W półmroku jesiennego wieczoru, zwinięta w kłębek w rogu tapczanu obejmuję się ramionami... Zamykam oczy. Zatapiam się w dźwięk sączący się z głośnika, przechodzę w inny wymiar. Opuszczam rzeczywistość. Dobrze znany kawałek dziś brzmi inaczej. Dziś nie słyszę tekstu, dziś otacza mnie wyłącznie muzyka. Delikatne, nieśmiałe szarpnięcia strun, budzą zmysły, wyprężają rozkosznie ciało. I akordy. Szybkie, urywane, niepokojące... Serce trzepocze szybciutko w rytm uderzeń. I mocniej. Bardziej zdecydowanie. Stanowczo. Ciało ogarnia przyjemne napięcie. Delikatny rytm flamenco, chwila rozprężenia, rozluźnia i daje odpoczynek napiętym mięśniom by po chwili rozpocząć cały cykl od nowa. Lekko, drażniąco... I mocno, szybko, aż do granicy wytrzymałości. I finał. Bluesowy jęk elektrycznej gitary wygina ciało w łuk, by za chwilę pozwolić mu opaść z głębokim westchnieniem, razem z ostatnim uderzeniem perkusji. Dźwięcznie mi...
środa, 1 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz