jego i moje nieprzespane noce, stosy pożeranych tabletek wymusiły męską decyzję. Myślę, że gdyby nie zaczął chodzić ze mną do dentysty - sama jeszcze przez lata nie przemogłabym się. To dzięki niemu, dzięki jego obecności zaczęliśmy chodzić tam regularnie, pozbyłam się w końcu tych pozostawionych kilka lat temu korzeni, wieloletniej zaniedbanej dziury w jedynce, która również spędzała mi sen z powiek. Już nawet potrafię iść na wizytę sama, nie trzeba mnie już doprowadzać.
Wydawać by się mogło, że idzie ku dobremu, że aż bezsensem jest rozwodzenie się nad tym. Nic bardziej mylnego. Po raz kolejny mam dowód na to, że stomatolog to ZŁO. Jest sobotni wieczór, święta za pasem. Mieszkanie znów porasta kurzem, lodówka pusta, lekcje na bloga patrzą na mnie z wyrzutem. A ja siedzę zaćpana tabletkami i zastanawiam się jak przeżyć jeszcze dwa dni, zanim będę mogła pójść na kolejną, czwartą już, wizytę z tym samym zębem. I modlę się, by to się wreszcie skończyło, bo kolejnego tygodnia bólu nie wytrzymam.
Nie wiem, jak przetrwam poniedziałek w pracy. A muszę iść. Pani doktor przyjmuje dopiero wieczorem, a bezczynnie - sam na sam z własnym bólem - nie wytrzymam całego dnia.
A może ten ból też ma swój sens i cel? Może kiedy się go w końcu pozbędę, przestanę się doszukiwać problemów tylko zwyczajnie zacznę cieszyć się życiem?

środa, 2 grudnia 2009

W oparach absurdu (1)

Coraz częściej kolejne pomysły moich szefów doprowadzają mnie do rzadko spotykanego stanu zapomnienia języka w gębie. Za każdym razem, ręce opadają, otwieram, szeroko oczy, bo taka bezczelność wciąż jest dla mnie niewiarygodna.
Wspominałam już, że szefowa wprost oświadczyła mi, że nie zamierza zapłacić za moje nadgodziny (125 przepracowanych sobót oraz sześć dni zaległego urlopu z powodu błędnego naliczenia). Wściekła jestem, ale co właściwie mogę zrobić. PIP? Sąd? Ok, nawet jeśli odzyskam swoje, może nawet jakieś odszkodowanie. A co dalej? Na jak długo starczy tych pieniędzy? Bo przecież jasne jest, że nie będzie dało się dalej tam pracować. A ona korzysta z mojej bezradności.
Mało tego. Do tej pory pracowałam za najniższą krajową (oficjalnie) + reszta do ręki + ewentualne premie. W ramach robienia porządków w sprawach pracowniczych szefowa postanowiła to zmienić. W rozmowie telefonicznej ustaliła ze mną, że podniesie mi wynagrodzenie brutto, a netto będę zarabiać tyle samo, co do tej pory. Z pewnych względów, to rozwiązanie nie do końca była dla mnie atrakcyjne (tracę na tych zmianach ok. 250 zł miesięcznie), ale to już w końcu nie szefowej problem, tylko mój, więc nie dyskutowałam.
Pewnego pięknego dnia szefowa wpadła do mnie, jak zwykle jak po ogień. Podsunęła papiery do podpisania i znikła. Mea culpa, nie popatrzyłam dokładnie. Okazało się, że w aneksie jest o 100 zł netto mniej niż się umawiałyśmy. Więc jestem już 350 zł miesięcznie do tyłu. I co mi z tego, że mam podniesione wszystkie składki, skoro do ginekologa czy dentysty (właściwie jedyni lekarze, których odwiedzam regularnie) i tak chodzę prywatnie ze względu na godziny pracy? A emerytura - czy ja do niej w ogóle dożyję? Co mi z tego, skoro fizycznie zarabiam mniej niż do tej pory?
Co ciekawe, w tym aneksie do umowy, w rubryce "wynagrodzenie" stoi czarno na białym: kwota brutto + premia. A temat premii w naszej firmie wygląda tak, że ni stąd ni z owąd dzwoni szefowa i mówi: "za miesiąc... masz tyle i tyle premii, minus 18% podatku, czyli weź sobie z kasy tyle i tyle". Kiedy zostanie wypłacona premia, w jakiej wysokości i na jakiej podstawie jest naliczona oraz co to za tajemniczy podatek, tego nikt nie wie.
Szefowa ma zadziwiające wyczucie i zawsze zadzwoni ze swoimi rewelacja wtedy, kiedy mam tłum klientów. A ja ciągle jestem zbyt porządna czy lojalne, by przy "obcych" drążyć temat. Cóż... "Grzeczne dziewczynki idą do nieba..."
Zresztą ja nie mam sił na walkę z wiatrakami. Po ludzku nie da się tego załatwić, na pracę jestem skazana, dopóki nie znajdę czegoś lepszego. Czekam na dobry czas i staram się nie tracić nadziei, że on kiedykolwiek nadejdzie.

wtorek, 1 grudnia 2009

W oparach słodkich fajek, w oparach wódki...

Jakąś dziwną tendencję mają moi klienci, by przychodzić do mnie w stanie wskazującym na spożycie. Czasem wpadają bezpośrednio po piwku, czasem są zwyczajnie wczorajsi... Generalnie po prostu śmierdzą.
Pewnie ktoś, kto patrzy z zewnątrz myśli sobie: "Tej to dobrze, siedzi cały dzień przed komputerem, klepie w klawiaturkę, spokojnie, przyjemnie czyściutko i na luziku". Tymczasem nie wygląda to tak różowo. Siedzę i rozmawiam z ludźmi niezależnie od tego, czy mam na to ochotę, czy nie. Mogę padać na nos, może mnie boleć głowa, czy ząb” - mimo wszystko muszę być zawsze otwarta, pomocna uśmiechnięta i przyjazna.
Nie, nie narzekam, w sumie każdy ma to samo w swojej pracy. Nie dzieje mi się krzywda. Jednak dziwi mnie to, że pracując w cywilizowanym miejscu, cały dzień spędzam w odorze mniej lub bardziej przetrawionego alkoholu i papierosów.
Swego czasu pracowałam w knajpie stojąc kilkanaście godzin dziennie za barem. I nie miałam takich spostrzeżeń. Zadziwiające, że ludzie chlejący wódkę w barze nie śmierdzą, a ci, którzy teraz przychodzą podpisać od mnie umowy - owszem.
Tak sobie wspominam teraz te "barowe" miesiące - różnie bywało jak to z ludźmi i jak to przy wódce.Ale kiedy później pisałam w listach motywacyjnych, że lubię pracę z ludźmi - byłam szczera. Teraz bywa, że mam tak dosyć, że marzę o robocie przy taśmie produkcyjnej. Mechanicznej, tępej i nudnej i całkowicie przewidywalnej. Z dala od przepełnionych postawą roszczeniową ludzi,którzy zdołali się dowiedzieć, że "klient nasz pan", ale jakoś nie byli w stanie pojąć, że kultura powinna obowiązywać obie strony jakiejkolwiek międzyludzkiej interakcji.

czwartek, 26 listopada 2009

A ja się nie dam!

Niby nie jest dobrze. Nieślubny zbyt wcześnie po chorobie podjął nową pracę i oczywiście na nowo się rozłożył. Na razie skupiamy się na tym, by postawić go do pionu - to najważniejsze. Staramy się nie myśleć o niepokoju, który tli się na dnie duszy i pyta co dalej z Nieślubnego sferą zawodową.
Był u mnie Kłapouchy. Wyczuł mój lekki kryzys i chciał wrócić. Jednak Tygrys dzielnie walczy o swoją pozycję. Nie poddajemy się. Tygrys jest uparty i nie działają na niego sztuczki "za późno wstałam, już nie ma sensu zabierać się za robotę", czy "zacznę od jutra". Nawet poranna obecność Nieślubnego, która zawsze była doskonałym pretekstem do leniuchowania, tym razem nie działa. Mało tego, Mężczyzna jest zobligowany do dokończenia obiadu, dzięki czemu ja mogę poświęcić się Wyższym Celom - czyli szorować świątecznie szafki w kuchni. Swoją drogą właśnie doszłam do wniosku, że kiedy skończę już to moje sprzątanie, odpocznę kilka dni w święta, to właściwie będę mogła zacząć całą zabawę od nowa i sprzątać na wielkanoc, hihi.Wiem, banał. To powszechnie znana prawda, że robota w domu to robota głupiego. Mnie zaskakuje fakt, że przestało mnie to denerwować, tylko jak głupia się cieszę, że mam gimnastykę na cały rok zapewnioną!
Już się bałam, że znowu polegnę. Że znów życie udowodni mi mój słomiany zapał, że znów stanę w punkcie wyjścia. A ja nie - konsekwentnie realizuję swój plan!
Niby nie jest dobrze, a jednak w moich oczach znów płonie światełko, a pyszczek nawet czasem się usmiecha.

wtorek, 24 listopada 2009

Wiesz?

Pamiętam, jakie morze łez wylałam podczas naszej pierwszej kłótni. Jak zaniemówiłam pod gradem Twoich słów. Bolesnych, niesprawiedliwych. Nauczyłam się nie reagować na nie. Nauczyłam się tego, nauczyłam się Ciebie. Nauczyłam się puszczać mimo uszu, nie zwracać uwagi, patrzeć z boku.
Powiedziałam Ci kiedyś, że na tym polega moja walka o Nas. Wbrew swojej duszy rogatej, niewyparzonemu językowi, naturze, która każe zawsze mieć ostatnie słowo. Pozornie składam broń. Nie mam potrzeby udowadniać Ci, że też jestem w tym dobra, że potrafię ukłuć boleśniej niż Ty. Jednak w tym wszystkim nie tracę panowania. Kalkuluję na chłodno, wiem, że jeśli odeprę atak, to będzie koniec wszystkiego.
Wolę zacząć z Tobą rozmawiać, kiedy już wyplujesz z siebie wszystko i ochłoniesz. Dopiero wtedy ma to jakikolwiek sens. Dopiero wtedy zaczyna się dialog.
Ciągle jednak nie umiem sobie poradzić z tym, co robisz nieświadomie. Mam nadzieję, że nieświadomie. Potrafisz zranić tak, że mięśnie doznają nagłego zwiotczenia i przestają być zdolne do jakiegokolwiek działania. tak bardzo, że w jednej sekundzie ziemia usuwa się spod stóp, a kolejny oddech przestaje mieć jakikolwiek sens.

Znów dziś przez Ciebie umarłam.

piątek, 20 listopada 2009

Houston, mamy problem!

Jest dobrze, bardzo dobrze nawet!
Zawsze denerwowało mnie, że nadchodzi weekend, a ja zamiast odpocząć, nadrabiam zaległości w sprzątaniu, bo dochodzę do wniosku, że nie mogę już patrzeć na ten syf. I zamiast odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś przyjemnego, spędzić miło czas, ganiałam ze szmatą sfrustrowana i wściekła.A dziś, wolna sobota, mieszkanko posprzątane już wczoraj... żyć nie umierać. Pewnie, trzeba wyskoczyć na zakupy, zrobić jakiś obiad itepe itede - Ameryki nie odkrywam, robota w domu nigdy się nie kończy, to jasne i z tym nie ma co walczyć:D
Problem (bo oczywiście go sobie wymyśliłam, ja to nie umiem żyć bez problemów) leży gdzie indziej. A mianowicie w zbyt krótkiej dobie. Otóż nie wiadomo dlaczego moja doba ma tylko 24 godziny. Rano mam czas przed pracą, by ogarnąć mieszkanie, przygotować chłopakom coś do jedzenia, potem praca, a po pracy - wrócić, zjeść coś, posiedzieć z chłopakami, pogadać z nimi i... trzeba iść spać! A kiedy poczytać? Popisać? Pouczyć się? Nabalsamować milion miejsc na ciele? Obciąć/spiłować/pomalować/ dwadzieścia paznokci? Zmyć lakier z dwudziestu paznokci? Wydepilować brwi i inne części ciała? Obejrzeć dobry film? Spotkać się z kimś fajnym? ... NO KIEDY???
W przyszłym tygodniu muszę lecieć do jednego urzędu, potem do dostawcy Internetu, buty do szewca zanieść - oczywiście to wszystko przed pracą. Nie wiem w związku z tym, jak ma mi się udać ogarnąć mieszkanie, ugotować obiad. Wystarczy jedna sprawa do załatwienia i już cały dzień się sypie.

W związku z tym, że nadal rządzi mną Tygrys, taki problem to nie problem, to się teraz "wyzwanie" nazywa. I jeszcze wierzę, że to rozwiążę, że jakoś sobie poradzę. Nie chcę znowu osiąść w marazmie z myślą "i tak nic mi się nie uda".
Na razie wymyśliłam, że nie będę się wygłupiać ze świątecznym sprzątaniem. Nie mam zamiaru poświęcać tygodnia, albo co gorsza kilku wyczekiwanych zawsze sobót na morderczy wysiłek, którego efektów i tak już w drugi dzień świąt nie widać.Wolę sobie do codziennego sprzątania (które zajmuje mi chwilę) dorzucić codzień jedną rzecz (jedna szafka/jedno okno/cokolwiek). Akurat do świąt powinnam się wyrobić, a efekt będzie ten sam a przynajmniej bardzo podobny.
Dodatkowym plusem takiej metody jest zapewniona codzienna gimnastyka, na którą też nie ma nigdy czasu. Nie mogę w to uwierzyć, ale (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć) waga leciutko spada w dół! Jedzenie normalne/jedzenie częste małych porcji/nie jedzenie/gimnastyka/basen (fakt, że te ostatnie dwie pozycje jakoś mało systematyczne i trwałe były) nie przynosiły żadnych rezultatów. A tu proszę, wzięła się baba do normalnej swojej roboty i chudnie! Wszystkie zwierzątka przybierają na zimę na wadze a ja chudnę! Oby tak dalej, potrzeba mi teraz pozytywnych bodźców!

czwartek, 19 listopada 2009

Brak słów...

Wygląda na to, że:
1. Punkt Pierwszy: Nieślubny ma zawsze rację.
2. Punkt Drugi: Jeżeli przypadkiem Nieślubny akurat nie ma racji, to... patrz Punkt Pierwszy.
Bo znowu wyszło na jego!
Właściwie Nieślubny jest jedynym znanym mi osobiście człowiekiem, który popiera moje greckie językowe szaleństwo. Wprawdzie uważa, ze mogłabym sobie wymyślić jakiś bardziej przydatny język, ale nie przeszkadza mi, wspiera mnie, słucha moich niekończących się wywodów na ten temat...
Niejednokrotnie wypowiadał się krytycznie na temat stosowanych przeze mnie metod. Nie jeden raz tłukł do głowy, że podstawą jest po prostu intensywne rycie słówek na blachę. W teorii zgadzałam się z nim, w praktyce robiłam po swojemu.
I wyłożyłam się. Ktoś wrzucił ćwiczenia na forum i postanowiłam się sprawdzić. Akurat internetowe pomoce naukowe zawiodły, więc w jednym miejscu strzeliłam i... Spudłowałam! Wyłożyłam się na słówku, które parę tygodni temu własnoręcznie wklepywałam na bloga! Ale porażka! nic tylko tłuc baranka o ścianę...
I pewnie bym się załamała, obraziła na świat, rzuciła książki i słowniki w kąt,ale Tygrys nie pozwala. Daje za to jeszcze większą motywację i mobilizację w związku z czym wracam do tłuczenia słówek (co nie znaczy, że dotychczasowych działań zaniecham!:

środa, 18 listopada 2009

Znalazłam Tygrysa!

Już od bardzo dawna Hania próbując dać mi pozytywnego kopa przypomina mi o Tygrysie, którego mam w duszy i którego nie wiedzieć czemu zadeptał Kłapouchy.
Już od bardzo dawna Nieślubny przygląda mi się smutno i mówi, że ciągle jestem smutna i zła, że nic mnie nie cieszy, nie śmieję się, nic mi się nie chce.
Wiedziałam, że mają rację. Próbowałam go odnaleźć, wołałam, krzyczałam i nic. Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Im głośniej i bardziej rozpaczliwie wołałam Tygrysa, tym bardziej ironicznie i mściwie uśmiechał się Kłapouchy. Najwidoczniej świetnie się bawił siedząc wygodnie z założoną nogą na nogę i kołysząc kopytkiem.
Dałam sobie spokój. Przestałam szukać. Zwinęłam się w kłębek i poszłam spać snem zimowym. A Tygrys znalazł się sam! Obudził mnie natychmiast i skutecznie. Błyskawicznie poradził sobie z tym, z czym Osioł nie dał rady. Pomógł przed pracą posprzątać mieszkanie, nawet obiad Chłopakom ugotował! Sprawił, że pobyt w pracy nie boli. Uratował mnie.
Już dawno mówiłam, że jestem bosa ale w glanach, że żyję na huśtawce. Że jestem dwubiegunowa. Jestem Tygrysem bądź Kłapouchym. Może mam rozdwojenie jaźni, może to tylko psychoza depresyjno-maniakalna. Jak zwał tak zwał. Nieważne. Obecnie rządzi Tygrys!

wtorek, 10 listopada 2009

Gorzej być nie może...

Rozmowa z szefową uświadomiła mi, że to już mój definitywny koniec w tej firmie. nie mam co liczyć na jej uczciwość, na to, że w jakikolwiek sposób odda mi moje przepracowane nadgodziny. Mało tego, obniżyła mi wynagrodzenie. Wymyśliła jakiś system prowizyjny, który zmienia się, gdy tylko przychodzi do płacenia. Trzeba uciekać jak najszybciej. Ale dokąd?
Składałam ostatnio aplikację do nowej pracy, miałam nadzieję na zmiany. Niestety nie udało się.
Nie mogę sobie pozwolić na odejście, gdy nie mam niczego w zamian. Ofert pracy jak na lekarstwo a chętnych na każdy wolny etat ogrom. Trzeba zacisnąć zęby i przeczekać, choć tak wiele kosztuje mnie codzienne przychodzenie do miejsca, w którym oszukują mnie na każdym kroku.
Na domiar złego Nieślubny dorobił się zapalenia płuc, więc na jakiś czas wyłączony jest z szans na jakąkolwiek aktywność zawodową. Wobec powyższego należy się cieszyć, ze w ogóle mam jakąkolwiek pracę i źródło dochodów.
Przytłoczeni problemami zdrowotno-zawodowymi przestaliśmy rozmawiać. Każde z nas zamknęło się w swoim światku, żeby nie myśleć za dużo. Nie dzielimy się tym niepokojem o przyszłość, żeby się wzajemnie nie zadręczać. To trochę tak jakbyśmy zapadli w sen zimowy. Czekamy na lepsze czasy.
Ten przedłużający się stan doprowadził nas do burzliwej dyskusji,która tak naprawdę niczego nie zmieniła. Uspokoiła nas jednak, że popsuło się wszystko wokół, ale nie my. I nawet jeśli rzeczywiście zahibernowaliśmy się, to razem i zgodnie sobie pochrapujemy.
Gorzej być nie może? Może, oczywiście, że może, ale przecież nie musi!

wtorek, 20 października 2009

Pisać każdy może...

...trochę lepiej, lub trochę gorzej - parafrazując starą piosenkę. dużo ostatnio myślałam o swoim pisaniu. Miotałam się bardzo próbując nadać styl swoim literkom. Popadałam w skrajności uprawiając skrajny ekshibicjonizm, to znów siliłam się na tworzenie literatury. Próbowałam stworzyć jakąś postać, ale nie umiałam oderwać jej od siebie. Z coraz większym niesmakiem patrzyłam na swojego bloga. Coraz większym obrzydzeniem napawały mnie wciąż te same zwroty, myśli, słowa..
Zastanawiałam się czy dobrze robię puszczając te swoje pierdolety interferencyjne (określenie Katarzyny Grocholi - spodobało mi się nieludzko, więc przywłaszczam!) w eter. Jednak nie bardzo już umiem pisać tradycyjny pamiętnik, taki co to chowa się gdzieś głęboko, na dnie sekretnej szuflady. Widocznie na dobre stałam się już dzieckiem Internetu.

Cóż... chyba na progu trzydziestki pora pogodzić się z tym, że literat to ze mnie nie będzie. I nie będę płakać z tego powodu. Ważne, że pławienie się w tych moich bolączkach, wywalenie tego wszystkiego stawia mnie do pionu, pozwala się trochę otrząsnąć, nabrać odrobiny dystansu do życia i samej siebie. Już funkcjonuję o niebo lepiej niż kilka miesięcy temu.

Kolejny życiowy paradoks, bo patrząc obiektywnie dobrze nie jest, a ja potrafię sobie z tym poradzić.
Nieślubny pożegnał się z "kumplem - wspólnikiem" (który to pod szyldem wspólnej firmy chciał się wzbogacić na zasadzie: "Będziemy mieć wspólną firmę. Ty będziesz pracował, ja prezesował. Będę ci płacił śmieszne stawki, a ty będziesz bił mi pokłony) i okazało się, że nową pracę wcale nie tak łatwo znaleźć. Żyjemy więc z jednej pensji, oszczędności topnieją i boję się o przyszłość. Nie jest dobrze. Nieślubny źle się czuje. Bezużyteczny i niepotrzebny a nawet jak zawalidroga. Nie jest łatwo, tym bardziej, że to nie koniec kłopotów.
Paradoks polega na tym, że ja się pozbierałam. Psychicznie i wewnętrznie. Albo pomogło mi pisanie, albo w obliczu prawdziwych problemów pozbierałam w całość tę kupkę nieszczęścia, jaką jeszcze chwilę temu byłam. Bo nie ma wyjścia. Bo trzeba walczyć. O siebie. O życie. O nas.

I nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być gorzej. Przecież zawsze możemy zacząć się żreć, albo nawet rozstać z hukiem. A my pchamy sobie RAZEM ten wspólny wózek i jest dobrze. A ja zawsze mogę o tym wszystkim napisać!

czwartek, 15 października 2009

Róbmy swoje!

Jak zwykle Nieślubny miał rację. Nie można przejmować się za bardzo. Nie wolno rozmyślać za dużo o swoich problemach, bo pożytku z tego żadnego, a można załamać się do reszty.
Idąc za jego radą, co dzień po przyjściu z pracy wyrzucam z siebie wszystko, co boli i gryzie, a kiedy już się wygadam, biorę głęboki oddech i zaczynam żyć. Robię swoje. Byle do przodu.
Okazuje się zresztą, że u sąsiada w ogródku trawa jest zawsze bardziej zielona niż w naszym. Spotkałam się z Hanią, potem pogadałam on-line z D. Jedna wychowuje synka, druga jest na zwolnieniu lekarskim, bo czeka na swojego dzidziusia. Obie w dołku, bo duszą się w domu, nudzą się w roli kur domowych. Ja tymczasem narzekam na pracę, brak czasu dla siebie, dla domu, dla dziecka. I chętnie pozamieniałybyśmy się miejscami.
Receptę dla nas trzech mam jedną: Robić swoje! Znaleźć coś, cokolwiek, co sprawia przyjemność i poświęcać się temu. Choćby przez kilka minut dziennie jeśli nie można inaczej. To nie jest rada wyssana z durnego poradnika psychologicznego. To jest coś co praktykuję na sobie i działa!. Pewnie, że nie zawsze, że może przytrafić się gorszy dzień, ale przynajmniej da się żyć

sobota, 19 września 2009

Ona temu winna!

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co mnie tak wysysa. Co sprawia, że jestem tak zamulona. Główna oskarżona to paradoksalnie spełnienie moich marzeń. Na imię ma praca.
Po latach bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia wreszcie ją znalazłam. Wydawało mi się wtedy, że złapałam Pana Boga za nogi. Tylko że z czasem okazało się, że te nogi śmierdzą.
W sumie to mam mieszane uczucia. Lubię tę robotę, lubię kontakt z ludźmi. Pewnie, zdarzają się delikatnie mówiąc "dziwni" klienci, którzy potrafią podnieść ciśnienie czy wręcz zepsuć dzień, ale przy odrobinie dystansu można sobie z tym radzić. Atmosfera jest w miarę OK, stresów nie ma, zarabiam nieźle... Gdzie więc jest ale?

Otóż praca w godzinach 10-18 jest dobijająca, ponieważ życie sprowadza się wyłącznie do pracy. Bo kiedy realizować się pozazawodowo? Rano, zanim obudzę dziecko? Czy między jego wyjściem do szkoły a moim do pracy? Czy też może wieczorem, kiedy Misza pójdzie już spać? A przecież jeszcze trzeba posprzątać, ugotować, prać, prasować, pomóc w lekcjach, zwyczajnie pobyć z dzieckiem. Z Ukochańcem też bym chciała spędzić trochę czasu...
Nie jestem jedyną kobietą, która pracuje w handlu, w takich godzinach. Ludzie jakoś żyją, więc pewnie się da. Ja sobie jednak nie radzę. I wpadam w coraz większe rozgoryczenie. Bo to nie koniec.
Kiedy przyjmowałam się do pracy, szefowa powiedziała, że soboty są pracujące i niepłatne. Jednak za sobotę można wybrać wolny dzień, trzeba tylko dać znać wcześniej, by można było zorganizować zastępstwo.
I tu wpadłam w pułapkę "szczęśliwego posiadacza długo poszukiwanej pracy". Pracowałam non-stop, by pokazać się od jak najlepszej strony. To dziadkowie chodzili na wywiadówki, na akademie z okazji Dnia Matki, odprowadzali dziecko na wycieczki itp.. Nawet kiedy już poczułam się zaakceptowana, nadal nie brałam wolnych dni. bo zawsze był zły moment. Bo ktoś na urlopie czy zwolnieniu, bo gorący sezon sprzedażowy.
I tak od trzech lat. Pracuję sześć dni w tygodniu. Zaniedbuję albo siebie, albo dziecko, albo dom. Nie mam kiedy jak człowiek wyjść na zakupy.
Pytałam kilka razy szefową, jak możemy rozwiązać ten problem. No i dowiedziałam się, że nie możemy. Bo nie ma ludzi na zastępstwa ani kasy, żeby tych ludzi zatrudnić, ani środków, by mi te nadgodziny opłacić. Podobnie rzecz się ma z zaległym urlopem (kilka dni, które się pojawiły z tytułu błędnego naliczenia prawa do urlopu - jakoś nikomu nie było na rękę zauważyć, że nabyłam prawo do 26 dni urlopu). OK. Ja wszystko rozumiem. ale dlaczego ona nie może zrozumieć mnie? Dlaczego mam pracować za darmo?
Miarka się przebrała, kiedy szefowa podczas rozmowy telefonicznej wspomniała o konieczności zmiany umowy. Na chwilę obecna oficjalnie zarabiam najniższą krajową. I tyle wpływa na konto. Zgodnie z naszą umową zarabiam więcej. Resztę dostaję do ręki. Zmiany mają dotyczyć właśnie kwestii finansowych. Czyli mam zarabiać brutto tyle ile teraz netto. Dla mnie to oznacza 400zł w plecy.
Myślę sobie, że ona po prostu się boi. Zwolnił się długoletni pracownik. Tak naprawdę to on był filarem firmy. To on wiedział wszystko i robił najwięcej, bo oprócz sprzedaży miał jeszcze na głowie koordynację i logistykę dwóch oddziałów. Ale po mięciu latach miał dość wiecznych nadgodzin i głodowych premii wypłacanych coraz częściej wg widzimisię właścicieli i masy innych nieprawidłowości. Od chwili jego odejścia nastąpiło w firmie Wielkie Zacieranie Śladów. I myślę, że to stąd pomysł na wyprostowanie kwestii mojego wynagrodzenia.
No dobrze, niech prostuje. ale nie moim kosztem. A przy okazji niech wyprostuje kwestię moich nadgodzin. Jeśli nie wie, jak rozwiązać ten problem, sąd pracy jej pomoże. Czekam sobie cierpliwie, aż się szefowa pofatyguje do mnie z tą nową umową. Nie mam zamiaru się zgodzić na proponowane przez nią warunki. Nie wiem czym się moja odmowa skończy. Jestem gotowa na wszystko. Mam już dość pracy non stop, niejasnych warunków. Chcę być pracownikiem, nie niewolnikiem. Chcę mieć też inne życie poza zawodowym, mieć czas by odpocząć, chcę mieć coś do powiedzenia na inny temat niż praca (Ukochaniec twierdzi, że rozmawiam wyłącznie o pracy i zdaje się, że ma rację).
Więc czekam. Dzień Sądu się zbliża!

sobota, 5 września 2009

Czas zmian

Dał mi do myślenia ten mój nieszczęsny urlop. Trzy tygodnie wolnego, a ja jestem wykończona i niezadowolona z życia tak samo jak byłam przed nim.

Coś jest nie tak. Coś niedobrego się ze mną stało. Jeszcze kilka lat temu byłam wiecznie roześmianą dziewczyną, wulkanem energii z mnóstwem pomysłów. Miałam czas i chęci na spotkania z przyjaciółmi na pisanie listów, pamiętników/blogów, na hobby. Byłam samotną matka na utrzymaniu ojca alkoholika a potrafiłam być szczęśliwa, śmiać się, mieć pasje i marzenia.

A dziś? Mam pracę, mieszkam już "na swoim", jestem związana z najcudowniejszym facetem na świecie. Spełniły się moje marzenia. I jestem szczęśliwa. Naprawdę! Tylko... Jakoś tego nie widać. Brak mi energii na cokolwiek, nie umiem oczyścić głowy. Moje myśli krążą tylko wokół: "nie mogę, nie da się, nie mam siły, czasu" wciąż widzę ograniczenia, zamiast możliwości. Nie potrafię już pisać, czego dowodem są ostatnie notki.

Cierpię na przesilenie jesienno-zimowo-wiosenno-letnie. Chronicznie. Próbowałam to przespać, przeczekać, polubić - nic nie działa.

Za rok stuknie mi trzydziestka. Poważny wiek. Tyle, że ja już dziś czuję się, mówię, reaguję jak zmęczona życiem emerytka. Ja tak nie chcę! Zaczynam walczyć po raz kolejny i pewnie nie ostatni. Dla siebie i dla moich chłopców. Bo oni nie zasługują by ich wiecznie katować moimi humorami. Już dość!

czwartek, 3 września 2009

Mam go!

Po pierwsze mam najcudowniejszego faceta na świecie.
Po drugie mam w końcu Barbajorgosa, którego sama pewnie nigdy bym sobie nie kupiła!
Nieślubny zaskoczył mnie nieludzko, kiedy niespodziewanie wcześnie wrócił z pracy i stanął w drzwiach wołając mnie, bym podeszła.
Mój mężczyzna - ten sam który nie znosi "romantycznych bzdur", który uważa, że urodziny, czy imieniny to taki sam dzień jak każdy inny "i co tu świętować", że kupowanie prezentów z tytułu takich okazji to szczyt głupoty- stał w drzwiach z niepewną miną, wyciągnął z za pleców paczuszkę i wręczył mi mówiąc:
- Masz na urodziny.

znam go i wiem ile go ten gest kosztował. Jak musiał się "poświęcić", by to dla mnie zrobić. Dlatego dla mnie ten gest był najpiękniejszym wyznaniem.

