piątek, 2 listopada 2007

Γιατί Κουκουβάγια;

Στην Ελλάδα πήγα με το πούλμαν. Ανέβηκα στο Katowice, βρήκα την άδεια θέση, διπλά σε ένα κορίτσι. Αυτή άκουγε μουσική, εγώ έστειλα τα μηνύματα στους φίλους που άφησα στην Πολωνία. Δεν μιλήσαμε. Μετά με ρώτησε:
- Πού πάτε; Στην Αθήνα;
- Ναι, στην Αθήνα. Εσείς;
- Και εγώ στην Αθήνα. Στη δουλειά;
- Ναι.
- Και εγώ, έχετε δουλειά;
- Όχι ακόμα
...

Ησυχία...

Παράξενη κοπέλα. Δεν μου αρέσει. Κάπως δεν έχω όρεξη να της μιλήσω.

Πρώτη στάση. Κάνουμε τσιγάρα.
- Ας αφήσουμε τον πληθυντικό, με λένε Μάρτα
Ωραία, πιο εύκολο.

Συνεχίζομε το ταξίδι. Τώρα μιλάμε. Πριν να φτάσουμε στο καράβι, γίναμε φίλες.

Εκεί, στο καράβι, η Marta μου διηγήθηκε μια ιστορία. Άλλη φορά, πήγε στην Ελλάδα, με την αδελφή τις. Πείνασαν οι κοπέλες. Πήγαν τότε στο εστιατόριο. Ο σερβιτόρος κοίταξε την Marta, που έχει όμορφα, μεγάλα, πράσινα μάτια, και είπε:
- Έχεις μάτια σαν γαρίδα!!!

Ήρθε το βράδυ. Κάναμε ένα ντους και πήγαμε στην ντίσκο. Εκεί ένα αγόρι κοίταξε εμένα και είπε:

- Μην με κοιτάς έτσι. Έχεις μάτια σαν κουκουβάγια!

Κάναμε πολύ γέλιο με την Marta. Από τότε είμαστε δύο τρελές: Γαρίδα και Κουκουβάγια.

poniedziałek, 15 października 2007

Pseudoautopsychoanaliza

Mówi się, że Bóg daje człowiekowi na barki tyle, ile jest on w stanie unieść. Trudno powiedzieć, czy tak jest rzeczywiście. Możliwe, że wbrew temu, co jej się wydaje, wcale nie dostawała więcej bagaży niż inni. Zresztą chyba nie w tym rzecz, z jaką siłą jest się kopanym, ale jak mocno się te kopniaki odczuwa.
A Zośka należy do "wybranych". Do ludzi, którzy wszystkie emocje, przeżywają razy dwa. Nie ma środka, nie bywa letnia. Albo gorąco albo zimno. Nie ma trochę. albo jest, albo nie ma. Fajnie jeśli wszystko się układa, jeśli jest ciepło, jest miłość, jeśli ma powód do radości. Wyobraź sobie, że dostajesz w prezencie książkę, o której marzysz. Cieszysz się? Super! ona tę radość odczuwa podwójnie! Drobiazg, zwykła książka, a ona w euforii. Lepiej niż po trawce! Niestety ta przypadłość działa i w drugą stronę. Każda porażka to dla niej koniec świata. Rzadko płacze. Ale jeśli już roni łzę, to mamy istną powódź - ocean smutku.
Ludzie jej pokroju są trudni we współżyciu. Cholernie egocentryczni, przesadni w odczuwaniu. wrażliwi i drażliwi. Jeśli do tego wszystkiego osobnik tego rodzaju pozbawiony jest poczucia humoru, to naprawdę jemu i jego bliskim należą się wyrazy współczucia. Zośce na szczęście tego daru Bozia tego daru nie poskąpiła i chyba dzięki temu ma jeszcze jakichkolwiek Przyjaciół.

