sobota, 26 maja 2007

Dzień Matki

Wróciła z pracy skonana. Upał i bezczynność plus myśl o planowanej na poniedziałek inwentaryzacji pozbawiły ją jakichkolwiek sił witalnych. W domu czekał na nią synuś, który z niecierpliwością przebierał nogami, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie zje obiad i będzie mógł wręczyć prezent - jej ukochaną białą czekoladę. A rano, ledwie się obudził, przywitał ją buziakiem i życzeniami...
A potem pobiegł na podwórko, zostawiając zupełny bajzel. Jego zabawki zostały porozrzucane po całym domu. Ale jak miała się dziś na niego gniewać?:)
-To już mój ósmy Dzień Matki - myślała sobie. Nie jest łatwo być Mamą. Mamą bez taty, mamą, która musi zarabiać, mamą, która jednocześnie jest córką mieszkającą z rodzicami. Ale jeszcze trudniej być moim synem. Nie mieć taty, a za to mieć mamę, która ciągle zostawia, która często się smuci lub złości, mamę, która nigdy nie ma czasu dla synka. Mamę, której tak bardzo brakuje cierpliwości. Mamę, która tak mało rozumie.
Wiedziała jednak, że mimo to,jej synuś kocha ją najbardziej na świecie. Ma ciężki charakterek (po mamusi?:)) i czasem jej dokucza. Ale - wiedziała to na pewno - w głębi swojego wrażliwego serduszka po prostu ją kocha. I ta świadomość trzymała ją zawsze przy życiu. Ona każe się wygrzebać z najgłębszej deprechy. I walczyć.

Czasem żałowała, że tak się to potoczyło. Nie dlatego, że bez niego byłoby łatwiej. Łatwiej odseparować się od rodziców, łatwiej wywalczyć dobrą pozycję na rynku pracy... Nie. Nie o to chodziło.
Było jej przykro, bo decydując się na tak wczesne i samotne macierzyństwo, skazała go na masę stresu. Na zazdrość kolegom, którzy spędzają czas z ojcami. Na docinki podłych bachorów, na samotność kiedy kolejny raz wyjeżdżała do pracy, na uczestnictwo w konfliktach międzypokoleniowych, na zmaganie się z jej niedojrzałością... A chciałaby dla mojego dziecka czego innego. Spokoju, miłości bezwarunkowej, bezpieczeństwa...
Gdyby wiedząc to, co wie teraz, stanęła przed wyborem "zajść w ciążę czy nie" Nie zaszłaby. Najpierw przygotowałaby się do macierzyństwa. Wiekowo, społecznie, ekonomicznie, psychicznie... Ale gdyby, wiedząc to, co wiem teraz, stanęła przed wyborem: Urodzić Kubusia, czy nie urodzić, bez wahania pobiegłaby na porodówkę.
- Uparty ten Kubuś - uśmiechnęła się do swoich myśli. - uparty, krnąbrny, pyskaty i bezczelny. Niesłowny i przebiegły. Przy tym wszystkim bardzo wrażliwy i bardzo zamknięty w sobie. Ale jest MOIM SYNEM. Jest wszystkim co mam...

piątek, 18 maja 2007

Bosa czy w glanach?

Bezbronna jak niemowlę. Z tą wiarą w ludzi, z ufnością w oczach, z tym sercem na dłoni. Wbrew poprzednim doświadczeniom, daje się oswajać kolejny raz. I następny. Nie potrafi z góry założyć, że ktoś może ją skrzywdzić, zranić, zawieść. A potem liże rany gdzieś w kąciku, przełyka gorycz kolejnej porażki. Czasem niezauważalnie dla otoczenia, wycofuje się bez słowa, znika. Z reguły unika ludzi, którzy się nie sprawdzili. Jeśli to niemożliwe - ignoruje. Bywa jednak, że komuś mało. Że jest głodny jej łez i bólu. Że depcze jej bose stopy w poszukiwaniu odcisków. Wtedy zakłada glany. W rękę, tę drugą, co to ją chowa za plecami w pięść zaciśniętą, bierze szpilę i walczy. A potrafi. Walczy do końca. Wytacza najcięższe działa. Szpilę zatrutą wbija w najczulsze miejsca. Żeby bolało. Aż upodli, aż zniszczy. Aż rozsmaruje protektorem na chodniku... Zawsze, kiedy już ochłonie dziwi się, że potrafi aż tak.
Idzie przez życie z kpiną w oczach i ironicznym uśmiechem. Śmieje się. Z siebie, do siebie, do ludzi, do świata. Uśmiecha się do swoich sukcesów, śmieje się z niepowodzeń. A kiedy jest naprawdę źle, kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno, śmieje się - na przekór. Czasem pomaga i wszystko wraca do normy. A jeśli nie, to śmieje się z przyzwyczajenia. A potem coraz bardziej histerycznie. a potem w oku pojawia się pierwsza łza, a za nią następna. I stacza się w przepaść beznadziei. I przestaje wierzyć, że kiedykolwiek będzie dobrze. Jej własna apatia zaczyna ją dobijać, więc staje na parapecie i... z westchnieniem zamyka okno, bo przecież obiecała! I zaczyna się zbierać z tego marazmu. a nogi rozjeżdżają mi się w tym błocie błędów i niepowodzeń. Widok jest komiczny, więc w końcu zaczyna się śmiać.
Żyje, pracuje zrywami. Potrafi tygodniami nie robić nic. Ot snuje się, coś zje albo i nie, gdzieś pod czaszką coś się leniwie kołacze, czas przecieka przez palce nie wiadomo kiedy. Wstaje, śpi, wstaje... I nagle zrywa się i biegnie. W jedno miejsce, w drugie, sprząta, naprawia, planuje, pisze, czyta, szuka , uczy się, pomysł goni pomysł, pada na nos. Jedną ręką wiąże buty, drugą robi kawę, żeby było szybciej. Sypia po 2-3 godziny dziennie, bo szkoda jej czasu na sen.
A
Trudno to wszystko zrozumieć, zaakceptować. Dwa przeciwstawne bieguny w jednym ciele. Humorzasta, kapryśna, zmienna jak pogoda. Góra albo dół. Ciepło albo zimno. Czarne albo białe. Dobre albo złe. Śmiech szalony, lub rozpacz bezdenna. Marudna, płaczliwa, bezradna i paradoksalnie silna, bo można ją przygiąć do ziemi, ale złamać się nie da. Zawsze się podniesie . Prędzej czy później, ale zawsze stanie na nogi... Nigdy constans, nigdy pośrodku. Wieczna huśtawka, która ją samą męczy.
A jednak są ludzie, którzy mimo to, potrafią przy niej być i stać za nią murem, gdy wszystko sprzysięga się przeciw niej.
A inni? Macha im serdecznie łapką (tą z serduchem). Idźcie w pokoju. Przymusu wszak nie ma.A