To chyba na tym polega. Nie trzeba patrzeć sobie w oczy i non stop zapewniać się nawzajem o płomiennym uczuciu, ale - po prostu - czasem zapomnieć o sobie, zostawić siebie, swoje ja, by tej drugiej osobie było przyjemnie

A wracając do książki. Skoro już ją mam, to chyba trzeba by przysiąść i poważnie przyłożyć się do nauki, by w maju w końcu podejść do tego egzaminu, co?

Urlop - podsumowanie

Mamy czwartek. Zostało jeszcze jutro i weekend. W poniedziałek wprawdzie nie idę do pracy, ale jadę na szkolenie, więc cały dzień spędzę poza domem. W zasadzie więc urlop dobiegł końca.
Nie tak miało być, miałam odpocząć, nie odpoczęłam. Miałam się opalić - nic z tego. Pogoda wprawdzie była jak dzwon, ale nie było gdzie, kiedy, z kim... Miałam schudnąć - ważę więcej niż przed urlopem. Nie wiem dlaczego. Nie jem dużo. Ciągle byłam w ruchu (wycieczki do kotów, sprzątanie dość intensywne, bieganie za sprawami do załatwienia - na pewno więcej ruchu miałam niż w "trybie pracującym" gdzie osiem godzin spędzam za biurkiem). Uczyć też się nie uczyłam, jak tak dalej pójdzie, to w tym roku znów nie podejdę do egzaminu z greckiego. Nie było kasy, by uzupełnić zawartość szafy, zrobić porządek z moją garderobą. Podsumowując - rzec by można, że urlop był porażką.
Nie będę marudzić, wypłakiwać się - już się napłakałam nad sobą w czasie tego urlopu, bo nie potrafiłam nic zrobić, nic zmienić. Kasa, koty, sprawy, na które nie ma czasu normalnie - to fakty. To mi w dużej mierze zepsuło mój wolny czas. Ale... coś mi się wydaje, że największy problem tkwi we mnie. To ja nie umiem znaleźć sobie czegoś co mnie cieszy, to ja widzę tylko ograniczenia, a nie widzę możliwości. I w końcu - najważniejsze - to ja jestem rozlazła i marnuję masę czasu, podczas którego ani nie robię nic pożytecznego/przyjemnego, ani też nie odpoczywam.
Jak to stwierdzamy z Nieślubnym (średnio raz na dwa tygodnie) "Pora zmienić swoje życie".
Czas po temu jest dobry, za kilka dni, stuknie mi kolejna rocznica, to dobry czas na nowe postanowienia. I obym tym razem ich dotrzymała

wtorek, 18 sierpnia 2009

Urlop

Już jest. Ostatnie dni pracy tak mi dały popalić, że czekałam na niego jak na zbawienie. Wydawało się, że nigdy nie nadejdzie. Ale jak to zwykle bywa, pojawił się w swoim czasie.
Misza wrócił z obozu i zaraz następnego dnia wyjechał z dziadkami nad morze. Powinnam więc korzystać z życia i wolności i odpoczywać. A co robię?
Pranie się pierze, sterta prasowania na mnie czeka, mieszkanie woła o sprzątanie. Umówiłam się na dziś z S. i właściwie powinnam już być u niej, tym bardziej, że oprócz własnego mam jeszcze dwa koty pod opieką. A ja siedzę przed monitorem i marnuję czas. Coś czuję, że do pracy wrócę jeszcze bardziej zmęczona niż z niej wyszłam.
Nieślubny pewnie powiedziałby, że wymyślam sobie problemy, że mam się zdecydować i albo zakasać rękawy i zrobić co trzeba, albo siedzieć tępo przed kompem, skoro mi to sprawia przyjemność i nie zawracać sobie głowy myśleniem o obowiązkach.

Po co o tym wszystkim piszę? Narzekam? Nie! Ot, gadam sama ze sobą i próbuję się zdecydować, czy wolę odwalić obowiązki i mieć spokój, czy jednak jeszcze trochę poleniuchować.
Daję więc sama sobie solidnego kopa w tyłek i odlatuję na miotle. Jednak poczucie, że zrobiłam to, co sobie zaplanowałam jest bezcenne. Jakby się tak solidnie spiąć w tym tygodniu, to zostają następne dwa słodkiego, niczym nie zmąconego lenistwa:D
A na pocieszenie - zaplanowałam schudnąć na urlopie. Dziś nawet poćwiczyłam:D

wtorek, 14 lipca 2009

Basen

W ramach brania się za siebie postanowiłam zacząć regularnie chodzić na basen. Oczywiście – jak to zawsze z moimi postanowieniami bywa – zadziałała złośliwość rzeczy martwych i okazało się, że basen jest w remoncie. Ale powiedziałam: „Choćby się waliło i paliło, od poniedziałku zaczynam!”

Poniedziałek poprzedził piątkowo -sobotni napad mega chandry. Całe sobotnie popołudnie przeleżałam pod kołdrą płacząc obficie nad swoim losem, stwierdzając, że żyć mi się nie chce, bo i po co, świat jest do dupy, nikt mnie nie kocha, niczego w życiu nie osiągnę, nawet z prowadzeniem domu sobie nie radzę i... można by jeszcze długo wymieniać. W niedzielę wytarłam nos, nawet zakupy zrobiłam, ogarnęłam chatkę, wyszłam z chłopakami do parku, zdawać by się mogło, że wróciłam do równowagi.

Dziś przed pracą przygotowałam basenowy ekwipunek, żeby wyjść błyskawicznie i nie szukać wszystkiego gorączkowo i... ogarnęły mnie wątpliwości. No bo jak ja mogę sobie wyjść, jak tyle prania sie nazbierało, na sznurku wiszą szmaty, które trzeba wyprasować, w domu bałagan, obiad nie gotowy, jest poniedziałek, a ja nie mam przygotowanej lekcji na bloga... Nie przekonywał mnie nawet fakt, że rano waga wskazała obrzydliwe 65,0 kg.

Ukochaniec, w odpowiedzi na moją litanię argumentów przeciwko wyjściu, wykazał się zerowym zrozumieniem. Niemalże wypchnął mnie za drzwi, żądając, bym przestała marudzić i zrobiła w końcu coś dla siebie nie oglądając się na niego, Miszę i resztę świata. Z resztą – w początkowej fazie mojego basenowego projektu było, że synka będę zabierać, ale Duży mi nie pozwolił. Tupnął nogą: „To ma być Twój czas, obiecaj, że najwcześniej za trzecim razem go zabierzesz. Jemu nic nie będzie, a Ty może w końcu odpoczniesz” (I jak tu go nie kochać?)

Chcąc nie chcąc, zarzuciłam plecak na ramię, w uszy wrzuciłam muzyczkę i poszłam. Dziwnie mi było, że oni tam zostali, a ja po prostu sobie idę. Ale tylko przez chwilę. Już po kilku minutach poczułam się tak lekko, tak radośnie, jak nie czułam się już dawno.

A sam basen? Załamałam się. Zawsze twierdziłam, że w wodzie czuję się jak rybka a tu szok. Cztery spokojne długości i... zmęczenie! Tak! Ja się zmęczyłam w wodzie!!! Tak być nie może! Dzisiejszy dzień to dopiero początek. Jeszcze wrócę do formy! Jutro też idę!:)

A na pocieszenie: szerokość basenu jeszcze pod wodą przepływam (z długością zawsze miałam problem i chyba tylko raz tego dokonałam, ale popracuję nad tym)

wtorek, 30 czerwca 2009

O tym, jak kot uratował mi życie

Czasem tak mam, że dopadają mnie jakieś depresyjne stany. Dużo chcę zrobić, ale nie mam siły. Więc denerwuję się, że mi nie wychodzi. Próbuję walczyć, efektów nie widzę, pogrążam się coraz bardziej, by w końcu schować się pod kocem, popłakać, stwierdzić, że życie nie ma sensu, że nie dam rady...
W takim właśnie byłam, kiedy chłopcy przynieśli kota. Chodziłam do pracy, wracałam, sprzątałam coś, albo nie. Gotowałam, lub nie. Jeśli udało mi się zmobilizować, padałam ze zmęczenia na twarz. Jeśli odpuściłam, czułam się paskudnie. Żadnych marzeń, planów perspektyw, bo "i tak się nie uda". Gdzieś tam tliło się w głowie, że przecież miałam się solidnie przyłożyć do greckiego, że przecież miałam wrócić do pisania - myśli te powodowały tylko żal do całego świata, że nie pozwala mi realizować się w tym, co kocham.
I wtedy, pojawiła się puchata kulka z trójkątną mordką. Taka ciepła i ufna. Spełnienie moich marzeń, bo przecież zawsze chciałam mieć kota. Momentalnie przepełniła mnie fala radości. Takiej najprostszej i dziecinnej, czystej i niczym nie zmąconej. Po prostu. Chodziłam po domu, szczerząc się do wszystkich, do całego świata.
I wtedy przypomniałam sobie, że to właśnie o to w życiu chodzi, żeby cieszyć się z bzdur, bo wielkie szczęścia zdarzają się rzadko. Że właśnie tak powinnam na co dzień wyglądać. Radosna i uśmiechnięta. Tulić moich mężczyzn milion razy dziennie, tak szczerze i miłośnie. Że czasem spełnianie marzeń jest takie proste. Że sama utrudniam sobie życie. Chociażby z blogiem.
Milion lat temu pisałam pamiętnik. Tej pisaniny wyszły dwa spore zeszyty. Potem przerwałam. Dorosłość okazała się bardzo czasochłonna. Jednak żyć się bez tego nie dało. Długie elaboraty, zastąpiły krótsze notatki w kalendarzu. Potem nadeszła era bloga. Tam to się mogłam wyżyć! Przesadziłam jednak z otwartością, z ekshibicjonizmem na blogu, traktując go tak samo jak pamiętnik i wierząc w życzliwość świata. W momencie, kiedy okazało się, że moje niepowodzenia służą komuś do podbudowywania własnego małego ego, zrobiłam szybki backup i usunęłam się z sieci.
A potem przyszedł czas na retrospekcje. Zaczęłam od początku. Dokonałam "zaślubin patyków". w kolejnym zeszycie przepisałam rzeczy warte zapamiętania, odsiałam masę bezsensownej blablaniny o niczym. Założyłam kolejnego bloga. W założeniu miał być "literacki", bo ubzdurałam sobie, że skoro kocham pisać, to umiem to robić. I projekt utknął w martwym punkcie. Bo ja nie potrafię wymyślać. Umiem pisać jedynie o sobie (ach ten egocentryzm). I nie zawsze potrafię ubrać myśli w słowa tak, by było ładnie i by z za liter nie wyglądała moja twarz. Zbyt prostolinijna jestem, by się kamuflować. Nie umiem! I tak sobie wisiał ten blog smutny i opuszczony, wywołujący moją frustrację, że znów nie podołałam.
I nagle, przybycie kota uświadomiło mi (nie wiem jaki to ma związek, ale tak własnie było), że robię błąd. Po jaką cholerę utrudniam sobie życie? Po jaką cholerę wymyśliłam Zośkę? Przecież Zośka to ja! Kubuś to Misza! Przecież nie mam się czego wstydzić! W imię czego wymyślam na siłę historię o sobie, wprowadzam jakąś pseudotajemniczą nutę, zamiast "zrobić sobie dobrze" jak mawia D. i po prostu wylać na klawiaturę co mi tam w duszy siedzi?
I to mnie uratowało. Okazało się, że ja ciągle mogę pisać, że mam o czym. Przestałam się czuć, jakby ktoś zabrał mi marzenia, znów poczułam że jestem szczęśliwa. A skoro mogę pisać, to mogę wszystko!

piątek, 19 czerwca 2009

Mam kota!

Kocham koty, nie ma nic przyjemniejszego niż mrucząca na kolanach kupka sierści. I wiedziałam, ze będę mieć kota, pragnęłam tego z całego serca, tylko że zawsze na kota nie było odpowiedniego czasu. Bo pracujemy od rana do wieczora, bo nie radzę sobie z obowiązkami domowymi i matczynymi, więc jak tu zapraszać dodatkowego lokatora. W związku z powyższym temat kota był odkładany w nieskończoność.

Byłam wczoraj w pracy, kiedy zadzwonili moi chłopcy i poinformowali mnie, że znaleźli kota i nikt go nie chce i on jest taki śliczny i biedny i smutny i my musimy go wziąć. Zaskoczyli mnie zupełnie, nie wiedziałam co odpowiedzieć. Gdyby Misza znalazł go sam, odmówiłabym kategorycznie (wiem z doświadczenia, że dzieci spragnione zwierzęcia, są w stanie odwiązać np. Psa sprzed sklepu i twierdzić uparcie, że on się zgubił i należy go adoptować), ale przecież byli razem – Duży i Mały!

Zarządziłam, by poszli z kotkiem do mojej mamy, przy jej Muńku kocina coś zje, mama podzieli się tym, co kotu najpotrzebniejsze w tej chwili. Po drodze wstąpili do mnie do pracy i... przepadłam! Kotek był śliczny a ja od razu poczułam, że jest mój!

- Mamo! I co? I co? Podoba Ci się? Zostanie u nas?

- Zostanie, zostanie – odpowiedziałam z uśmiechem.

I ten uśmiech nie schodził mi z buzi aż do wieczora. Z pracy wróciłam taszcząc kuwetę, miseczki na jedzenie oraz karmę. W domu zastałam kotka śpiącego. Chłopcy opowiadali, ze ślicznie się bawił, że jest wesoły, żywy i ufny.

Pomyślałam sobie, że tak miało być, że sam się pojawił u nas, zniecierpliwiony moim „jeszcze nie teraz” i „nie mamy warunków na trzymanie zwierzęcia”.

Śmiałam się cały wieczór i nie mogłam skończyć z podziękowaniami dla chłopaków. Wiedziałam już, że ten kot to jest właśnie to, czego potrzebowałam, żeby obudzić się z mojego uśpienia. I wiem też że przyjście kota zapoczątkowało zmiany. Na lepsze! Ale o tym następnym razem.

piątek, 22 maja 2009

Zakupowy horror

Ktoś powiedział, że zakupy to najlepszy dla kobiety sposób, na poprawę nastroju.
Albo ten ktoś nie znał Zośki, albo nie jest ona kobietą, bo stwierdzenie to w ogóle jej nie dotyczy.
Już dawno stwierdziła, że jej garderoba nadaje się do totalnej wymiany. Wszystkie ciuchy stare, niemodne, nadgryzione zębem czasu - powyciągane i wypłowiałe.
Z zazdrością obserwowała koleżanki z pracy, zawsze świetnie ubrane. Ona przy nich zawsze wyglądała jak uboga krewna.
Wiadomo, mało kto może sobie pozwolić na to, by wywalić całą zawartość szafy i kupić nową. Zośka również do tych osób nie należy, więc podeszła do sprawy metodycznie. W zeszłym miesiącu kupiła buty. Poszło w miarę bezboleśnie. Teraz przyszła kolej na dżinsy - i tu pojawił się problem.
W ostatnich miesiącach przybyło jej parę kilo. Na tyle dużo, ze nie dało się tego nie zauważyć. W jednych dżinsach wystrzelił guzik, kiedy próbowała je zapiąć, w drugich poszedł zamek. Trzecie pękły na tyłku. Czwarte, ostatnie zjeżdżały jej z pupy.
Wybrała się więc na zakupy. Spodnie, które dobrze prezentowały się na wieszaku, czy manekinie, za nic nie chciały jej przejść przez biodra. Te, które przecisnęła, nie chciały się zapiąć. Rozmiar większe - beznadziejnie podkreślały jej wydatne biodra. Przygnębiona mierzyła kolejne pary podsuwane jej przez sprzedawczynię o anielskiej cierpliwości. Z obrzydzeniem brała do ręki kolejne, coraz większe partie materiału. W końcu znalazła coś w czym nie wyglądała karykaturalnie. Zapłaciła i wyszła ze sklepu.
W drodze powrotnej przyglądała się mijanym kobietom. Jak na złość - wszystkie obrzydliwie szczupłe, z wąziutkimi taliami, ślicznie zarysowanymi bioderkami, zgrabnymi pupami

Do domu dotarła ze łzami w oczach.
- Kupiłaś? - Zainteresował się Nieślubny
- Kupiłam.
- Pokaż się!
- Nie!
- Dlaczego? I co to w ogóle za minka? Czemu ty płaczesz?
- Bo to są spodnie na słoooonia!