Jakoś z nieznanych nikomu bliżej przyczyn, dostaje ostatnio od życia więcej kopów niż jakichś pozytywnych bodźców. I jakoś coraz gorzej to znosi. Przyszedł nawet taki moment, kiedy zaczęła się bać. Że tym razem dostała za dużo. Za mocno. Że tym razem nie da rady, że się nie pozbiera, nie podniesie... Oj, długo to trwało. Ale czas pokazał, ze jest niezniszczalna. Jak zwykle okazało się, że można ją zgiąć, przeciągnąć po glebie, ale nie złamać. Bo jest mikrobem, pieprzoną bakterią, którą można osłabić, ale która wciąż się regeneruje, przybierając coraz silniejsze formy. Jest cholernym cyborgiem, który rozjechany walcem zbiera się do kupy i kończy swoją misję.
No i chwalić Boga, wygląda na to, że już się nie zmieni.

niedziela, 14 października 2007

Τα χρώματα

Ωραία. έχω το καινούργιο blog. H δική μου θέση στο Internet. τι και αν έχει τα "χρώματα της κόλασης"; τα δικιά μου είναι! Μαύρο σαν το χαρακτήρα μου, και κόκκινο σαν τα μαλλιά μου, σαν τη ψυχή μου. Χρώματα δυνατά όπος είμαι και εγώ. Και έτσι θα μείνει. Λυπάμαι , που δεν σας αρέσει, αλλά δεν θα το αλλάξω!

środa, 5 września 2007

ξεκινώ

Δεύτερη φορά. Τελευταία φορά. Γιατί; Για πoιό λόγο; Γιατί πρέπει να γράψω κάτι για να ζω. Και δεν μου φτάνει να γράψω στα πολωνικά.
Γί'αυτό αρχίζω. Επόμενο χρόνο της ζωής μου, επόμενη προσπάθεια να γράψω στα ελληνικά, επόμενο blog
Τι θα γίνει μ' αυτά όλα; Θα δούμε...

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

Dziewięć lat temu

A dziewięć lat temu, miałam niespełna 18 lat. mniej więcej o tej porze, syczałam z bólu próbując wdrapać się na szpitalne łóżko. a kiedy już się wdrapałam, zaraz musiałam się sturlać z powrotem, bo moje dziecię zakwiliło, walnęło kupę, albo dla odmiany ja musiałam do toalety...
Dziewięć lat temu odkryłam sens istnienia. Przestałam być panią swojego życia. Skończyło się "ja", zaczęło się "My".
Dziewięć lat temu przekonałam się czym jest szczęście. Dziewięć lat temu zostałam Matką.
A dziś, po dziewięciu latach, pępowinę przecięto po raz drugi. To kwękające zawiniątko, które niedawno z taką czułością tuliłam, dziś wyjechało na pierwsze samodzielne wakacje. Trochę się denerwuje i maskuje to pozą cwaniaka, ale sobie radzi. Gorzej ze mną - jestem przerażona, jak ten mój potworek da sobie radę, bez maminej spódnicy w zasięgu ręki...

Miszko, synku kochany, z okazji urodzin życzę Ci wszystkiego, co najlepsze, cudownych przyjaciół, niezapomnianych wrażeń z obozu, dobrych relacji z mamą, a w szczególności niegasnącego uśmiechu na buzi.
Kocham Cię
Mama


poniedziałek, 30 lipca 2007

Wreszcie

Zrozumiała, dotarło do niej w całej okazałości, nawet ślady niedawnego cierpienia odeszły z jej twarzy. Przestała już opłakiwać temat, w końcu ileż można płakać, prędzej czy później trzeba wytrzeć nos.
Nie jest tragicznie. Z całą tą sytuacja da się żyć. Kolejny rozdział życia się zakończył, ale świat wszak toczy się dalej.
Powoli, metodycznie wyznaczała granicę między tym co było, a tym co będzie dopiero. Na początek czyszczenie pamięci. . Skrzynka mailowa, pamięć telefonu - DELETE i po krzyku. Nie chciała śladu słów. Za dużo ich było. Piękne i nieznaczące. Jego numer - DELETE (cholera i tak zna na pamięć.) Fotka w telefonie - DELETE. Płyta ze wspólnymi zdjęciami - pod obcas. Pół butelki perfum roztrzaskane w pył. Już nigdy nie będzie w stanie pachnieć tak, jak pachniała dla niego. Żadnych śladów. To wszystko nigdy nie miało miejsca.
Przestała analizować każdy wspólny dzień. Przestała pytać samą siebie o początek końca, przestała szukać momentu, w którym trzeba było powalczyć o nich. Przestała zastanawiać się, gdzie popełniła błąd.
Przestała pluć sobie w brodę, katować się wyrzutami sumienia za swoją naiwność i głupotę. Przestała się dręczyć, że tak łatwo uwierzyła i dała się omotać. Przestała pytać dlaczego to zrobił, dlaczego w taki sposób. To wszystko przestaje mieć znaczenie. Co z tego że się dowie? Czy to ważne, kto jest winien? Już po wszystkim.

- Jestem wielka i wspaniałomyślnie wybaczam. tylko o dziecko mam żal i jeszcze długo będę miała. Nie zgadzam się, żeby mój syn płacił za czyjąś nieodpowiedzialność - pomyślała

Pamięci własnej sformatować się nie da. I wciąż jeszcze zdarza się, że zatrzymuje się w pół kroku ze ściśniętym żołądkiem i trzepocącym sercem, bo jakiś strzępek filmu z przeszłości zawładnął mózgiem. I wciąż jeszcze budzi się w nocy z przeświadczeniem, że to jego niepowtarzalny dotyk poczuła na skórze...
Jedno wiedziała. Że to wszystko nic. Że potrzebuje tylko trochę czasu. Poradzi sobie i z tym, tak jak radziła sobie zawsze. Odzyska spokój, siłę i radość życia. Trwałe zgorzknienie raczej jej nie grozi. Nikt nie jest w stanie zabrać jej nadziei i wiary w drugiego człowieka. To jej największy skarb i nie da go nikomu. I jeszcze nie raz przyjdzie jej słono zapłacić za posiadanie owego skarbu, ale... czy z tego powodu powinna się go pozbyć?

piątek, 27 lipca 2007

Nieco ekologicznie dzisiaj

Jako nastoletnie dziewczę przeczytałam w jakiejś mądrej gazecie, że aby dbać o środowisko naturalne, nie trzeba robić z siebie pajaca i przykuwać się łańcuchami do drzewek czy innych rzeczy. Wystarczy odrobinę pomyśleć. wiecie o co chodzi: segregacja odpadów, ponowne wykorzystanie czego się da i takie tam... Fakt jest faktem, produkcja śmieci przez człowieka przybiera gigantyczne rozmiary...
Ale do czego mnie moje własne pojmowanie ekologii doprowadziło???
Ano między innymi do tego, że od x lat w moim domu nikt nie słyszał o potrzebie zakupu worków na śmieci. Do tego celu wyśmienicie nadają się jednorazówki z codziennych zakupów. Wobec tego, połowa szafek w naszym mieszkaniu zamieszkana jest przez różnej maści reklamówki, worki i woreczki, których szkoda wyrzucić, "bo jeszcze mogą się przydać"...
Jeszcze gorzej sprawa się przedstawia w temacie papieru. Na całe szczęście szkoła Miszy organizuje zbiórki makulatury. Wobec czego wszystkie gazety, ulotki reklamowe, moje nieaktualne katalogi z Oriflame, magazynowane w piwnicy. W akcję włączona jest zaprzyjaźniona pani sprzątaczka, która sprzątając klatki schodowe z ulotek, znosi nam je w umówione miejsce... Raz na jakiś czas, ojciec wiezie do skupu pełny bagażnik, odbiera rachunek (na kwotę mniejszą niż koszt taśmy, którą ten cały chłam okleił - ech polityka...), który zawozi do szkoły. Ale to nie wszystko.
Jedna z moich szaf pęka w szwach. A zawiera papier zapisany tylko po jednej stronie, więc druga może się przydać na jakieś luźne notatki... Wyrzucenie jednej takiej kartki to nie problem. ale jak patrzę ile tego się nazbierało, jestem przerażona, że to wszystko mogło wylądować po prostu w koszu i czekać x lat aż się rozłoży. A ilu ludzi wyrzuca tyle papieru bezmyślnie? Inna sprawa, że zapas, który posiadam w domu jest nie do przerobienia. Takie kartki znakomicie sprawdzają się na stoliku przy komputerze do drobnych notatek, obliczeń listy zakupów i wszelkiej maści zapisków. I w tym celu używane. ale przybywa ich dużo szybciej niż ubywa...
Najśmieszniejsze jest to, że nie jestem przesadnie nawiedzona w tym zakresie, nie próbuje zaoszczędzić najmniejszego skrawka papieru, selekcje odpadów robię bardzo powierzchowną itp. Jednak strach pomyśleć ilu ludzi nie robi kompletnie nic, by dać trochę odetchnąć Matce Ziemi...

wtorek, 19 czerwca 2007

Bajka (bez happy endu)

Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, żyła sobie Dziewczynka. mała, bezbronna dziewczynka, która próbowała wmówić sobie i światu, że jest silną, niezależną, pewną siebie kobietą. Zwyczajna dziewczynka jakich miliony. Wyróżniało ją jedno. Wielki, słoneczne, ufne, brązowe oczy, którymi patrzyła na świat, trwając w nieustającym zdziwieniu, nie mogąc zrozumieć, dlaczego ludzie zdolni są wobec siebie do do rozmaitych podłości. Dziewczynka nie raz tej podłości doświadczyła na własnej skórze. Nigdy nie potrafiła chować długo urazy, więc przyjmowała ciosy z pokorą, starając się wyciągać wnioski z lekcji jakich udzielało jej życie.
Dziewczynka żyła sobie spokojnie w małym domku ze swoim Robaczkiem. Robaczek był jej całym światem. To na niego przelewała ogromne pokłady miłości, które w niej drzemały. Dobrze im było razem. Nie zawsze łatwo - czasem ciążyła jej trochę odpowiedzialność za Robaczka. Ale żyli sobie cicho i spokojnie.
Aż pewnego dnia, w życiu Dziewczynki pojawił się Książę. Przybył nie wiadomo skąd. Opowiadał Dziewczynce o bólu, o samotności, o pragnieniu, miłości, o tęsknocie... Mówił Dziewczynce jaka jest wyjątkowa, jaka dzielna. Jak świetnie radzi sobie z Robaczkiem. Uczył ją, że samemu jest ciężko żyć, że potrzebna jest obok druga osoba, która będzie obok, która będzie trzymać za rękę i tej ręki nie puści, choćby nie wiem co...
Dziewczynka bardzo współczuła Księciowi. Och, rozumiała go doskonale, sama przecież też wiele przeszła! I w końcu zrzuciła swój pancerz ochronny, pozwoliła mu zbliżyć się do siebie. I zatonęła w jego ramionach. Takich szerokich, ciepłych i bezpiecznych.

I tu bajka powinna skończyć się napisem "I żyli długo i szczęśliwie". ale skoro to bajka bez happy endu...

Żyli sobie we trójkę. Dziewczynka, Robaczek i Książę. Wszystko było dobrze, byli szczęśliwi, chociaż... Czasem Dziewczynce zdawało się, że Książę staje się coraz bardziej daleki, obcy... Odsuwała jednak od siebie te myśli, kładąc je na karb przesadnej ostrożności wynikającej z poprzednich doświadczeń. Jednak okazało się, że to nie ostrożność a intuicja. a ta rzadko się myli. Książę okazał się świetnym aktorem, który po odegraniu swojej roli i zebraniu oklasków, bez słowa zszedł ze sceny. Okazało się, że rozmowy o zaufaniu, szczerości bezwzględnej, uczuciach, były wpisane w scenariusz. Zagrał na tyle przekonująco, że Dziewczynka nie zauważyła granicy między życiem a sztuką. To był spektakl w nędznym teatrze bez kurtyny. Książę-Aktor - wirtuoz gry na ludzkich uczuciach nie pomyślał o planszy z napisem KONIEC

Ja się kończy ta bajka? Książę-Aktor czasem pyta kurtuazyjnie "co słychać", ale na odpowiedź nie czeka. A Dziewczynka? Wyżej niż zwykle unosi w zdziwieniu brwi. Jej wielkie, brązowe oczy są puste, bez śladu słońca. Nadal przekonuje świat, że jest silna i niezależna. I tylko, gdy zapadnie noc, i ma pewność, że nikt nie zobaczy, spod jej powieki wymyka się łza. Taki wyrzut sumienia, bo na sztukę zabrała Robaczka...

sobota, 26 maja 2007

Dzień Matki

Wróciła z pracy skonana. Upał i bezczynność plus myśl o planowanej na poniedziałek inwentaryzacji pozbawiły ją jakichkolwiek sił witalnych. W domu czekał na nią synuś, który z niecierpliwością przebierał nogami, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie zje obiad i będzie mógł wręczyć prezent - jej ukochaną białą czekoladę. A rano, ledwie się obudził, przywitał ją buziakiem i życzeniami...
A potem pobiegł na podwórko, zostawiając zupełny bajzel. Jego zabawki zostały porozrzucane po całym domu. Ale jak miała się dziś na niego gniewać?:)
-To już mój ósmy Dzień Matki - myślała sobie. Nie jest łatwo być Mamą. Mamą bez taty, mamą, która musi zarabiać, mamą, która jednocześnie jest córką mieszkającą z rodzicami. Ale jeszcze trudniej być moim synem. Nie mieć taty, a za to mieć mamę, która ciągle zostawia, która często się smuci lub złości, mamę, która nigdy nie ma czasu dla synka. Mamę, której tak bardzo brakuje cierpliwości. Mamę, która tak mało rozumie.
Wiedziała jednak, że mimo to,jej synuś kocha ją najbardziej na świecie. Ma ciężki charakterek (po mamusi?:)) i czasem jej dokucza. Ale - wiedziała to na pewno - w głębi swojego wrażliwego serduszka po prostu ją kocha. I ta świadomość trzymała ją zawsze przy życiu. Ona każe się wygrzebać z najgłębszej deprechy. I walczyć.

Czasem żałowała, że tak się to potoczyło. Nie dlatego, że bez niego byłoby łatwiej. Łatwiej odseparować się od rodziców, łatwiej wywalczyć dobrą pozycję na rynku pracy... Nie. Nie o to chodziło.
Było jej przykro, bo decydując się na tak wczesne i samotne macierzyństwo, skazała go na masę stresu. Na zazdrość kolegom, którzy spędzają czas z ojcami. Na docinki podłych bachorów, na samotność kiedy kolejny raz wyjeżdżała do pracy, na uczestnictwo w konfliktach międzypokoleniowych, na zmaganie się z jej niedojrzałością... A chciałaby dla mojego dziecka czego innego. Spokoju, miłości bezwarunkowej, bezpieczeństwa...
Gdyby wiedząc to, co wie teraz, stanęła przed wyborem "zajść w ciążę czy nie" Nie zaszłaby. Najpierw przygotowałaby się do macierzyństwa. Wiekowo, społecznie, ekonomicznie, psychicznie... Ale gdyby, wiedząc to, co wiem teraz, stanęła przed wyborem: Urodzić Kubusia, czy nie urodzić, bez wahania pobiegłaby na porodówkę.
- Uparty ten Kubuś - uśmiechnęła się do swoich myśli. - uparty, krnąbrny, pyskaty i bezczelny. Niesłowny i przebiegły. Przy tym wszystkim bardzo wrażliwy i bardzo zamknięty w sobie. Ale jest MOIM SYNEM. Jest wszystkim co mam...

piątek, 18 maja 2007

Bosa czy w glanach?

Bezbronna jak niemowlę. Z tą wiarą w ludzi, z ufnością w oczach, z tym sercem na dłoni. Wbrew poprzednim doświadczeniom, daje się oswajać kolejny raz. I następny. Nie potrafi z góry założyć, że ktoś może ją skrzywdzić, zranić, zawieść. A potem liże rany gdzieś w kąciku, przełyka gorycz kolejnej porażki. Czasem niezauważalnie dla otoczenia, wycofuje się bez słowa, znika. Z reguły unika ludzi, którzy się nie sprawdzili. Jeśli to niemożliwe - ignoruje. Bywa jednak, że komuś mało. Że jest głodny jej łez i bólu. Że depcze jej bose stopy w poszukiwaniu odcisków. Wtedy zakłada glany. W rękę, tę drugą, co to ją chowa za plecami w pięść zaciśniętą, bierze szpilę i walczy. A potrafi. Walczy do końca. Wytacza najcięższe działa. Szpilę zatrutą wbija w najczulsze miejsca. Żeby bolało. Aż upodli, aż zniszczy. Aż rozsmaruje protektorem na chodniku... Zawsze, kiedy już ochłonie dziwi się, że potrafi aż tak.
Idzie przez życie z kpiną w oczach i ironicznym uśmiechem. Śmieje się. Z siebie, do siebie, do ludzi, do świata. Uśmiecha się do swoich sukcesów, śmieje się z niepowodzeń. A kiedy jest naprawdę źle, kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno, śmieje się - na przekór. Czasem pomaga i wszystko wraca do normy. A jeśli nie, to śmieje się z przyzwyczajenia. A potem coraz bardziej histerycznie. a potem w oku pojawia się pierwsza łza, a za nią następna. I stacza się w przepaść beznadziei. I przestaje wierzyć, że kiedykolwiek będzie dobrze. Jej własna apatia zaczyna ją dobijać, więc staje na parapecie i... z westchnieniem zamyka okno, bo przecież obiecała! I zaczyna się zbierać z tego marazmu. a nogi rozjeżdżają mi się w tym błocie błędów i niepowodzeń. Widok jest komiczny, więc w końcu zaczyna się śmiać.
Żyje, pracuje zrywami. Potrafi tygodniami nie robić nic. Ot snuje się, coś zje albo i nie, gdzieś pod czaszką coś się leniwie kołacze, czas przecieka przez palce nie wiadomo kiedy. Wstaje, śpi, wstaje... I nagle zrywa się i biegnie. W jedno miejsce, w drugie, sprząta, naprawia, planuje, pisze, czyta, szuka , uczy się, pomysł goni pomysł, pada na nos. Jedną ręką wiąże buty, drugą robi kawę, żeby było szybciej. Sypia po 2-3 godziny dziennie, bo szkoda jej czasu na sen.
A
Trudno to wszystko zrozumieć, zaakceptować. Dwa przeciwstawne bieguny w jednym ciele. Humorzasta, kapryśna, zmienna jak pogoda. Góra albo dół. Ciepło albo zimno. Czarne albo białe. Dobre albo złe. Śmiech szalony, lub rozpacz bezdenna. Marudna, płaczliwa, bezradna i paradoksalnie silna, bo można ją przygiąć do ziemi, ale złamać się nie da. Zawsze się podniesie . Prędzej czy później, ale zawsze stanie na nogi... Nigdy constans, nigdy pośrodku. Wieczna huśtawka, która ją samą męczy.
A jednak są ludzie, którzy mimo to, potrafią przy niej być i stać za nią murem, gdy wszystko sprzysięga się przeciw niej.
A inni? Macha im serdecznie łapką (tą z serduchem). Idźcie w pokoju. Przymusu wszak nie ma.A

czwartek, 1 marca 2007

Wiosna - ach to Ty!

Pomału zaczynało docierać do niej, co się dzieje. Że to nie tak, że motyle w brzuchu, które obudził początek roku, wszczęły fałszywy alarm. I bardzo nie chciała wierzyć w rzeczywistość. Snuła się jak cień na granicy pomiędzy tym co prawdziwe, a tym, co tworem marzeń było. Fizycznie obecna, duchem pogrążona we własnym świecie pytań i odpowiedzi, których nie chciała słyszeć.
Rozmyślała o tym wszystkim, w drodze powrotnej z urzędu, w którym nic nie załatwiła. Akurat dziś otwierali później niż zwykle i pocałowała klamkę.
Nagle poczuła pierwszy, ewidentny powiew wiosny. Zrobiło jej się potwornie gorąco. Słoneczko wycałowało radośnie jej twarz, wietrzyk potargał rudą szopę. I jakoś tak lepiej jej się zrobiło, zaczęła wierzyć, że da radę, że znajdzie w sobie wystarczająco dużo siły i uporu by wygrzebać się na dobre z tej stagnacji i marazmu... Pomyślała, że na dobry początek dobrze byłoby zainaugurować sezon łazęgownictwa górskiego. To już niedługo!!! Na myśl o tym, że nadchodzący weekend spędzi w domu, z kubkiem pysznej herbaty nad mapą ukochanych Beskidów poczuła nagły przypływ energii. Do pracy dotarła z uśmiechem na ustach, gotowa na stawienie czoła obowiązkom.