Sprawa wygląda tak: Inwentaryzacja musi odbyć się w terminie 01-04 stycznia 2010 (włącznie). System sprzedażowy do czasu zakończenia inwentaryzacji jest zamknięty. Mój punkt sprzedaży znajduje się w domu handlowym. Wynajmujemy tam fragment powierzchni. To oznacza, że jestem uzależniona od godzin otwarcia sklepu. I tak w ciągu czterech sobotnich godzin mam zeskanować około 300 pozycji, gdzie każdą sztukę trzeba wyjąć z pudełka, odwinąć z folii, zeskanować dwukrotnie jeden numer seryjny, dostać się do drugiego numeru seryjnego, zeskanować go dwukrotnie, spakować ten sprzęt z powrotem i można przejść do następnej sztuki.
Co ciekawe,sklep będzie otwarty. Z doświadczenia wiem, że oplakatowanie się kartkami z napisem "INWENTARYZACJA - NIECZYNNE" nic nie daje i zamiast robić swoje, będę prowadzić durne dialogi:
- Dzień dobry, bo ja chciałem/am zapytać (tu dowolne pytanie związane z codziennością mojej pracy)
- Przykro mi, mamy dzisiaj inwentaryzację i punkt jest nieczynny, zapraszam w poniedziałek.
- Ale ja chcę tylko zapytać!!! (z pretensją w głosie)
- Żałuję, ale nie mogę pomóc, ponieważ jestem zajęta inwentaryzacją. W poniedziałek bardzo chętnie wszystko wyjaśnię.
- Ale ja chcę tylko zapytać! Łaskę pani robi, że odpowie? Chyba za to pani płacą?
I tak w ten deseń. I wychodzą mamrocząc pod nosem (ale tak, bym słyszała) na temat chamskiej obsługi. Większość z nich doskonale zdaje sobie sprawę, że tych spraw nie załatwia się w kilka sekund, które może rzeczywiście by mnie nie zbawiły. Że nie rozmawiamy o bułce, która niezależnie od innych zakupów zawsze kosztuje 0,29 PLN. Zresztą na krótkie pytania z krótką i jasną odpowiedzią zwykle odpowiadam, wierząc, że mniej czasu mi to zajmie, niż przytoczona wyżej przykładowa dyskusja. Zwykle się rozczarowuję, bo po pierwszym pytaniu pada następne i jesteśmy w punkcie wyjścia, a obraza klienta jeszcze większa, bo jak to być może, że ja już nie chcę z nim rozmawiać? Przecież za to mi płacą i to jest mój cholerny obowiązek. Co go obchodzi jakaś tam inwentaryzacja. On jest klientem i on żąda, bo klient nasz pan.
Jakby tego było mało, w drugim punkcie inwentaryzację będzie robił syn szefów, który nigdy się tym nie zajmował, więc będzie ciągle dzwonił i o wszystko pytał. Więc kolejny czynnik będzie odrywał mnie od pracy i wyrywał ze skupienia. Bądź co bądź on i tak ma łatwiej, bo jest w samodzielnym sklepie. Może sobie przyjść wcześniej, zamknąć później i - co najważniejsze - zamknąć drzwi i odgrodzić się od ludzi.
Nasz system sprzedażowy działa tak, że nie da się jednego dnia spisać części towaru, a następnego resztę. Nawet nie można na zbyt długo oderwać się od pracy, bo system wylogowuje po pary minutach bezczynności. Po prostu trzeba siąść spisać i zakończyć. Z doświadczenia wiem, że cztery godziny to cholernie mało czasu i marne są szanse bym się wyrobiła. Rozmawiałam o tym z szefami. ale usłyszałam: "raz, dwa przelecisz skanerem, to szybko idzie". Logiczniej byłoby w sobotę po prostu nie otwierać punktu a zrobić inwentaryzację w poniedziałek, kiedy sklep jest otwarty osiem godzin a tyle czasu wystarcza spokojnie, to nawet zbyt dużo. I ze względu na istnienie takich punktów jak moje, firma dała na zrobienie jej dwa dni do wyboru. Ale nie... Nie moi szefowie... Oni od tego mają ludzi, by ci dokonywali rzeczy niemożliwych. A jak się nie podoba, to zawsze można się zwolnić...
Ech, mam kilka dni na przygotowanie się, na przytarganie całego towaru z zaplecza, by potem nie biegać. I zrobię co będę mogła, by się w tych czterech godzinach zmieścić. Przeszło mi nawet przez myśl, by poprosić Ukochańca o pomoc. Dodatkowe ręce do wyciągania i wkładania z powrotem sprzętu bardzo by się przydały i wiele by ułatwiły. Ale nie zrobię tego, choć wiem, że nie odmówiłby mi. Bo niby w imię czego? Dlaczego i on ma tyrać za darmo, dla ludzi, którzy innych mają za nic? Jeśli nie uda mi się doprowadzić sprawy do końca w sobotę, cała moja praca pójdzie na marne. A wtedy - przysięgam - będę to robić w poniedziałek jeszcze raz. Baaardzo powoli. Bite osiem godzin, choć aż tyle czasu na to nie trzeba. Ot, taka mini wersja włoskiego strajku.
Bo przy tym wszystkim nikt nie raczył mnie poinformować (już nie śnię o proszeniu), że szefostwo wybiera się na kilkudniowy wyjazd sylwestrowy, w związku z czym, szefa w sobotę nie będzie (to on za mnie siedzi w soboty). Pozostaje się tylko cieszyć, że nie było nas stać na żadne wyjazdowe plany sylwestrowe, bo teraz musiałabym chyba odwoływać. Ciągle nie mogę sobie zakodować tego, że tu nie o kasę chodzi, że ja w ogóle ie mam prawa myśleć o wyjazdowym sylwestrze, bo to przywilej Panów, który Murzynkom - niewolnikom nie przysługuje. W innym przypadku przecież temat wymaga jakichś ustaleń?