W końcu przymierzyła, dała się obejrzeć i natychmiast zdjęła znienawidzone gacie i wrzuciła je na dno szafy.
Nie pomogły tłumaczenia Ukochańca, że świetnie wygląda, że lepiej je pasują te spodnie, niż wszystkie stare, które ma, że jemu się podoba, że jest najseksowniejszą kobietą na Ziemi.
Zawzięła się - "Zrzucę cztery kilo do końca miesiąca, choćbym się miała zagłodzić!"

sobota, 11 kwietnia 2009

Jak dobrze wstać, skoro świt...

... i raźnym krokiem pomaszerować do pracy. To poczucie szczęścia jest szczególnie intensywne po każdej przerwie, kiedy nie mogę dojść do ładu z bałaganem, który zawsze pozostawia mi szef, kiedy mnie zastępuje.
Dzień pierwszy - Dzień Świra:
- Dzień dobry, bo ja dostałem takie pismo i nie wiem, o co chodzi...
- A co to za pismo?
- No takie (delikwent wręcza mi kopertę)
- Ale co tam napisali?
- A nie wiem, niech pani zobaczy.
A co ja do cholery jestem prywatna i darmowa sekretarka? - przychodzi mi do głowy po dwudziestym takim kliencie - Sam se czytaj! A poważniej - trudno mi zrozumieć dlaczego kilkadziesiąt dorosłych osób, które do mnie przyszły tego dnia zachowując się zgodnie z powyższym scenariuszem, bez widocznych oznak niedorozwoju umysłowego, nie może przeczytać ze zrozumieniem korespondencji skierowanej do siebie. I pomijam tu osoby starsze, które spora ilość tekstu może zniechęcać chociażby z powodu problemów ze wzrokiem czy innych..
Tak, wiem, po to tam jestem i za to mi płacą, by klient był miło i fachowo obsłużony. Więc biorę od każdego tę makulaturę, sprawdzam indywidualne szczegóły i tłumaczę cierpliwie. Co to, po co i co z tym zrobić dalej. A prywatnie może mnie to zdumiewać prawda?
W ramach anegdoty. To, że to jest męczące i zadziwiające, to fakt. A przerabia się takie akcje co jakiś czas. Nic nie pobije klienta z poprzedniej:
- Proszę pani, bo ja dostałem takie pismo i nie wiem, o co chodzi...
- Co to za pismo?
- No od was
- No ale co tam napisano?
- Nie wiem, nie czytałem, bo tyle papierów
- No dobrze, niech pan pokaże
- Ale nie mam go...
I jak tu pomóc? Oczywiści domyślałam się, czego mogła ta korespondencja dotyczyć, ale pewności przecież nie było. Ech, czasem ręce opadają...

Dzień drugi - Dzień Świstaka, czyli kolejna partia klientów, którzy nie zdążyli przyjść wczoraj. Katastrofy dopełnia postać z przeciwnej bajki. On korespondencji nie dostał i ponosi z tego tytułu konsekwencje. Gadka gęsi z prosięciem, bo ja próbuję mu wytłumaczyć co się stało i co można w tej sytuacji zrobić, a on nie daje mi dojść do słowa, tylko rzuca we mnie pretensjami za rzeczy, za które w żaden sposób nie mogę personalnie odpowiadać. Ja go rozumiem, naprawdę. Nie dziwię się, że jest zdenerwowany. Na jego miejscu też bym była. Problem w tym, że jemu nie tyle zależy na rozwiązaniu sprawy co na pokrzyczeniu na kogoś. A ja nie nadaję się do roli dziewczynki do bicia. Chcesz, żebym ci pomogła? chętnie to zrobię, ale powrzeszczeć możesz sobie na żonę, czy kolegę, jeśli ci pozwalają. Nie na mnie, bo jestem na to za duża i szkoda mi na to czasu. Zanim pan to zrozumiał, masa czasu i jeszcze więcej energii oraz dobrego humoru przepadło w niebyt.

Dzień trzeci - świrnięty świstak + grunt to słuchać ze zrozumieniem, a komunikacja to podstawa. Czyli przyjechała kontrola - wytknęła błędy i postraszyła ile następnym razem mogą nas one kosztować· Jak się okazało, zmieniła się trochę polityka firmy, zmieniły się priorytety. Gdybym o tym wiedziała - inaczej rozplanowałabym pracę. Zadbałabym , żeby błędy wyeliminować.
Kontrola przyjechała w celach edukacyjnych, czyli by nam pokazać niedociągnięcia, unaocznić jak to teraz będzie wyglądało i pogrozić paluszkiem. Konsekwencje będą wyciągane następnym razem. Szefowa zapytana przez kontrolę, dlaczego pracownicy (czyli ja) nie są informowani o istotnych zmianach, objeżdża mnie za chwilę telefonicznie, za wszystko co mi kontrola wytknęła. Totalny bezsens, bo zajmowałam się tym, co do tej pory było priorytetem, duperele zostawiając na potem. Nikt nie uznał za stosowne oświecić mnie, że od teraz duperele robimy najpierw. Ale reprymendę za niewiedzę mogłam dostać. Mało rzeczy drażni mnie tak jak bezsensowność działań czy zachowań.

Dzień czwarty - czyli wnioski pokontrolne. Tabun klientów z Dnia Świstaka, któremu próbuję stawić czoła. Jestem coraz bardziej zmęczona, na efekty nie trzeba długo czekać - nie umiem znaleźć klucza do jednej z szafek; szukając klucza gubię portfel, gdzie trzymam służbowe pieniądze. Muszę wziąć głęboki oddech, zapalić papierosa, przeszukać metodycznie miejsce pracy. Na szczęście poszukiwania przynoszą pozytywne skutki.
Dzwoni szef pytając z naciskiem, czy poprawiłam już wszystkie błędy wytknięte przy kontroli. Chwileczkę - to ja mam wiercić w ścianach by poprawić wizualizację? Ja się nie zgadzam! Ja nie podejmę sama decyzji, gdzie co ma wisieć, zresztą nawet nie mam miejsca, by to wszystko zmieścić. Moja argumentacja do niego nie przemawia - mam zdjąć baner reklamowy to i miejsce się znajdzie. Fajnie, tylko że czym go odkręcić? Próbowałam, naprawdę. Poddałam się w końcu.W końcu są w tej firmie jacyś faceci? Jutro będzie szef, to chyba może się tym zająć, skoro to tak banalnie proste?
I kolejny telefon - mam wezwać ponownie jednego z klientów, bo do centrali dotarł jego sprzęt, ale bez potrzebnych dokumentów. Pamiętam. Zaledwie miesiąc temu straciłam kupę nerwów na tę sprawę. Akurat wróciłam po urlopie i próbowałam na nowo się odrobić. Moją uwagę uwagę zwrócił rozpakowany sprzęt - nie nadający się do sprzedaży. Żadnej informacji, żadnego oznaczenia. Chwytam za telefon i rozmawiam z koleżankę, która mnie zastępowała:
- Ja nie wiem, co to jest, tak to leżało, to zostawiłam.
No to dzwonię do szefa, który również przyjeżdżał na zastępstwa:
- A ja nie wiem, co to jest, tak to leżało, więc nie ruszałem.
Wygląda więc na to, że jesteśmy świadkami cudu, albo kosmici w firmie grasują. Uruchomione przeze mnie śledztwo wykazuje, że mamy do czynienia z reklamacją. Zwrot przyjął szef (amnezja?), a protokół zwrotu w tajemniczych okolicznościach pojechał do głównej siedziby firmy..
Porządkują wszystko, spakowałam ten nieszczęsny towar opatrując go pisemną informacją, że należy dołączyć protokół, który mają u siebie... A dziś, po miesiącu - dostaję telefon z pretensjami i nakaz by dopełnić formalności.
Ręce i cycki opadają. Brak mi sił. Bo takie akcje to standard, do którego ja się nie mogę przyzwyczaić. Taki tydzień jak ten obecny (dobrze chociaż, że był krótszy niż zwykle) wysysa mnie z jakiejkolwiek energii.

Mam dość tej roboty. Swego czasu uratowała mnie przed załamaniem z powodu przedłużającego się bezrobocia. Dziś, po czterech latach wróciłam do punktu wyjścia. Jestem totalnie wypalona. Natłok informacji jest taki, że mimo ogromnego wysiłku, coraz trudniej nadążyć mi za zmianami. Stres, napięcie, coraz bardziej mnie wyniszczają. Rozkład dnia wytyczony przez pracę nie pozwala mi rozwijać się poza zawodowo. Te wszystkie czynniki utrudniają mi też realizowanie się w innych rolach. Zaniedbuję dom, dziecko, Nieślubnego.
Przeglądam oferty pracy w nadziei na zmianę. Czuję, że nie spełniam, żadnych wymagań, że do niczego się nie nadaję.
Tracę siły, energię, nadzieję.
Ginę. Wegetuję. A chciałabym żyć
RATUNKU!

środa, 4 marca 2009

Retrospekcje Zośki (3)

Z perspektywy czasu okazało się, że wszystko ma swój sens. Że pozornie przypadkowy ciąg zdarzeń układa się w logiczną całość przyczynowo – skutkową. Aż dziwne, że nie potrafi o tym pamiętać na co dzień, że wszystko. Szczególnie te bolesne chwile przeżywa tak mocno, jakby świat się walił, a przecież zawsze z czasem okazuje się, ze tak właśnie miało być, że właśnie takie doświadczenia były jej kiedyś dane, by teraz mogła lepiej widzieć, rozumieć, żyć.

Tak, wybór studiów to porażka. Doprowadził do tego, że długo nie mogła odnaleźć się na rynku zawodowym, nigdzie nie było dla niej miejsca. Dlatego w końcu trafiła do Grecji, która też – jak się okazało – nie była jej miejscem na Ziemi. Dlatego teraz męczy się z niewygodnymi godzinami pracy (one mają nauczyć ją organizacji i maksymalnego wykorzystania tego czasu, który jest – zamiast płaczu nad faktem, że tego czasu nie ma). Ponosi dziś konsekwencje zbytniej uległości – walka o wynagrodzenie jej w jakiś sposób nadgodzin, które przepracowała nie będzie lekka. Trudno – dała się wykorzystywać – teraz musi coś z tym zrobić.

Mężczyźni. Po urodzeniu Kubusia długo była sama, zdarzały się jakieś zauroczenia, z których nigdy nic nie wynikało, bo zbyt się bała zacząć cokolwiek na poważnie. Kiedy w końcu do tego dojrzała, pojawił się A. Związek z nim, budowany na nieszczęściu innych nie miał szans przetrwania. Jednak nauczył ją, że „kota da się zagłaskać na śmierć” I że ona sobie tego nie życzy. Że jest kotem, który kocha się pieścić, ale wtedy kiedy tego chce. W innym przypadku próba ugłaskania jej kończy się dla głaskającego źle. Dziś już wie, że nie może być z kimś, kto da jej gwiazdkę z nieba kosztem siebie samego. Źle jej w układzie, gdzie jedna ze stron daje dużo więcej niż druga, nawet wtedy, kiedy to ona jest tą „obdarowaną”.

„Książę” z kolei zaprosił ją do swojej bajki, bo bawić się chciał. W starciu z życiem, tym prawdziwym, nie miał szans. Nie dorósł, wieczny chłopczyk.

Przepłakała pół życia, bo nie było pracy, bo związki nie takie. I po co, skoro to wszystko doprowadziło ją do tego co ma teraz. Do Domu!

Nieślubny pojawił się, gdy szukała ujścia dla swojej pasji, która narodziła się w czasie pobytu na emigracji. To dzięki swojej szajbie największej go znalazła. Znalazła, choć nie chciała – dopiero stanęła na nogi po rozstaniu z Księciem, chciała odpocząć. Nić porozumienia nawiązali dzięki jej pracy. Tak, tej znienawidzonej robocie, przez którą nie ma na nic czasu!

Okazał się jej wspaniałym uzupełnieniem. To dzięki niemu są razem. Gdyby cokolwiek zależało wtedy od niej, pewno już dawno by o sobie zapomnieli. Gdyby czekał na nią, aż ona się zdecyduje... pewno by się nie doczekał. Ale oto prawdziwy mężczyzna, stanowczy i konkretny. Nie pozwolił zbyć się, żadnemu „może”, „nie wiem” „kiedyś”. Dzięki jego uporowi ona też zrozumiała, że jutra może nie być, że może przeżyć całe życie czekając na odpowiednie okoliczności, które mogą nigdy nie nadejść, podczas gdy szczęście patrzy jej kpiąco w oczy stojąc tak blisko, że wystarczy tylko sięgnąć i pyta. „Chcesz?”

Do dziś nie wie, jak to się stało, że zupełnie nie w swoim stylu postawiła wszystko na jedną kartę. Pozwoliła, by rzucił wszystko, przyjechał i został w jej życiu. (Przypuszcza, że Nieślubny po prostu ją zaczarował). I nie żałuje tego wcale:)

środa, 14 stycznia 2009

Budować na gruzach? To mozliwe!

Poprztykali się między świętami a Sylwestrem. Jak to oni – najpierw ciężkie działa zarzutów i pretensji, potem chwila ciszy – długa, przykra i męcząca – dopiero później byli gotowi na rozmowę. Chyba nie wyjaśnili sobie wszystkiego, skoro w Nowy Rok wszystko zaczęło się od nowa. Zarzucił ją pretensjami, zareagowała emocjonalnie niszcząc co się dało. Wyczyściła każdy ślad siebie ze wspólnego komputera, rozwaliła na ścianie odtwarzacz mp3, skopała Bogu ducha winne wiadro i... poczuła się odrobinę lepiej. Gdzieś w kącie mózgu wśród myśli pełnych żalu, poczucia niezrozumienia, krzywdy i niesprawiedliwości, odzywało się poczucie humoru: „Zawsze chciałam to zrobić – zniszczyć coś w nerwach, to naprawdę pomaga” - Podśmiewała się z siebie w duchu.
Kiedy w końcu zaczęli rozmawiać, przyznała mu rację. Był bardziej obiektywny od niej i widział, ile czasu marnuje na bzdury.
- Jeśli w ten sposób odpoczywasz, to rób tak dalej, mnie to nie przeszkadza, masz prawo czytania tych bzdetów, jeśli Ci to sprawia przyjemność. Tylko nie płacz więcej, że nie masz czasu na naukę, bo mogłabyś już przerobić masę materiału. Odpowiedz sobie na proste pytanie – co chcesz robić – i rób to. Tylko jeśli mówisz: „Chcę się uczyć” to się ucz. A jak chcesz poczytać coś głupiego bezmyślnie, to czytaj – ale nie mów, że się uczysz. Tylko zastanów się, czy jest ci to potrzebne
Przyznała mu rację nie czując się przegraną w tym starciu. Całą awanturę potraktowała jako dobrą wróżbę na Nowy Rok, jako początek czegoś nowego. - To będzie dobry, rok, wiem to – powiedziała mu na dobranoc.